Polska tradycja republikańska jest nie do pogodzenia z perspektywą liberalną, której hołdują elity – stwierdził sędzia Lech Morawski i na tym nie poprzestał.
Reklama
To miała być czysto akademicka debata filozofów i teoretyków prawa wolna od politycznych wtrętów i personalnych wycieczek. Jak zapowiadali organizatorzy sympozjum (eksperci projektu Programme for the Foundations of Law & Constitutional Government), chodziło o intelektualną rekonstrukcję kryzysu konstytucyjnego w Polsce oraz próbę zrozumienia posunięć Sejmu i prezydenta w świetle argumentów prawnych, a nie o atak na obóz rządzący lub o jego obronę. Potwierdzeniem tych ambicji była lista polemistów, wśród których znalazło się kilkoro znakomitych profesorów prawa Uniwersytetu w Oksfordzie. Trudno sobie też wyobrazić bardziej neutralne miejsce do takiej konwersacji niż XVI-wieczne mury Trinity College.
Ton dyskusji mieli zaś nadawać polscy paneliści – prof. Marcin Matczak z UW, prof. Adam Czarnota z Uniwersytetu Nowej Południowej Walii, prof. Tomasz Gizbert-Studnicki z UJ oraz prof. Lech Morawski z UMK, który obecnie zasiada w TK.
Atmosfery chłodnej, niezaangażowanej debaty akademickiej nie udało się długo utrzymać. Po prawdzie same nazwiska prelegentów sugerowały ewidentne podziały: tych, którzy znajdowali usprawiedliwienie dla obronnych posunięć trybunału kierowanego przez prezesa Andrzeja Rzeplińskiego (np. niedopuszczenia do rozpatrywania spraw sędziów wybranych przez PiS czy nieorzekania na podstawie tzw. ustawy naprawczej), oraz tych, którzy wspierali nowe porządki w TK zaprowadzone przez partię rządzącą. Do tych pierwszych z pewnością można zaliczyć prof. Matczaka oraz prof. Gizberta-Studnickiego (choć ich uzasadnienia wychodziły z nieco różnych perspektyw). Nieco obok tego sporu uplasował się prof. Czarnota, który przekonywał, że poza zmianą retoryki i ufundowaniem politycznego spektaklu, pod względem instytucjonalnym tak naprawdę niewiele się zmieniło. W sądach nadal króluje odziedziczony po socjalistycznej tradycji prawnej sztywny formalizm oraz spychanie odpowiedzialności za podejmowanie ostatecznych rozstrzygnięć pomiędzy instancjami. Do obecnego kryzysu, w opinii prof. Czarnoty, przyczyniła się także m.in. fetyszyzacja niezawisłości sędziowskiej oraz niejasne kryteria selekcji zawodowej.
Nawet jeśli nie wszystkich przekonał argument, że to parlament był agresorem, a nie sam Trybunał Konstytucyjny, to trudno zaprzeczyć, że wystąpienia zwolenników tej tezy opierały się na precyzyjnych argumentach prawnych. Tego samego nie można powiedzieć o krótkim wykładzie prof. Morawskiego, który ani przez moment nie ukrywał, że nie przemawia z pozycji zdystansowanego akademika cierpliwie ważącego racje kolegów. Wręcz przeciwnie, już na wstępie zaznaczył, że jego stanowisko wyraża punkt widzenia polskiego rządu. Na jego podobieństwo w swoim wywodzie profesor konsekwentnie posługiwał się retoryką „my – oni”, która na rodzimym gruncie sprowadza się rzekomo do prostego, klarownego podziału na zwolenników Prawa i Sprawiedliwości, a po drugiej stronie Platformy Obywatelskiej, czyli przegranych. Ci pierwsi to – w mniemaniu prof. Morawskiego – zwykli, ciężko pracujących obywatele przywiązani do katolickich wartości, zwłaszcza tradycyjnego modelu rodziny. Ci drudzy to establishment gospodarczy i polityczny oraz elity uniwersyteckie, czyli – jak utrzymuje toruński profesor – grupy przeżarte korupcją, którą wykorzenia właśnie obóz rządzący. To także PiS w imieniu ludu ma bronić jedynego prawdziwego znaczenia konstytucji i wizji państwa, które to wyraża tradycja republikańska. Jak tłumaczył prof. Morawski, kładzie ona ogromny nacisk na takie wartości, jak patriotyzm, solidarność czy religia w życiu publicznym, a jednocześnie respektuje rządy prawa, separację władz oraz prawa podstawowe. Polska tradycja republikańska jest zaś nie do pogodzenia z perspektywą liberalną, której hołdują elity, z ich skrajnym indywidualizmem, bezdusznymi regułami racjonalności ekonomicznej oraz negowaniem istnienia jakichkolwiek interesów wspólnotowych. Zdaniem prof. Morawskiego zarzuty, że PiS narusza konstytucyjne fundamenty państwa i osłabia demokrację, są zatem niedorzeczne.
– Przecież nie ma w Polsce cenzury, partie polityczne mogą swobodnie wyrażać swoje poglądy, a obywatele brać udział w demonstracjach i protestach – wyjaśniał profesor, dodając, że obecne władze jedynie przeciwstawiają się liberalnemu modelowi państwa, a to wcale nie oznacza, że naruszają zasadę podziału władz czy rządów prawa.
Ta przerysowana intelektualna mapa Polski ma bezpośrednie przełożenie na stosunek do Trybunału Konstytucyjnego. W ocenie prof. Morawskiego PiS jedynie sprzeciwił się rozpasanemu sędziowskiego aktywizmowi i towarzyszącej mu tendencji do interpretowania konstytucji jako żywego tekstu, który można naginać czy to do prawa europejskiego, czy do standardów Rady Europy. Zamiast tego opowiedział się za doktryną sędziowskiej powściągliwości, która upatruje cnoty w konserwatywnej wykładni. Krytykując posunięcia PiS, UE i Komisja Wenecka zwyczajnie wykazały się zatem brakiem szacunku dla odrębności polskiej tradycji konstytucyjnej i politycznej, a wobec tego same sprzeniewierzyły się europejskim wartościom. Zwłaszcza Komisja Wenecka to według prof. Morawskiego stronnicze i skompromitowane ciało, a koronnym tego dowodem ma być to, że wielu jej członków to bliscy znajomi byłego prezesa TK Andrzeja Rzeplińskiego.
– W efekcie opinie komisji całkowicie odzwierciedlają poglądy pana Rzeplińskiego. Moim zdaniem to skandal – przekonywał profesor z Torunia.
Jego wystąpienie momentami spotykało z konsternacją i niedowierzaniem ze strony uczestników konferencji. Profesor Gizbert-Studnicki stwierdził w trakcie dyskusji, że odnosi wrażenie, jakby żył w zupełnie innym kraju niż prof. Morawski. Profesor Timothy Endicott, podsumowując sympozjum, podziękował panelistom nie tylko za to, że opowiedzieli o tym, co się dzieje w Polsce, lecz także za pokazanie tego na żywo.