- Rewolucja w PKW jest analogiczna do tej z 1947 r., kiedy przeprowadzono najbardziej sfałszowane wybory w Polsce - mówi w rozmowie z "Dziennikiem Gazetą Prawną" Władysław Kosiniak-Kamysz.
Propozycje PiS nowej ordynacji wyborczej przybliżają czy oddalają wizję wspólnych list opozycji?
Na pewno resetują wszystkie dotychczasowe ustalenia między nami. Zasady gry są bowiem zmieniane nie w sposób kosmetyczny, ale wręcz radykalny. Jest kilka możliwych scenariuszy, a najtrudniejsza jest odpowiedź na pytanie, jak będą wyglądać okręgi wyborcze. Od tego będzie zależała decyzja, czy do wyborów idzie się samemu, czy próbuje się budować szersze porozumienie. Jeżeli wskutek zmian forsowanych przez PiS realny próg wyborczy zostanie podniesiony do 25 proc., wiele partii będzie musiało zweryfikować swoje dotychczasowe plany.
Ostateczne wersje okręgów wyborczych możemy poznać tuż przed wyborami. I wtedy na negocjacje w szeregach opozycji może być już za późno.
Jest takie ryzyko. Jeśli te zmiany wejdą w życie, podstawowym okręgiem wyborczym będzie trzymandatowy. Dopiero gdy nie będzie możliwości wyłonienia trzech radnych w powiecie, dojdzie możliwość łączenia powiatów. Czyli jest sugestia, że możemy łączyć dwa, trzy powiaty, ale by zachować zasadę małych okręgów wyborczych. To marnowanie ogromnej liczby głosów. Z jednej strony PiS mówi, że jednomandatowe okręgi wyborcze (JOW) są niesprawiedliwe, bo marnuje się w nich 49 proc. głosów, a z drugiej strony przy trzymandatowym okręgu zmarnować się może nawet 45 proc. To nie w porządku, bo w trzymandatowych okręgach proporcjonalność też jest zachwiana wskutek tego, że nie wejdą niektóre komitety mające np. 10–15 proc. poparcia. Może się zdarzyć komitet z 20-proc. poparciem, który nie uzyska mandatu, jeśli ten zwycięski będzie naprawdę duży.