Uważam, że wyrażanie przez sędziego zdania pozwala na zaprzestanie gry w kotka i myszkę między sądem a stronami. Trzeba jednak wiedzieć, że jest tu też pewne zagrożenie: ludzie lubią się odwoływać do cudzej konsekwencji.
Wyobraźmy sobie, że jakiś człowiek stoi na dachu wieżowca z zamiarem popełnienia samobójstwa. Przychodzi negocjator i mówi: „No wie pan, w sumie, jak się powiedziało »A«, to trzeba powiedzieć »B«”. Nie znam się na prawie karnym, ale nawet laik mógłby założyć, że jeśli ten gość skoczy, to negocjator pójdzie siedzieć pod karnym paragrafem (151 k.k.).
Reklama
A przecież na ten numer z drogą od „A” do „B” nabieramy się codziennie. Bazuje on na psychologicznie uwarunkowanej potrzebie bycia konsekwentnym. Nikt nie chce się narazić na zarzut niekonsekwencji ani przed światem, ani przed sobą. Brnie się więc w to, w co się wdepnęło.

Reklama
Oczywiście fachowcy od manipulacji doskonale wiedzą, jak grać na tym instrumencie. Na przykład stosując technikę eskalacji żądań.
Decyzja pod wpływem szoku
Ofiarą można stać się wszędzie, od sklepu samoobsługowego po międzynarodowe negocjacje rządów państw. Działa tak: widzę na półce w sklepie parowar. Cena 249 zł, choć gdzie indziej są po 299. Jeszcze się waham, ale przy tej cenie – biorę. Stojąc w kolejce do kasy, widzę już, jak zdrowo będzie jeść parowarowo. Trzeba zaraz kupić świeże warzywa. A wieczorem elegancko nakryć stół do kolacji nowej generacji. Tymczasem przy kasie okazuje się, że wyświetla się cena 289. Nieważne, czy gdyby tyle kosztował, stojąc na półce, tobym wzięła, czy nie. Ważne, że podjęłam decyzję, bazując na innej cenie. Inne były przesłanki mojej decyzji. Skoro jednak już zainwestowałam czas, wysiłek i zaplanowałam dalsze kroki, to biorę. Ostatecznie to i tak o 10 zł mniej niż gdzie indziej.
Albo inaczej. Zamawiasz projekt, weźmy jakiś mniej typowy: na przykład drogi. Projektant go wykonuje, ale trafia na przeszkodę. Otóż zjazd z tej drogi musiałby być nienormatywny. Węższy niż w warunkach technicznych. W takich przypadkach trzeba uzyskać zgodę na odstępstwo od ministra. To trwa kilka tygodni i nie ma gwarancji, że się dostanie. A zegar tyka. Projektant ma pomysł: wyrzucić zjazd z projektu drogowego i go sobie później – „na spokojnie” – dorobić na podstawie innej procedury. Zgadzasz się, przecież w kontekście całej drogi to drobiazg. Przy innym jednak zjeździe są jakieś kłopoty z właścicielami, więc projektant proponuje, żeby i na ten zjazd machnąć ręką, zrobi się później, najważniejsza jest droga. Fakt faktem. Zwłaszcza że trzeba szybko działać, bo środki unijne się zmarnują. Kiedy z trzecim zjazdem też jest problem, projektant proponuje: no to może w ogóle zróbmy wszystkie zjazdy później, w innej procedurze, takiej uproszczonej (zgłoszenie). Pomysł jest świetny, klepiesz. Okazuje się jednak, że urząd, który wydaje zezwolenia na realizację drogi, taki „klepliwy” nie jest. Pyta, dlaczego taka fikuśna procedura, a nie normalna, w której zjazdy z drogi projektuje się razem z nią. Nie wypada ci powiedzieć, że to dlatego, że trzeba jeszcze pogłówkować, bo kłopot z szerokością zjazdu, ze sprawami własności, bo trudności jakieś takie... Mówisz więc, że tak będzie lepiej, że zrobisz je później i dokładniej – byle teraz drogę klepnąć.
Ale urząd marszczy nosek, cmoka nad twoim pomysłem zrobienia zjazdów tak zwanymi zgłoszeniami, prosi, żebyś może je pokazał. Warczysz na projektanta, że sprawa się przedłuża, a on ci na to, że przecież sam się zgodziłeś. No to robisz te zgłoszenia. Urząd się pochyla, jeszcze bardziej marszczy nosek, jeszcze głośniej cmoka, pokazując, że chyba coś ci się tu nie klei. Pokazując palcem różne wrażliwe punkty na projekcie.
Bierzesz projektanta na słowo, a on cię przygważdża, że się zgodziłeś i skoro powiedziałeś „A”, to trzeba powiedzieć „B” i bronić tej koncepcji jakby nigdy nic. No to idziesz do urzędu i powtarzasz, że przecież to zaakceptowali, skoro chcieli zobaczyć zgłoszenia, skoro oglądali, marszczyli nad tym noski i cmokali. Czyli de facto cytujesz im mądrość o „A” i „B”.
W tym momencie mogą się zdarzyć dwie rzeczy. Albo urzędnik wymruczy (do siebie): „Psiakrew, trzeba było od razu odmówić, a nie dać wciągać się w tę zabawę. Teraz trudno, jest już za późno, trzeba puścić ten projekt” – i wyda decyzję pozytywną, licząc na to, że nikt nie zauważy. Albo powie (do Ciebie): „Panie, oglądałem to ze wszystkich stron, próbowałem jakoś ugryźć, ale na koniec widzę, że to rozwiązanie kupy się nie trzyma”. W świecie rzeczywistym i w wersji oficjalnej w miejsce „kupy” wstawione są konkretne przepisy.
Wysoki Sąd sugerował...
Kiedyś, rozmawiając z sędziami, doszłam do wniosku, że procedura cywilna sprzyjałaby szybszemu działaniu, gdyby pozwoliła sędziemu ujawniać swoje zdanie, pokazywać stronom, w jakiej aktualnie są sytuacji i co muszą wykazać w dalszym postępowaniu. Takie modele funkcjonują w procedurach cywilnych niektórych krajów. Jestem ich zwolenniczką, co sygnalizowałam tu i ówdzie w felietonach. Najkrócej mówiąc, uważam, że to pozwala na zaprzestanie gry w kotka i myszkę między sądem a stronami.
Trzeba jednak wiedzieć, że jest tu pewne zagrożenie. Właśnie to opierające się na literkach A i B: ludzie lubią się odwoływać do cudzej konsekwencji. „Przecież na spotkaniu dwa tygodnie temu mówiłeś, że...”. Już słyszę adwokata: „Przecież Wysoki Sąd sugerował ostatnio, że...”. Oczywiście z powodu tej psychologicznej, otwierającej drogę do wywoływania presji zagwozdki nie warto rezygnować z dobrego rozwiązania. Wystarczy stosować szczepionkę w postaci zdania: „Żadna decyzja nie zostaje podjęta, dopóki orzeczenie nie zostanie podpisane. Wszystko, co się dzieje przedtem, to są poszukiwania rozwiązania”. W nowym modelu ujawniania zdania przez sędziego te słowa powinny zaczynać każdą rozprawę, zaraz po „dzień dobry”.
Ostatnio na to wpadłam, kiedy odbyłam trzy spotkania, w odstępie, powiedzmy, miesiąca, w tej samej sprawie. W trakcie pierwszego dyskutant zaproponował alternatywne rozwiązanie pewnego problemu. Weszło do puli rozwiązań możliwych, ale okazało się, że rodzi ryzyka. Podczas drugiego spotkania dyskutant, zapytany, jak sobie zamierza poradzić z tymi ryzykami, odpowiedział, że przecież to rozwiązanie zostało już „klepnięte” na poprzednim spotkaniu. Otóż nie, nie zostało „klepnięte”, tylko „weszło do puli rozwiązań”. Przy trzecim spotkaniu dyskutant przedłożył dokumenty świadczące o tym, że zaczął realizować to alternatywne rozwiązanie. Powołując się na to, że przecież były już dwa spotkania na temat tego rozwiązania, wszyscy pochyliliśmy się na nim, przeanalizowano nawet ryzyka, więc zostało zaakceptowane.
Nikt nie chce się narazić na zarzut niekonsekwencji ani przed światem, ani przed sobą. Brnie się więc w to, w co się wdepnęło
Podpis czyni decyzję
To jest właśnie ten moment, żeby nie dać sobie wmówić, że „skoro się powiedziało »A«, to trzeba powiedzieć »B«”. Wyraźnie zakomunikowałam, że to nie było „A”, tylko „może A”. Że rozwiązanie nie zostało zaakceptowane przez zasiedzenie, czyli przez sam fakt, że się o nim dyskutowało. Że nie zaakceptowano rozwiązania, tylko przyjęto je do puli pomysłów. Czyli nie każde wypowiedziane „A” determinuje „B”, bo gdyby tak było, to każdy pięcioliterowy wyraz wyglądałby tak: „ABCDE”.
Sędziowie ze względów instytucjonalnych unikają wyrażania swojego zdania przed wydaniem wyroku. Urzędnicy robią to właśnie z powodu obawy przed AB-pułapką. Mogliby wiele doradzić, pomóc, zasugerować. Dlaczego tego nie robią? Bo jeśli ktoś o coś zapyta, to potem przyjdzie i powie: „Ale przecież pani tydzień temu powiedziała, że...”.
No tak, tyle że pani powiedziała tydzień temu „że...”, bo pan twierdził, że będzie wnioskował „o...”. Ale okazuje się, że teraz wnioskuje jednak o inne „o...”, więc tamto „że...” przestało być aktualne.
Kiedyś było takie porzekadło: „jak się ma miękkie serce, to trzeba mieć twardą D”. I z manowcami od „A” do „B” jest podobnie. Jeśli chce się brać udział w dyskusji, szukać rozwiązań w takim czy innym zespole ludzi, próbować coś zasugerować czy doradzić, zwłaszcza będąc decydentem, to po powiedzeniu „A” trzeba mieć wysoką odporność na wciągające „B”-agno. Ostrzegać: rozmawiamy, ale dopóki nie podpiszę decyzji, nie jest podjęta. Każda litera alfabetu ma swoją rolę w słowie i zdaniu. Litera „A” jest zwyczajnym początkiem wyrazu, nie determinuje „B”, otwiera możliwości. Czasem jest to koszyk możliwości, w którym znajdują się tylko dwa rozwiązania, czasem jest to kocioł możliwości, gdzie kłębi się ich kilkadziesiąt, a czasem jest to morze możliwości, które falują i łomoczą o brzeg naszego zainteresowania. Dlatego warto dać do zrozumienia wszystkim biorącym w dyskusji, że po naszym „A” może skończyć się na „Z”.
A propos drogi od „A” do „Z”, nie każdy wyrok czy decyzja może opierać się na takiej analizie. Niektóre decyzje z mocy prawa, zwyczaju lub okoliczności mogą się opierać na analizie tylko od „A” do „F” czy „K”. A reszta okoliczności nie jest brana pod uwagę. Doskonałym przykładem są orzeczenia sądowe w procesach o zapłatę czy decyzje administracyjne w sprawie udzielenia pozwolenia na budowę. W obu przypadkach sąd lub organ administracyjny odpowiednio bierze pod uwagę określone okoliczności, a nie wszystko, co dotyczy sprawy. To zainteresowanym wyjątkowo trudno przyjąć do wiadomości i zrozumieć: że sąd nie bierze pod uwagę wszystkich okoliczności, tylko te udowodnione. A spośród udowodnionych tylko te, które mają znaczenie (prawne, a nie emocjonalne) dla rozstrzygnięcia. Podobnie organ administracyjny sprawdza tylko to, na co mu pozwala przepis, a nie całość inwestycji: jak będzie funkcjonowała, czy przyszli właściciele będą mieli wygodnie i czy inwestor zapłacił projektantowi za prawa autorskie do projektu.
Orzeczenie wydaje sąd i organ administracyjny, a nie sędzia i urzędnik. Człowiek, który siedzi w todze lub za biurkiem, widzi więcej niż władza, którą uosabia, ale brać pod uwagę może tylko to, co mu wolno. To boli. Jak siedzenie w za ciasnym kostiumie. Bo widać gołym okiem, że orzeczenie, choć zdeterminowane przepisem, będzie źródłem niesprawiedliwości, że postawiony budynek, choć zgodny ze wszystkimi warunkami technicznymi, będzie po prostu źle funkcjonował.
Czy nie ma leku na ten ból egzystencjalny? Jest: „Z”-ludzieć. Sąd i organ mogą „Z”-ludzieć. Bo prawo na to pozwala wprost, klauzulami generalnymi, a na dodatek jest tak łaskawe, że nie zabrania szukać rozwiązań.
Mówi się, że sądy boją się „piątki” z k.c. czyli art. 5 kodeksu cywilnego, który wskazuje, że nie można nadużywać swoich praw, a jak ktoś nadużywa, to nie dostanie ochrony.
Mówi się, że urzędy są bezmyślne, betonowe, formalistyczne.
Są tego co najmniej dwie przyczyny, które mogę podać na poczekaniu. Pierwsza to czas. Na zastosowanie klauzuli generalnej trzeba mieć sporo czasu, ponieważ ona otwiera co najmniej kocioł, jeśli nie morze możliwości. Gdyby sędzia mógł popływać w tym morzu, pewnie przyniósłby do brzegu doskonałą rybę. Na pochylenie się i poszukanie wspólnie z klientem urzędu rozwiązania też trzeba mieć czas. A zegar tyka i miecz Przewlekłości wisi na końskim włosie nad głową urzędnika.
To zmierza do ponurej konkluzji, że na „od A do Z” sądy i urzędnicy nie mają czasu. Zaś pułapka popstwierdzonka: „jeśli powiedziało się »A«, to trzeba powiedzieć »B«”, prowadzi ich na manowce. Co robić, sędziowie i urzędnicy? To, co powiem, będzie politycznie okropnie niepoprawne: dla higieny umysłu , losowo – a więc sprawiedliwie – wybrać kilka takich spraw, które się potraktuje od „A do Z”. W innych na próbę manipulacji pt. „Skoro powiedziałeś »A«, to musisz powiedzieć »B«, odpowiedzieć czasem: „Powiedziałem »A«, a teraz mówię »D«”.
Appendix
Był taki serial szpiegowski: „Nie tylko kawior”. Pod koniec każdego odcinka bohater opowiadał, jak przygotować jakieś pyszne danie – dodatkowy bonus do fascynującej filmowej intrygi. Ja dziś się skuszę i po felietonie dodam przepis. Na działanie. Na drzwiach każdej sali sądowej wydziałów cywilnych, a niech tam!, każdej sali sądowej i wszystkich pokojów w urzędach, wywieśmy tabliczkę z zacytowanym art. 5 kodeksu cywilnego:
„Nie można czynić ze swego prawa użytku, który by był sprzeczny ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem tego prawa lub zasadami współżycia społecznego. Takie działanie lub zaniechanie uprawnionego nie jest uważane za wykonywanie prawa i nie korzysta z ochrony”.