W ostatnich latach dominowało przekonanie, że fotoradary w rękach strażników miejskich to maszynki do zarabiania pieniędzy, samo zło. I należy je jak najszybciej odebrać tym, którzy łupią biednych kierowców. Ale w zeszłym tygodniu przez media przelała się lawina materiałów o tym, jakim to błędem było zabranie strażnikom fotoradarów, bo przez to rośnie liczba wypadków, zabitych i rannych. Co się zmieniło?
Instytut Transportu Samochodowego opracował raport pt. „Stan bezpieczeństwa ruchu drogowego w okresie styczeń – sierpień 2016”, czyli przez pierwsze osiem miesięcy po odebraniu strażnikom urządzeń. Czego dowiedział się przeciętny telewidz czy czytelnik? Że w 43 miejscowościach, w których zlikwidowano fotoradary (stacjonarne), liczba zabitych wzrosła o 46 proc., rannych o 23 proc., a wypadków o 24 proc. Mało kto zwróci uwagę na zastrzeżenie, że są to dane za okres od maja do sierpnia. W całym badanym okresie, czyli od stycznia do sierpnia, liczba ofiar śmiertelnych była większa o 6 proc., rannych o 12 proc., a wypadków o 10 proc. Nie chcę przez to powiedzieć, że skoro zabitych nie jest więcej o 46 proc. (czyli o 13 osób więcej) a „tylko” o 6 proc. (czyli o 4 osoby więcej), to znaczy, że można to zbagatelizować. O nie, za procentem stoi czyjaś rodzinna tragedia.
Jednak w tym miejscu zajmujemy się wpływem fotoradarów na liczbę tych tragedii. I niestety, bazując na danych ITS, trzeba stwierdzić, że powyższe statystyki nic nam na ten temat nie mówią. Autorzy porównali bowiem liczbę wypadków, rannych i zabitych w miejscowościach, w których na skutek zmian w prawie przestały działać fotoradary, a nie w konkretnych lokalizacjach.