W dużym skrócie: Krastev od lat powtarza, że jawność jest wyrazem braku zaufania do władzy. I paradoks polega na tym, że im więcej jawności, tym mniej zaufania do instytucji, a więcej podejrzeń. W efekcie: gdy mamy więcej przejrzystości, mamy też więcej myślenia spiskowego. Krastev chętnie przypomina słowa Goethego, który już kilkaset lat temu powiedział: „Tam, gdzie jest dużo światła, pada też wielki cień”. Niestety, nie przytacza praktycznie żadnych dowodów na swe tezy.

Nie zachłystuję się jawnością, ale dostrzegam więcej jej plusów niż minusów. Widzę, jak buduje świadomość i zaangażowanie obywatelskie. Widzę blogerów, społeczników, radnych, lokalnych dziennikarzy, którzy poprzez – zdawałoby się beznadziejne – spory sądowe rzucają rękawicę systemowi i zmieniają własne państwo. Krok po kroku, bez fanfar. Widzę ludzi, którzy pomagają zrozumieć na sali sądowej I prezesowi Sądu Najwyższego, prezesowi Trybunału Konstytucyjnego czy radcom Prokuratorii Generalnej, jak bardzo się mylą. Od lat systematycznie promuję ich na łamach DGP. Sama też bywam utrapieniem dla urzędników, prokuratorów i sądów: pozywam o dostęp do informacji publicznej. Wielu pyta, czy ten rodzaj dialogu z władzą przynosi efekty? Czy ma sens?

Oto przykład. W październiku 2014 r. zainicjowałam spór sądowy z Andrzejem Seremetem, prokuratorem generalnym. Poszło o nieudostępnienie wyroku kończącego dyscyplinarkę jednego z oskarżycieli. PG przekonywała, że – choćby chciała – nie może wydać mi orzeczenia, bo dyscyplinarki prokuratorów, jako jedyne wśród zawodów prawniczych, są z mocy ustawy niejawne. Zmiany tego stanu rzeczy chciało wielu – ministrowie sprawiedliwości, środowisko prokuratorskie i sam PG – nikt jednak nie wykonał kroku w tym kierunku.

Spór z PG przegrałam w I instancji. Czekam na termin przed Naczelnym Sądem Administracyjnym. Czy mam szanse wygrać? W innej sprawie – dzięki RPO – skład orzekający uznał, że wyroki dyscyplinarne stanowią informację publiczną (choć postępowanie jest niejawne). Okazuje się też, że z niespodziewaną odsieczą przyszła mi nowa władza zaprowadzająca swoje porządki w prokuraturze: od marca tego roku w ramach pisowskiej reformy prokuratury wprowadziła jawność dyscyplinarek oskarżycieli. Zapytacie, co ma ona wspólnego z moją sprawą, skoro mamy żelazną zasadę niedziałania prawa wstecz? Śpieszę wyjaśnić: minister sprawiedliwości w owej nowelizacji poszedł dalej i przesądził, że wszczęte i niezakończone postępowania dyscyplinarne prokuratorów także toczą się jawnie. Mało tego: zdecydował, że akta dawnych, zamkniętych już dyscyplinarek są dostępne w trybie dostępu do informacji publicznej. I to jest dopiero prawdziwa rewolucja!

Jeśli parlament uchwali te przepisy, wszyscy będziemy mogli zajrzeć za kurtynę sprawiedliwości korporacyjnej i zobaczyć: komu, za co i w jakim stylu wytaczano dyscyplinarki. Kiedy po nie sięgano, bo były powody, a kiedy traktowano je jako użyteczne narzędzie nacisku czy odwetu zawodowego. Czy dzięki tej wiedzy będziemy bardziej ufać swojemu państwu? Chciałabym wierzyć, że tak.