Ciekaw jestem, jak długo będziemy musieli czekać na ujawnienie przez Kancelarię Prezydenta Rzeczypospolitej opinii i ekspertyz wziętych pod uwagę w trakcie procesu decyzyjnego sfinalizowanego podpisem kończącym postępowanie legislacyjne w sprawie zmian w ustawach o OFE. Z ostatnich orzeczeń sądów administracyjnych jednoznacznie wynika, że „ekspertyzy prawne, ekonomiczne i socjologiczne, które zostały sporządzone dla poszerzenia wiedzy prezydenta w społecznie kontrowersyjnej problematyce świadczeń emerytalnych, stanowią informację publiczną”. Chyba trudno o większą precyzję wskazania, co w tym przypadku jest informacją publiczną podlegającą ujawnieniu. Rzecz zresztą wyjaśniona została już dawno; kilka lat temu Naczelny Sąd Administracyjny równie dobitnie orzekł, że „informacją publiczną są nie tylko dokumenty bezpośrednio zredagowane lub technicznie wytworzone przez organ administracji publicznej, (...) ale także te dokumenty, których organ używa do zrealizowania powierzonych mu prawem zadań, nawet gdy prawa autorskie należą do innego podmiotu”(I OSK 517/06).

Kancelaria Prezydenta może teraz podporządkować się orzeczeniu albo wnosić kasację. Otoczenie prezydenta przegrało proces z Markiem Domagałą. Oto właśnie w życie publiczne wkracza kolejne pokolenie młodych obywateli, którzy nie czekają na dobrą wolę rządzących, a po prostu biorą sprawy w swoje ręce, robiąc dobry użytek ze zdobytej już na uniwersytecie wiedzy. Dla nich władza publiczna nie ukazuje się obywatelom od czasu do czasu z okazji świąt państwowych czy innych symbolicznych bądź propagandowych okazji, wychodząc spoza ikonostasu fasad gmachów publicznych, ale jest grupą innych obywateli, którym i na co dzień, i od święta trzeba bezustannie patrzeć na ręce.

W czasach moich studiów kolega ze Szwecji tłumaczył mi, że każdy Szwed może w każdej chwili wejść do dowolnego biura i zażądać okazania np. wpływających tego dnia do tego urzędu przesyłek pocztowych. Wydawało mi się to wówczas nieuzasadnioną przesadą, z dzisiejszej perspektywy tamto moje rozumowanie okazuje się być już tylko miarą dystansu, jaki dzielił nas wszystkich od prawdziwej demokracji. Wybór, mianowanie urzędnika, powołanie kogoś na stanowisko publiczne, nie sakralizuje go, nakłada wyłącznie zwiększone obowiązki.

Szwedzi byli prekursorami tego sposobu myślenia już w XIX wieku, sprowadzając ustrojową pozycję króla do roli symbolicznej i uchwalając pierwsze w świecie regulacje dostępu do informacji publicznej. To nie przypadek, że także tam właśnie pojawia się historycznie pierwszy ombudsman. Cała Europa poszła tym tropem, ale nie bez oporów. Także i u nas. Niektóre reakcje prasowe, światłych wydawać by się mogło autorów, na przytoczone wyżej ostatnie orzeczenia sądowe wyraźnie świadczą, że jesteśmy wprawdzie na właściwej drodze i zmierzamy w odpowiednim kierunku, ale cel przed nami ciągle jeszcze daleki.

Znacznie groźniejsze jest jednak to, że wniesiony ostatnio do Sejmu projekt nowelizacji ustawy o informacji publicznej (druk sejmowy nr 4443 z 13 lipca br.) jednoznacznie zmierza do przełamania dotychczasowej ukształtowanej już na tym tle linii orzeczniczej sądów administracyjnych. Nie miejsce tu na analizę projektowanych przepisów, sprawiających wrażenie wręcz kazuistycznej reakcji na konkretne orzeczenia dotyczące między innymi charakteru prawnego opinii i ekspertyz, ale fakt ten trzeba odnotować publicznie ku przestrodze. A dowody na tę tezę znajdują się w sporządzonych już opiniach prawnych dotyczących wniesionej nowelizacji. Co najzabawniejsze, dzieje się tak z uzasadnieniem konieczności dostosowania naszego prawa do dyrektyw unijnych, choć – co wynika ze sporządzonych już ekspertyz – jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Swoją drogą okazuje się, że także na wokandę Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu coraz częściej trafiają sprawy ukrywania przez Komisję informacji publicznej. Małe to jednak chyba dla nas pocieszenie, że także tam błąka się jeszcze duch „oświeconego absolutyzmu”.

Tym bardziej więc: Niech nam żyje Marek Domagała!