Ma ona zapobiegać wtórnej wiktymizacji ofiar, które w wyniku wielokrotnych przesłuchań przechodziły powtórną traumę. Teraz przesłuchania mają się odbywać w specjalnych przyjaznych pokojach, w obecności m.in. psychologa. Problem polega na tym, że za zmianami nie poszły pieniądze, a pomieszczeń zapewniających poczucie intymności i bezpieczeństwa kobietom czy dzieciom jest mało. Dlatego sądy wyznaczają odległe, nawet dwumiesięczne terminy przesłuchań.

Oczywiście, w przypadkach gdy gwałciciel jest złapany na gorącym uczynku lub ofiara wskazuje potencjalnego sprawcę, prokuratorzy i sądy stają na głowie, by przesłuchanie zorganizować w ciągu 48 godzin od zgłoszenia. Natomiast gdy sprawca jest nieznany i trzeba go szukać, po prostu czeka się na wolny termin. Jeśli zgwałcona kobieta ma czekać miesiąc czy dwa na przesłuchanie, to odnosi wrażenie, że jej krzywdą nikt się nie przejmuje, nikt nie dąży do szybkiego i skutecznego ujęcia sprawcy oraz osądzenia go. Do tego dochodzi strach wynikający ze świadomości, że sprawca cięgle jest na wolności. A nic tak nie podważenia zaufania do państwa, jak brak poczucia bezpieczeństwa i wiary w to, że komuś zależy na sprawiedliwości.