„Niemowlę nie jest własnością lekarzy i szpitala”, „Rodzice wiedzą, co jest dobre dla ich dzieci”, „Prawa rodziny są konstytucyjnym fundamentem”. Takie głosy pojawiały się przy okazji sprawy noworodka zabranego przez rodziców ze szpitala w Białogardzie. Z tego sporu przebija jedno: dziecko jest rzeczą, przedmiotem, tłem.
Bywa, że w słuchawce słyszę: mam dość swojego domu, coraz częściej czuję, że nie mam po co żyć – mówi Lucyna Kicińska, koordynatorka Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Niektóre nastolatki z myślami samobójczymi trafiają nawet do gabinetu specjalisty, ale rodzice robią zdziwione miny: to niemożliwe, zauważylibyśmy na pewno. Bo gdy ich syn czy córka złamią rękę, idą z nim do lekarza. Gdy jednak chodzi o zdrowie psychiczne, posługują się władzą rodzicielską, by zasłonić problem, którego źródło tkwi w rodzinie. Wariat, w naszym domu? Co inni powiedzą? Zabierają więc ze szpitala na własne żądanie dziecko po próbie samobójczej, po płukaniu żołądka albo z pozszywanymi ranami na nadgarstkach. I choć na wypisie jest wyraźne wskazanie do leczenia farmakologicznego, wolą go nie widzieć. Takie dziecko dosłownie znika sprzed oczu lekarzy, bo mama i tata wiedzą lepiej.
Ktoś powie: to patologia, która mnie nie dotyczy. – Nie pamiętam wielu rozmów, w których o myślach samobójczych mówiły dzieci z rodzin z marginesu. A przecież temat zdrowia psychicznego pojawił się w rozmowach i wysyłanych do nas wiadomościach blisko 40 tys. razy w samym tylko 2016 r. Jasne, depresja może pojawić się u każdego. Czasem to organiczna choroba, ale bywa też skutkiem doświadczeń dziecka, krańcowej bezradności, stresu, samotności. Bo najbliżsi bagatelizują jego potrzeby, bo liczą się tylko wyniki w nauce. Bo mówią: weź się w garść, nie przesadzaj, jak dorośniesz, to dowiesz się, co to znaczy mieć problemy – mówi Lucyna Kicińska.