W wojnie rządu z wymiarem sprawiedliwości z pewnością będą ofiary. Ale tam, gdzie jedni umierają, ich miejsce – z ochotą – zajmują inni. A i wielu woli umierać z pieśnią na ustach niż w zapomnieniu.
O co chodzi w sporze rządu z sędziami? W skrócie: władza chce pozbyć się tych sędziów, którzy nadają ton środowisku. Pierwsi przekonują, że to konieczne, bo w palestrze roi się od patologii. Drudzy – że to zamach na władzę sądowniczą. Wszyscy dyskutują o ustrojowym wymiarze sporu. Ale często zapomina się, że każda zmiana oznacza nowe rozdanie i nową grę interesów. Więc jednoznaczne stwierdzenie, że sędziom będzie gorzej – jest nieprawdziwe. Bo niektórzy już przebierają nogami, by zastąpić tych spychanych przez PiS z piedestału. Z kolei ci, którzy trafili na plac boju, wykrzykują: albo jesteście z nami, albo przeciwko nam. A dla tych umiarkowanych, pośrodku, miejsca niewiele.
Frustracje w środowisku sędziowskim narastają od dawna. Każdy mający na co dzień kontakt z sędziami wie, że przedstawianie wymiaru sprawiedliwości za pomocą języka politycznego nie jest wcale na wyrost. W środowisku zawierane są koalicje, a jedni zwalczają drugich. Na obstawianie wyników postępowań awansowych żaden bukmacher nie chciałby przyjmować zakładów – tak łatwo trafić, kto wygra. I jak słyszę od kilku sędziów, to nie jest zarzut wobec obecnych władz Krajowej Rady Sądownictwa. To zarzut uniwersalny. Pasuje do każdej władzy.