Z trójpodziałem władz jest niestety tak, że wszystkie trzy są teoretycznie równe (konstytucja mówi o ich równowadze), ale jedna jest równiejsza. Bo tylko jedna nie ma nic wspólnego z decyzjami suwerena. Tylko jedna może się nie przejmować art. 4 ustawy zasadniczej, zgodnie z którym „władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”, a ów naród sprawuje tę władzę „przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio”. Władzą zależną przede wszystkim od samej siebie jest ta sprawowana przez sędziów, a nazywana wymiarem sprawiedliwości. Tu naród nie ma wiele do powiedzenia – ani przez swoich przedstawicieli, ani bezpośrednio.



Oczywiście, to nie wina sędziów. Ustrojowe założenia są takie, że nieskazitelnych moralnie i niezawisłych pod każdym względem osób nie da się po prostu wybrać w wyborach, jak prezydenta czy burmistrza. Niemniej warto o tych okolicznościach pamiętać. Zwłaszcza teraz, kiedy PiS zabiera się do zapowiadanej od dawna reformy sądownictwa. Tu z góry było wiadomo, że narracje będą dwie, totalnie sprzeczne i nie do pogodzenia. Jedną możemy roboczo nazwać narracją ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Drugą – również roboczo – narracją Waldemara Żurka, rzecznika Krajowej Rady Sądownictwa.