Rozpędu nabiera poselska inicjatywa nowelizacji kodeksu cywilnego, na podstawie której ma zostać ustanowione tzw. prawo szlaku. W skrócie chodzi o to, aby właściciel niewielkiej połaci gruntu nie mógł skutecznie zablokować dostępu do walorów przyrody wszystkim innym. Albo by – a takie przypadki też mają miejsce – na jedynej trasie turystycznej nie stanął szlaban z informacją „przejście 5 zł”. W tym celu za zgodą ponad połowy właścicieli gruntu, przez który miałby przebiegać szlak, oraz przy aprobacie gminy ustanowiona ma być służebność.

Parlamentarzyści muszą więc wybrać: czy ważniejsze jest dobro przedsiębiorców, którzy postanowili zarobić na swojej własności, czy wolność turystów.

Podniosły się już głosy, że propozycja to zamach na demokrację, kolejna próba wywłaszczania, a przede wszystkim naruszenie świętej zasady własności. Twierdzą tak chociażby przedsiębiorczy górale. I nie są zupełnie bez racji, trudno zaprzeczać faktom. Gdy Kowalski ma grunt, to póki nie szkodzi innym, powinien móc z niego korzystać dowolnie. Ale tu pojawia się pytanie: jak Polska ma być atrakcyjna turystycznie, jeśli wiele urokliwych miejsc jest niedostępnych, bo ktoś kiedyś sprzedał ziemię prywaciarzowi? Jak mamy przekonać, by do nas przyjeżdżano, jeśli wystarczy słowo właściciela jednej chałupy i można Dolinę Pięciu Stawów oglądać co najwyżej na pocztówce?

Propozycja poselska nie jest wcale taka głupia. Jeśli będzie właściwie wykorzystywana, zyskają wszyscy. Zyska przede wszystkim turysta. Ale zyski odniosą też lokalni przedsiębiorcy. Często bowiem z korzyścią dla nich byłoby ustanowienie szlaku przez ich grunty. Bo przecież lepiej mieć gospodarstwo agroturystyczne tam, gdzie ludzie podróżują, a nie tam, gdzie straszy się ich widłami. Obecnie jest zaś tak, że jeden niezadowolony, który nie zgadza się na inwestycję, jest w stanie zablokować rozwój wszystkich. I mówi np.: „zgodzę się, o ile mi za tę zgodę zapłacicie”. Prawo szlaku ma rozwiązać problem szantaży. Jedna osoba nie sparaliżuje już życia całej gminy, a przy tym nie straci finansowo, gdyż za ustanowienie służebności otrzyma pieniądze.

Inna rzecz, że trudno całą winę zrzucać na walczących o prawo własności, nawet jeśli realizują je z pokrzywdzeniem innych. Najbardziej winni są ci, którzy przed wieloma laty podejmowali decyzje o sprzedaży gruntów w bezpośrednim pobliżu atrakcji turystycznych. Gdyby najatrakcyjniejsze miejsca pozostały w dyspozycji gmin, teraz nie trzeba by toczyć tej batalii.