statystyki

E-dowody osobiste coraz bliżej. Uda się zdjąć klątwę?

autor: Sylwia Czubkowska26.06.2016, 09:00
E-dowód czy dowód na klątwę?

E-dowód czy dowód na klątwę?źródło: ShutterStock

Już za rok, i to od razu także na smartfony. Czy tym razem dowody osobiste, jakie od niemalże dekady obiecuje nam państwo, będą elektroniczne, a nie tylko wirtualne?

Reklama


Reklama


Takiej historii porażek, kłopotów, afer oraz dziwnych zbiegów okoliczności nie napisałby żaden scenarzysta filmowy. Kiedy więc słyszę o kolejnym podejściu do stworzenia nowoczesnego dowodu osobistego z tzw. warstwą elektroniczną, nie czuję wielkiego entuzjazmu. Już nie robią na mnie wrażenia wygłaszane po raz kolejny zapewnienia, że dzięki e-dowodowi obywatele zyskają dostęp do usług e-administracji, dzięki czemu dodatkowo państwo sporo zaoszczędzi na utrzymaniu urzędników.

Nie odczuwam entuzjazmu, choć tym razem do e-dowodu nie przekonują tylko politycy i urzędnicy. Bo nawet eksperci uważają, że operacja tym razem ma szansę zakończyć się sukcesem. Jednak zanim do tego dojdzie, jedno jest pewne: wciąż jest źródłem zamieszania, przepychanek o wpływy i walki o pieniądze.

A.D. 2010, 2011, 2013 i 2015

Trudno zliczyć, który to już ostateczny termin wdrożenia dowodów z chipem. A zaczęło się tak niewinnie. Polska do peletonu państw, które zapowiedziały wprowadzenie supernowoczesnej – przynajmniej jak na tamte czasy – metody identyfikacji obywateli, dołączyła już w 2008 r.

To wtedy, tuż przed wejściem w nową, bardzo szczodrą dla Polski finansową unijną perspektywę, zapowiedziano, że jednym z najważniejszych projektów informatycznych będzie wprowadzanie nowego dowodu, a nawet więcej – całego programu „pl.ID-Polska ID karta”. „W ramach projektu pl.ID wdrożony zostanie elektroniczny dowód tożsamości z funkcją uwierzytelnienia w systemach IT jednostek sektora publicznego. Zrealizowana zostanie także przebudowa, modernizacja i integracja istniejących rejestrów państwowych oraz informatyzacja urzędów stanu cywilnego” – informowało w 2009 r. MSWiA. Po przetłumaczeniu na polski oznaczało to: damy wam, drodzy obywatele, nowe dowody, które będą miały wbudowany elektroniczny chip. W nim będą zapisane takie informacje, które pozwolą potwierdzać waszą tożsamość i załatwiać przez internet wszelkie sprawy z administracją. Co więcej – by to zadziałało, zrobimy porządek w danych zbieranych w rejestrach USC.

Program pilotażowy „pl.ID-Polska ID karta” miał zostać uruchomiony już w 2010 r., a e-dowody miały się stać powszechne rok później. Tak, tak – 5 lat temu. Ale szybko okazało się, że kampania wymiany dowodów nie jest taka prosta, jak to sobie zakładano. Owszem, w 2010 r. Sejm przyjął ustawę, mającą otwierać drogę do wprowadzenia dowodów elektronicznych, która została nawet podpisana przez prezydenta Bronisława Komorowskiego. Ale wszyscy wiemy, że papier zniesie wszystko. W rzeczywistości nie było najmniejszych szans, by projekt udało się zrealizować w tak ekspresowym tempie. Brakowało wielu aktów wykonawczych, które były niezbędne, a rejestry państwowe okazały się być o wiele trudniejsze do uporządkowania.

Pierwsze przesunięcie terminu wprowadzenia e-dowodów było drobne: z początku 2011 r. na lipiec tego roku. I miało związek z decyzją ówczesnego ministra spraw wewnętrznych Jerzego Millera o wyłonieniu producenta nowego dokumentu nie w ramach zwykłego przetargu, lecz w uproszczonej procedurze tzw. dialogu konkurencyjnego. Przystąpiło do niego pięć firm: Gildia, Consortia, DGT, Sygnity, Wasko oraz Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych, czyli spółka Skarbu Państwa wyspecjalizowana w wytwarzaniu urzędowych dokumentów, od lat odpowiedzialna za wydawanie także dowodów osobistych.

Dziś wydaje się oczywiste, że „puszczenie” takiego zamówienia na rynek musiało wywołać awanturę. Ale wtedy tego jakoś nie przewidziano. I zaczęło się. Resort skarbu naciskał na MSW, by to PWPW zajęła się e-dowodami, z kolei poszczególni uczestnicy „dialogu” rozmawiali ze sobą i MSW głównie za pomocą prawników przed Krajową Izbą Odwoławczą i sądami, składając kolejne skargi, pytania i odwołania od zasad wyboru wykonawcy zamówienia. Nie ma się co dziwić tej gorączce, bo chodziło o ogromne pieniądze. Całą kampanię wymiany dowodów wyceniano nawet na 400 mln zł.

Niespodziewanie Sejm w kwietniu 2011 r., choć już pokazywano wizualizacje nowych dowodów, zdecydował o przesunięciu terminu ich wprowadzenia na 2013 r. Co więcej, by zapobiec kłopotom związanym z formułą dialogu, MSW wystąpiło do służb z wnioskiem o objęcie przetargu tzw. tarczą antykorupcyjną. Ale nie na wiele się to zdało. Gdy trwały kolejne przepychanki dotyczące wyboru producenta, wybuchła bomba: korupcja we władzach Centrum Projektów Informatycznych. Ta mało znana jednostka była odpowiedzialna za przygotowanie reformy rejestrów państwowych – w tym za PESEL2, niezbędnych do wypuszczenia nowych e-dowodów, oraz za sam projekt pl.ID. – To był ogromny pech. Bo sama koncepcja zreformowania rejestrów i na tej podstawie przygotowania nowoczesnego dokumentu pozwalającego identyfikować obywatela przed e-urzędami naprawdę była dobra. Jednak kukułcze jajo w postaci Andrzeja M. rozbiło cały system – uważa obecny wiceminister cyfryzacji Piotr Woźny.

Aresztowanie Andrzeja M. to był początek. Szybko postawiono zarzuty kolejnym osobom, media ujawniły coraz bardziej szokujące informacje o łapówkach, a politycy domagali się zawiadomienia Komisji Europejskiej o „skażeniu korupcją” projektów wykonywanych z unijnych dotacji i wstrzymania certyfikacji całej „osi” zaplanowanej do budowy e-administracji. – W takiej atmosferze trafiłem na ten projekt jako nowy minister spraw wewnętrznych. Co więcej, okazało się, że choć od pierwszych zapowiedzi o pracy nad pl.ID mijały właśnie trzy lata, to nie była gotowa najważniejsza część projektu, czyli poprawa funkcjonowania rejestrów państwowych. W tym tego głównego, czyli PESEL – wspomina Jacek Cichocki, ówczesny szef MSW. – Pamiętajmy, że te rejestry pochodziły z przełomu lat 70. i 80. i były pełne dziur oraz błędów. To od ich uzupełnienia i wypracowania tzw. zasad referencyjności, czyli tego, by one ze sobą nawzajem pracowały, trzeba było zacząć całą operację – dodaje Cichocki.

Jak nie CPI, to COI

Sytuację z sypiącymi się kolejnymi wielkimi systemami (bo oprócz pl.ID źle się działo także w ePUAP czy w eZdrowiu) miało uratować nowo utworzone Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji. Ale ono także okazało się nieskuteczne. I kiedy już wiadomo było, że także termin 2013 r. jest nie do utrzymania, projekt pl.ID odebrano niesławnemu Centrum Projektów Informatycznych (wtedy już podległemu resortowi administracji i cyfryzacji) i przekazano do nowej jednostki – Centralnego Ośrodka Informatyki.

I tak rozpoczęło się nowe podejście do e-dowodów. Przetarg, który kilka lat wcześniej wydawał się być idealnym pomysłem, zaczęto odkręcać. Teraz, a dokładniej przed kilkoma tygodniami, podczas obrad sejmowej komisji spraw wewnętrznych Maria Sosnowska, dyrektor Centrum Personalizacji Dokumentów przy MSWiA, tak to wspominała: „Niestety istniało realne ryzyko, z˙e polski dowód osobisty be?dzie produkowany przez firme? z kapitałem zagranicznym, nad która? pan´stwo polskie nie posiada z˙adnego nadzoru. Na szcze?s´cie w 2012 r. przetarg udało sie?, oczywis´cie w konsultacji z Ministerstwem Spraw Wewne?trznych, uniewaz˙nic´”.

Decyzja o unieważnieniu przetargu na e-dowody niespecjalnie kogokolwiek zaskoczyła, ale za to spore poruszenie wywołała decyzja o kolejnej zmianie w ustawie o dowodach osobistych. Tym razem nie tylko ogłoszono kolejną, nową datę (2015 r.), lecz przede wszystkim tak naprawdę z całego pomysłu e-dowodów zostawiono tylko warstwę biometryczną, bez elektronicznej.

Chwileczkę? E-dowody bez warstwy elektronicznej? Tak, choć brzmi to kuriozalnie, właśnie taka decyzja zapadła. Z projektu „pl.ID-Polska ID karta” został już tylko pl.ID bez karty. – To nie było w żadnym razie tak, że niespodziewanie ktoś zdecydował o pogrzebaniu całego projektu. Po prostu dopiero wtedy, w 2012 r., do sprawy podeszliśmy w rozsądny sposób i na wdrażanie e-dowodów spojrzeliśmy od strony tego, na czym mają się opierać, czyli rejestrów państwowych, a te były w bardzo złym stanie. Zapadła decyzja, by zaczekać z wprowadzaniem e-dowodów do czasu opracowania jednolitej polityki w zakresie uwierzytelniania obywateli – wspomina Roman Kusyk, były zastępca dyrektora departamentu ewidencji państwowych w MSW z czasów Jacka Cichockiego i Bartłomieja Sienkiewicza.

E-dowód bez e

Trzeba przyznać, że w takim myśleniu było sporo zdrowego rozsądku. Ale co nas, obywateli, interesują jakieś rejestry? I problemy z nimi. Miały być przecież nowe dowody.

– I były – zarzeka się Jacek Cichocki.

– Ale nie elektroniczne.

Były minister wzdycha: – Nie, ale też pamiętajmy, że pl.ID to nie miał być projekt prowadzący do wydania plastiku z chipem, tylko zreformowania całego systemu rejestrów o obywatelach i dostosowania naszych dowodów do unijnych wymogów. I to zrobiliśmy.

– To był raczej lifting. Wprowadzono nowy wzór dokumentu, większe zdjęcie, drobne zmiany.

– Na pierwszy rzut oka to wyglądało jak lifting. W rzeczywistości najważniejsze było to, że wprowadziliśmy nowe, wymagane przez UE zabezpieczenia i że wreszcie udało się ogarnąć bałagan w rejestrach. Owszem, odeszliśmy od pierwotnych założeń projektu i trzeba było sporo przenegocjować z Komisją Europejską, ale jednak uważam, że udało nam się odnieść sukces – zapewnia były szef MSW.

Rzeczywiście, po rezygnacji z warstwy elektronicznej w dowodach trzeba było przedstawić KE do certyfikacji nowy projekt. Co więcej, roztoczyła się nad nim ogólnie zła aura. Pracę COI nad pl.ID sprawdzało więc wnikliwie CBA. Korupcji się nie dopatrzyło i zarzutów nikomu nie postawiło, ale sporo krytycznych uwag miało. Głównie dotyczących słabego nadzoru nad COI; że jednostka ta, nie posiadając odpowiednich uprawnień, dostawała niemal bez przetargów kolejne zlecenia w ramach prac nad pl.ID; że umowy między MSW a COI nie chroniły wystarczająco mocno interesów MSW. – Tam były tylko uwagi, nie było zarzutów złamania przepisów. Na pewno można było od strony prawnej wiele kwestii lepiej rozwiązać, lecz goniły nas czas i konieczność uratowania sypiącego się projektu. A to naprawdę udało się zrobić tylko dzięki przekazaniu prac do COI – zarzeka się Cichocki.

To co w jego oczach jest sukcesem, w oczach obecnego kierownictwa resortu cyfryzacji już niekoniecznie. Minister Anna Streżyńska, choć to z jej inicjatywy COI został poddany nadzorowi jej resortu, i choć o szefie tej instytucji Nikodemie Bończy-Tomaszewskim wypowiadała się jeszcze kilka miesięcy temu z szacunkiem, to jednak na początku tego roku niespodziewanie zarząd tego ośrodka zdymisjonowała. I to właśnie za pl.ID. Z opublikowanych przez MC dokumentów wynikało, że „Minister jest obecnie pozbawiony skutecznych narzędzi nadzoru (wpływu) na decyzje strategiczne i indywidualne w zakresie działalności COI”, a „brak skutecznego nadzoru nad COI (...) skutkuje przede wszystkim negatywnymi konsekwencjami dla Ministra z tytułu realizacji umowy na realizację zadań związanych z budową Systemu Rejestrów Państwowych (SRP) – projekt pl.ID”.

Efekt kolejnego zamieszania: pod koniec 2015 r. trzeba było projekt zgłosić do Komisji Europejskiej jako „niefunkcjonujący”. To pewnego rodzaju wybieg, by nie musieć oddawać już wydanych unijnych pieniędzy. Obiecano jednocześnie, że e-dowody pojawią w późniejszym terminie – ale nie późniejszym niż marzec 2019 r. Przepadło jednak 60 mln zł, które uznano za skażone korupcją z czasów „infoafery”.

Były szef COI broni się, że podległa mu instytucja wykonała wszystko, co zostało zapisane w studium wykonalności oraz w umowie z MSW. – Nie chodzi tylko o to, że wszystkie zlecone prace zostały dostarczone i odebrane. Najważniejsze, że Polska ma działający od roku System Rejestrów Państwowych, który stał się cyfrowym sercem państwa. Zintegrował w jedno bazy i dał dostęp do danych z każdego miejsca. Dzięki temu możemy np. załatwić dowód w dowolnym urzędzie, a służby nie dostają aktualizacji co 2 tygodnie, tylko natychmiast. Nawarstwione przez dziesięciolecia błędy w danych są poprawiane, rejestry są bezpieczne, udało się też zbudować fundament do rozwoju e-usług. Ten proces rozpoczęliśmy, tworząc serwis Obywatel.gov.pl, z którego już korzysta pół miliona ludzi miesięcznie – zapewnia Nikodem Bończa-Tomaszewski.

A może mID?

Jeżeli zastanawiacie się, drodzy czytelnicy, po co tak rozwlekle (choć uwierzcie, że to naprawdę i tak tylko pobieżne przypomnienie) opisuję historię dowodów, których się nie doczekaliśmy, to odpowiedź jest prosta: ponownie usłyszeliśmy, że zaraz je otrzymamy.

Rząd właśnie ujawnił szczegóły planu „Od papierowej do cyfrowej Polski”, a w centrum zapowiadanej rewolucji znów znajduje się stary, dobry e-dowód. I ma się pojawić lada chwila. W 2017 r., oprócz plastikowego eID, czyli dokumentu z chipem na warstwę elektroniczną, ma być także dostępny mID, czyli dowód osobisty w smartfonie. – Zintegrowany z kartą kredytową, kartą studencką czy kartą miejską, prawem jazdy, ubezpieczeniem zdrowotnym lub z tymi innymi wszystkimi rzeczami umieszczonymi w telefonie komórkowym, który jest dobrym nośnikiem informacji – przed kilkoma dniami taką wizję roztaczała minister cyfryzacji Anna Streżyńska, opowiadając o mID.

Jak bardzo wygodnie jest takie rozwiązanie, można się przekonać po wizycie w Estonii. Obywatele tego kraju mają dowody w smartfonach. – Wystarczy wejść w aplikację, zalogować się i już mam dostęp nie tylko do mojego konta w banku, bo to za jego pomocą następuje potwierdzenie cyfrowej tożsamości, lecz także do dziesiątek e-usług. I mogę zdalnie, np. z Polski, sprawdzić w elektronicznym dzienniku, czy moje dzieci dziś są grzeczne w szkole, rozliczyć podatki lub zapisać się do lekarza – mówił mi przed kilkoma tygodniami prof. Linnar Viiki, jeden ze współtwórców estońskiego projektu e-administracji.

Tyle że estoński model dowodu, choć robiący wrażenie, nie ma na razie szans zastąpić tradycyjnego „plastiku” – choćby z tego powodu, że nie spełnia jednej z podstawowych funkcji, czyli dokumentu podróży. Ale i samo eID, choć mniej spektakularne, jeżeli się w końcu pojawi u nas w rozszerzonej formule – czyli jako karta dostępu do służby zdrowia czy prawo jazdy – będzie sporym skokiem w budowie praktycznej i przydatnej e-administracji. – Ten rok, który zdawać się może krótkim okresem, jest jak najbardziej realnym terminem. Mamy gotowe rejestry, mamy technologie, ustawa o dokumentach pisana w MSWiA zdejmie z nas obowiązek organizowania długotrwałego i trudnego przetargu, bo już jest praktycznie jasne, że za produkcję dowodów będzie odpowiadać PWPW. Zasadniczą kwestią jest teraz dogranie, co dokładnie ma się znaleźć w warstwie elektronicznej, jakie będą to funkcjonalności, bo to one zdecydują o tym, czy e-dowód będzie ułatwieniem – przekonuje minister Woźny.

– Nad tym projektem ciąży jakieś fatum albo ktoś rzucił na niego zły urok. Dokładnie 10 lat temu pracowałem w zespole wdrażającym paszporty biometryczne. To też było nowatorskie jak na tamten czas rozwiązanie i jakoś udało się wszystko bez awantur, bez zarzutów, bez przesuwania terminów wdrożyć – rozkłada ręce Bartłomiej Klinger, współautor raportu o informatyzacji państwa w latach 2004–2015, przygotowanego dla obecnego wiceministra spraw wewnętrznych Jarosława Zielińskiego. – Zresztą czy te dowody, gdy się w końcu pojawią, będą teraz tak wielkim skokiem cywilizacyjnym? Kilka lat temu owszem. Ale teraz? – zastanawia się.

– Co według pana będzie sukcesem? To, że się w ogóle pojawią?

– Raczej to, że obywatel choć raz w miesiącu użyje ich do konkretnej usługi.

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Reklama


Źródło:Dziennik Gazeta Prawna

Polecane

Reklama

  • Piotrek(2016-06-26 14:06) Odpowiedz 90

    Najważniejszą zaletą e-dowodów nie miał być wcale dostęp do usług administracji publicznej, tylko wbudowany podpis elektroniczny. Dzięki temu można byłoby podpisywać umowy i ogólnie składać wszelkie oświadczenia woli za pośrednictwem internetu. Przykładowo, z umową z operatorem komórkowym nie przyjeżdżałby kurier, tylko załatwiałoby się to zdalnie. Koszty obecnego rozwiązania (podpisu kwalifikowanego) powodują, że teraz to zabawa dla większych firm, natomiast nie ma szans na upowszechnienie tego na skalę masową - w umowach z bankami, operatorami telefonii komórkowej, internetu, dostawcami wody, prądu, gazu, mediów, itp.

  • farenchajt 451(2016-06-26 11:19) Odpowiedz 40

    Przecież CIO nie potrafi nawet zrobić programu do elektronicznego zarządzania dokumentacją, który funkcjonowałby zgodnie z Instrukcją kancelaryjną!!

  • Wyprowadzenia kilkuset MLN C.D.N.(2016-06-26 14:50) Odpowiedz 40

    Nie wierzę w to by zrobiono coś więcej...... poza standardowym napchaniem sobie kabzy szmalem..... Nawet tak prosta sprawa ja tabelka zapisujących się na zabieg do wielu Szpitali z PESELEM by wyeliminować wielokrotność zapisów... bez 100 MLN wyłozonych na stół się nie pojawi !!!!! O czym My gadamy jak tu w polsce Złodziej na Złodzieju

  • bercia(2016-06-26 13:26) Odpowiedz 21

    Także zgadzam się z tymi co mówią, że komornicy by tak nie robili, co robią i się ludziom to w głowach nie mieści i szokuje jakby mieli aktualne badania psychiatryczne i zaliczone testy psychologiczne na uczciwość.

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Prawo na co dzień

Galerie

Wyszukiwarka kancelarii

SzukajDodaj kancelarię

Polecane

Reklama