Cała nowa ustawa o TK nadaje się do kosza – twierdzą posłowie PiS. I składają wniosek o zbadanie jej pod kątem zgodności z ustawą zasadniczą
ikona lupy />
Nowy skład Trybunału Konstytucyjnego / Dziennik Gazeta Prawna
Politycy PiS zwracają uwagę przede wszystkim na skutki, jakie ustawa już wywołała lub wywoła w niedalekiej przyszłości. Jednym z nich było umożliwienie wyboru do TK osoby, która nie posiada – zdaniem posłów – odpowiednich do tego kwalifikacji.
– Nawet gdyby TK uznał, że te przepisy ustawy, które umożliwiły ten wybór, są niezgodne z ustawą zasadniczą, to i tak wyrok wywoływałby skutki na przyszłość. A to oznacza, że nie byłoby podstaw do kwestionowania dokonanego już na ich podstawie wyboru nowych członków TK – uważa prof. Marek Chmaj, konstytucjonalista z Uniwersytetu Humanistycznospołecznego SWPS.
Ale lista zarzutów stawianych nowej ustawie o Trybunale Konstytucyjnym (Dz.U. z 2015 r. poz. 1064) jest dużo dłuższa. Wśród nich znalazło się m.in. ograniczanie autonomii Sejmu oraz prezydenta.
Brak kadencyjności
Naruszenia ustawy zasadniczej posłowie dopatrują się także w tym, że ustawa nie wprowadziła kadencyjności prezesa oraz wiceprezesów TK. A to oznacza, że w skrajnym przypadku ich kadencje mogą być równe kadencji sędziego TK, czyli wynosić aż 9 lat. Uważają, że ustawodawca podejmując decyzję o braku ograniczeń czasowych w sprawowaniu tych funkcji, działał niezgodnie z wynikającą z art. 2 konstytucji zasadą demokratycznego państwa prawego. Zdaniem wnioskodawców takie rozwiązanie jest po prostu nieracjonalne. „Dopuszcza nie tylko 9-letnią kadencję, ale może też prowadzić do wyboru na te funkcje kandydatów, których kadencja jako sędziów trybunału skończy się wkrótce po ewentualnym mianowaniu” – czytamy we wniosku. Przypomniano w nim również, że kadencyjne są m.in. stanowiska I prezesa Sądu Najwyższego oraz prezesa Naczelnego Sądu Administracyjnego.
Skrępowanie prezydenta
Wnioskodawcom nie podoba się również przepis, zgodnie z którym prezydent wybiera prezesa TK spośród dwóch kandydatów przedstawionych przez zgromadzenie ogólne sędziów TK. Analogicznie jest w przypadku wyboru wiceprezesów trybunału. Zdaniem wnioskodawców zawężając tak bardzo grupę kandydatów, ustawodawca naruszył prezydencką prerogatywę, określoną w art. 144 ust. 3 pkt 21 konstytucji. W przepisie tym nie ma bowiem ograniczenia, spośród ilu kandydatów prezydent ma dokonywać wyboru. Autorzy wniosku nie kwestionują, że zgromadzenie ogólne ma prawo dokonać pewnej selekcji, jednakowoż powinna ona się odbywać według obiektywnych kryteriów, np. doświadczenia. I wszyscy kandydaci takowe kryteria spełniający powinni być przedstawiani prezydentowi. Tak więc posłowie stawiają tezę, że zawężenie liczby kandydatur, jakie wprowadziła nowa ustawa o TK, jest nadmierne i w efekcie powoduje, że prezydent nie może wykonywać swego władztwa.
Przy okazji autorzy wniosku zaznaczyli jednak, że ich zdaniem głowa państwa wcale nie jest zobowiązana do dokonania wyboru jednej z osób wskazanych przez zgromadzenie ogólne. „To tak, jakby efektem inicjatywy ustawodawczej rządu musiało być zawsze uchwalenie ustawy, a Sejm nie mógłby odrzucić projektu” – przekonują.
Co więcej, zdaniem wnioskodawców ustawodawca wkroczył w kompetencje nie tylko prezydenta, ale także Sejmu. Chodzi m.in. o to, że wprowadził nową ustawą o TK terminy na przedstawienie kandydatów na sędziów TK. Teraz wniosek w sprawie zgłoszenia określonej osoby ma bowiem trafić do marszałka Sejmu nie później niż trzy miesiące przed dniem upływu kadencji sędziego TK. Do tej pory regulowały to zaś zapisy regulaminu Sejmu. I – zdaniem posłów PiS – tak powinno zostać. Sejm bowiem posiada regulaminową autonomię, której ustawodawca nie powinien naruszać.
Spór o wybór
Kontestowane są również te przepisy, które pozwoliły wybrać na sędziego TK osobę posiadającą tytuł magistra prawa kanonicznego. Tak się stało 9 października br., kiedy to Sejm wybrał na nowego członka TK Bogusława Sitka. Tym samym posłowie nadali przepisom nowej ustawy konkretną treść: wymóg posiadania magisterium prawa został bowiem spełniony poprzez posiadanie magisterium prawa kanonicznego.
Politycy PiS uważają, że wykonując tę normę ustawową, Sejm źle odtworzył standard, o którym mowa w art. 194 konstytucji. Zgodnie z nim sędziowie TK są wybierani spośród „osób wyróżniających się wiedzą prawniczą”. Zdaniem wnioskodawców chodzi tutaj o „ogólne” studia prawnicze, a nie studia „wyspecjalizowane” w zakresie jednej z wąskich gałęzi prawa. Na dodatek – jak podkreślono we wniosku – prawo kanoniczne nie jest prawem państwowym, ale „prawem wewnętrznym organizacji pozarządowej, jaką jest Kościół”.
Obowiązki trybunału
Politycy chcą uznania, że niezgodny z konstytucją jest przepis, który pozwala umarzać sprawy w TK, gdy trybunał dojdzie do wniosku, że wydanie orzeczenia jest zbędne. Zgodnie z art. 104 ust. 1 pkt 3 taką decyzję może podjąć m.in. wówczas, gdy nie występuje istotne zagadnienie prawne wymagające rozstrzygnięcia trybunału. Tymczasem, jak przypominają wnioskodawcy, konstytucja stanowi, że w postępowaniu przed TK obowiązuje zasada skargowości. A to oznacza obowiązek rozpoznania przez trybunał każdej sprawy wniesionej przez uprawniony podmiot.
Zakwestionowany przepis budzi zastrzeżenia również z innego powodu. Zdaniem dr. hab. Marcina Wiącka, konstytucjonalisty z Uniwersytetu Warszawskiego, uregulowanie jest dyskusyjne z punktu widzenia zasady określoności prawa, wyrażonej w art. 2 konstytucji. Trudno bowiem na podstawie tego przepisu ustalić, jakiego typu zarzut można by ocenić jako zagadnienie nieistotne. Tymczasem dla potencjalnych wnioskodawców jest to kwestia kluczowa. Rozważając zaskarżenie przepisu do TK, wnioskodawca musi bowiem obecnie liczyć się z tym, że nawet sformułowanie wniosku w sposób poprawny pod względem formalnym i merytorycznym nie daje pewności, że TK w ogóle zajmie się sprawą.