Wiele polskich nieszczęść bierze się z tego, że dzisiaj już nikt prawie nie uczy się łaciny. Można np. doskonale posługiwać się angielskim, ale jednocześnie nie wiedzieć, że kapitalizm pochodzi od caput, capitis – czyli głowa, a nie od pieniędzy. Stąd: kapitel, kapitan, kapitalny pomysł itd. To nie kapitan dzierży kasę kompanijną; kapitan dowodzi – np. statkiem. Dlatego tak niebezpiecznie jest przeciwstawiać kapitalizm socjalizmowi. Bo jeśli ten pierwszy pochodzi od głowy, drugi nawet bezwiednie zaczyna się kojarzyć z całkiem inną – ba, przeciwstawną częścią ciała. Kiedy to napisałem w 1988 r., cenzor wykreślił ostatnie trzy wyrazy. Dziś już nie ma urzędowego cenzora państwowego, więc można pofantazjować, ale – jak uczy życie – zawsze w pewnych granicach. Dziś redaktorzy naczelni potrafią być bowiem równie skuteczni i nie pozostawiają śladów, jak tamci z Mysiej.

Głowacz nie lada jaki

Zakładając, że coś się jednak zmieniło w naszym życiu publicznym, spróbujmy się zastanowić, czy przypadkiem nie lepiej tłumaczyć kapitalizm na głowizm? Wydaje się to być bliższe łacińskiego źródłosłowiu, i to zdecydowanie, a jakże, inspiruje. Stąd już prosta droga choćby do kapitalisty jako głowisty. Głowisty albo raczej głowacza. Głowacz z niego nie lada jaki – mawiano w dawnej Polsce. Ponieważ ów używał głowy, więc nic dziwnego, że był przy pieniądzach. Ale nie każdy, kto pieniądze ma, musi od razu uchodzić za kapitalistę. W więzieniach aż roiłoby się od kapitalistów. Chodzi jednak o to, by nie tylko nie stracić pieniędzy, ale obracając nimi, efektywnie je pomnożyć i ewentualnie zwrócić właścicielowi, jeśli były nie nasze, tylko powierzone – tak jak to było w ewangelicznej przypowieści o talentach. Przypomnijmy sobie los tego, który powierzone pieniądze zakopał i zwrócił w stanie nieumniejszonym. Czyżby autor tej przypowieści zwracał się dwa tysiące lat temu do ludzi bardziej ekonomicznie wyedukowanych niż dzisiejsza klasa polityczna? Wyobraźmy sobie, co by się stało, gdyby ten sługa nieużyteczny nie tylko nie zakopał powierzonych mu pieniędzy, ale natychmiast je wydał, przekazując na szlachetne cele nawet najbardziej potrzebującym.

Dobrze było w PRL. Świetnie to pamiętam, miałem czterdzieści i mniej lat. Wszystko było za darmo: służba zdrowia, szkolnictwo, wszyscy mieli pracę i spokojną emeryturę. Wprawdzie trzeba było dla pełni szczęścia odebrać obywatelom paszporty, zamknąć granice, zlikwidować parlamentaryzm, wprowadzić cenzurę, pieniądz zastąpić środkiem płatniczym (aby ludzie nie mieli za dużo niepotrzebnych problemów), ale za to nie było np. w ogóle podatków. To znaczy były, ale tak jakby ich nie było. Podatek od wynagrodzeń wprawdzie wykazany był na pasku, ale nie trzeba było wypełniać jakiegoś tam PIT-u, więc się go nie czuło, tak jak nie czuło się podatku obrotowego, równie dotkliwie jak dzisiaj VAT-u na rachunku z kasy fiskalnej. I po co to było zmieniać?

Nie tylko prawa nabyte

A już doprawdy nie wiadomo, po co ubruttowiono w 1998 r. tę część składki emerytalnej, jaka przypada na pracującego. Wcześniej państwowy poborca zabierał 48 proc. wynagrodzenia, ale to wiedziały tylko panie w księgowości i minister finansów, wspólnie zdejmując z obywateli cały ten niewdzięczny trud zastanawiania się, co robić z taką masą pieniędzy. Dwanaście lat temu całkiem nieopatrznie doprowadziliśmy do tego, że np. Adam M. oblicza, ile idzie z jego wynagrodzenia do ZUS, a ile następnie do OFE i trzeba było aż Sądu Najwyższego w poszerzonym siedmioosobowym składzie, z wpisaniem do księgi zasad prawnych, by mu wytłumaczyć tę prostą prawdę, że składka emerytalna nie jest jego własnością prywatną. Oczywiście, że nie jest. Ale czy to znaczy, że jest tym samym własnością państwa? I że państwo może czynić z nią, co się mu żywnie podoba? Byle tylko nie odebrać ludziom nadziei na pełnię szczęścia przez najbliższe dwadzieścia, trzydzieści lat? A bywa, że o całość składki upomni się w sądzie wdowa, nienależąca do żadnego OFE...

Jeśli kapitalista to ten, kto pieniądze ma i wie, co z nimi zrobić, pozostaje już tylko przetłumaczenie z polskiego na nasze hasła „proletariusze wszystkich krajów łączcie się”. Bo jak to jest po czesku, wszyscy od dawna już wiemy. Swoją drogą, jak to dobrze, że w naszej Konstytucji z 1997 r. nie ma nic ani o kapitalizmie, ani o socjalizmie.

PS

Ten felieton dedykuję Panu Premierowi, który publicznie oświadczył, że mnie ceni jako „bardzo kompetentnego sędziego i prawnika”. To bardzo miłe z jego strony i czuję się taką opinią zaszczycony, ale zarazem i zobowiązany do zwrócenia uwagi, że owo ubruttowienie w 1998 r. wynagrodzeń o część składki zostało ostatnio przez świat polityków i niektórych ekspertów całkowicie przegapione. I nie chodzi tu tylko o prawa słusznie nabyte, co oczywiście jest też bardzo ważne. Ale o coś znacznie, znacznie jeszcze ważniejszego. Chętnie podzielę się bezpośrednio i w bardziej stosownej formie przemyśleniami i wątpliwościami, także tymi, których w krótkim felietonie nie da się z natury rzeczy w całości wyłożyć. Tym bardziej że czas, zdaje się, nagli.