Według szacunków branży hazardowej 91 proc. polskiego rynku zakładów wzajemnych w internecie działa w szarej strefie. Firmy prowadzą serwisy w języku polskim, przyjmują zakłady Polaków, ale nie podlegają naszemu prawu. Nie mają licencji, nie odprowadzają w Polsce podatków, nie podlegają kontrolom. Z kolei Polacy korzystający z takich serwisów łamią prawo i popełniają przestępstwa karno skarbowe.

W ostatnich miesiącach branża skupiająca legalnie działające firmy bukmacherskie rozpoczęła ofensywę, która ma przekonać rząd do zmiany tego stanu rzeczy.

– Można to zrobić na dwa sposoby: kijem lub marchewką. Marchewką mogłoby być zmniejszenie stawki podatkowej (model słowacki) lub zmiana sposobu opodatkowania tej działalności z podatku obrotowego na podatek od zysków. Dzisiaj płaci się 12 proc. podatek od obrotów, co jest jednym z najwyższych obciążeń w UE. Zmiana na podatek od zysków skusiłby wiele firm działających w szarej strefie do legalizacji swojej działalności w Polsce – ocenia Konrad Łabudek, prawnik firmy Fortuna online zakłady bukmacherskie.

– Ponieważ nie zapowiada się, by rząd zgodził się na zmiany podatkowe, pozostaje jedynie zastosowanie kija, czyli blokowanie dostępu do działających w szarej strefie serwisów bukmacherskich i transferów pieniężnych na ich konta – dodaje, tłumacząc, że rozwiązanie takie jest stosowane w wielu karach UE i okazało się skuteczne.

Jak miałoby to wyglądać w praktyce? Konrad Łabudek podpowiada rozwiązanie włoskie. Tam odpowiedni organ (w Polsce miałaby to być Służba Celna) przedstawia regulatorowi (u nas byłby to Urząd Komunikacji Elektronicznej) adres strony, który trafia na czarną listę. Dostawcy internetu muszą zablokować swym klientom dostęp do tych stron. Pod koniec 2012 r. na włoskiej liście widniało ponad 4 tys. adresów podlegających blokowaniu.

Branża przedstawia wyliczenia, które pokazują, ile Polska traci na działalności szarej strefy. Na stronie internetowej ratujmybudzet.pl przedstawia szacunki, zgodnie z którymi blokowanie stron zwiększyłoby wpływy podatkowe z zakładów wzajemnych do minimum 200 mln zł, czyli dziesięciokrotności tego, co płacą państwu dziś działające legalnie firmy.

– Najskuteczniejszym rozwiązaniem jest blokowanie adresów stron internetowych nielegalnych operatorów – przekonuje Agnieszka Durlik-Khouri, ekspert Krajowej Izby Gospodarczej.

– Doskonałym tego wzorem jest Dania. Dzięki odpowiednim działaniom ustawodawczym i kontrolnym wdrożonym w tym kraju opodatkowane przychody białej strefy w sektorze bukmacherskim wzrosły z 24 mln euro w 2010 r. do 385 mln euro w 2012 r., a wielu nielegalnych operatorów zarejestrowało swoją działalność, powiększając wpływy do budżetu państwa – dodaje.

To już było

Pomysł blokowania stron internetowych pojawia się nie po raz pierwszy. W 2009 r. zgłosiło go Ministerstwo Finansów po aferze hazardowej, która wstrząsnęła rządem. Zgodnie z przedstawionym wówczas projektem nowelizacji ustawy – Prawo telekomunikacyjne (t.j. Dz.U. z 2014 r. poz. 243 z późn. zm.) UKE miał prowadzić specjalny rejestr stron i usług niedozwolonych. Byłyby do niego wpisywane witryny zawierające m.in. pornografię dziecięcą, umożliwiające oszustwo, reklamujące lub umożliwiające hazard czy propagujące faszyzm i inne systemy totalitarne. Na tej podstawie dostawcy internetu mieli blokować dostęp. Pomysł wywołał olbrzymi sprzeciw społeczny. Po głośnym spotkaniu z internautami premier Donald Tusk na początku 2010 r. zrezygnował z kontrowersyjnego zapisu.

Czy dzisiaj podobny pomysł, chociaż dotyczący wyłącznie zakładów wzajemnych, nie spotkałby się z podobnym oporem? Branża bukmacherska przekonuje, że nie. Według przedstawionych przez nią badań 75 proc. dorosłych Polaków opowiada się za blokowaniem na terenie Polski stron oferujących nielegalny hazard.

Katarzyna Szymielewicz z Fundacji Panoptykon, która od lat sprzeciwia się blokowaniu serwisów uważa, że takie badanie jest niemiarodajne.

– Jeśli ktoś pyta się o to, czy należy walczyć z przestępczością w sieci, to oczywiste, że większość osób odpowie twierdząco. Podobnie będzie, gdy zapytamy o walkę z pornografią dziecięcą – przekonuje.

– Gdyby jednak spytać, czy godzimy się na to, że przy okazji mogą być blokowane legalne treści, to odpowiedź byłaby już zupełnie inna. Powód jest prosty: mało kto zdaje sobie sprawę, co tak naprawdę pod względem technicznym oznacza taka blokada – dodaje.

Wolność informacji

Fundacja Panoptykon do oceny propozycji dotyczących blokowania stron internetowych stosuje test proporcjonalności.

– Po analizie zawsze okazuje się, że tego typu środki po pierwsze będą nieskuteczne, a po drugie spowodują zbyt duże koszty społeczne. Nieskuteczne dlatego, że stosunkowo łatwo można je ominąć. Innymi słowy ten, kto będzie chciał, znajdzie sposób, żeby wejść na zablokowaną stronę – tłumaczy Katarzyna Szymielewicz.

Koszty społeczne, jakie jej zdaniem są nie do zaakceptowania, wiążą się zaś z możliwością blokowania zgodnych z prawem treści, które np. znajdą się na tym samym serwerze. Poza tym samo wprowadzenie blokowania w jednej branży zachęci też inne środowiska do tego, by żądać kolejnych blokad i to z równie uzasadnionych powodów. O ile łatwiej byłoby przecież zablokować piracki serwis Kinomaniak.tv, niż ścigać jego twórców. Podobnie jak ulokowaną na amerykańskim serwerze stronę propagującą treści nazistowskie Redwatch.

– System prawa, zamiast koncentrować się na próbach odgrodzenia opinii publicznej od świadomości popełniania przestępstw i świadomości natury tych przestępstw, powinien skupić się na ściganiu ich sprawców – ocenia Piotr Waglowski, prawnik, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet.

– Próba blokowania dostępu do informacji ingeruje w wolność pozyskiwania i rozpowszechniania informacji, gwarantowaną w art. 54 ust. 1 konstytucji i art. 10 konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności. Ogranicza też możliwość realizowania kontroli społecznej nad działaniem instytucji systemu prawnego – zauważa.

Przedstawicieli legalnie działających firm hazardowych argumenty te nie przekonują.

– Trudno tu mówić o cenzurze. Chodzi o blokowanie dostępu jedynie do nielegalnie działających serwisów, które naruszają polskie przepisy i umożliwiają łamanie prawa przez naszych obywateli, a wręcz do tego zachęcają. Chcemy, aby państwo egzekwowało prawo – odpiera zarzuty Konrad Łabudek.

Rząd milczy

Branża teleinformatyczna, na której miałby spocząć obowiązek blokowania, podchodzi do tego pomysłu sceptycznie.

– Po pierwsze, jako inżynier doskonale zdaję sobie sprawę, jak nieskuteczne byłoby to rozwiązanie i jak łatwo byłoby je obejść – przekonuje dr Wacław Iszkowski, prezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji.

– Po drugie, od razu stawiam pytanie, kto miałby za to zapłacić. Skoro państwo czy dana branża chce zobowiązać firmy dostarczające internet do tworzenia określonej infrastruktury, to rozumiem, że to oni pokryją tego koszty – zastanawia się.

Wiesław Paluszyński, przewodniczący Komisji Rewizyjnej Polskiego Towarzystwa Informacyjnego, obawia się podejmowania takich kroków w formie decyzji administracyjnej. – Wolałbym, by rozstrzygał to w jakimś trybie sąd. Zresztą już dzisiaj w pewnym stopniu wydaje się to możliwe – mówi ekspert.

Artukuł 180 prawa telekomunikacyjnego zobowiązuje przedsiębiorców telekomunikacyjnych do niezwłocznego blokowania połączeń lub przekazów informacji, na żądanie uprawnionych podmiotów, ale tylko wówczas gdy połączenia te mogą zagrażać obronności, bezpieczeństwu państwa oraz bezpieczeństwu i porządkowi publicznemu. Gdy przed czterema laty premier wycofywał się z pomysłu blokowania stron zastrzegł, że argumenty przeciwników do końca go nie przekonały. – Wrócimy jednak do tego dopiero w momencie, kiedy będziemy lepiej przygotowani – powiedział po spotkaniu z internautami.

Zapytaliśmy Ministerstwo Finansów, czy rozważa zgłoszenie propozycji legislacyjnej zmierzającej do wprowadzenia blokad stron. Nie otrzymaliśmy jednak odpowiedzi.

Próby ograniczania dostępu do wybranych treści wychodzą również spoza rządu. W 2013 r. Solidarna Polska zgłosiła projekt uchwały mający wzywać Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji do „przygotowania rozwiązań technicznych i prawnych, które zagwarantują rodzicom prawo dostępu do sieci internetowej wolnej od pornografii”. O tym, jak nieskuteczne mogą to być rozwiązania, przekonano się w Wielkiej Brytanii. Po głośnych zapowiedziach Davida Camerona o wprowadzeniu obowiązku filtrowania stron internetowych pod kątem pornografii, branża zdecydowała się na rodzaj samoregulacji. Okazało się, że zastosowane mechanizmy są dalekie od doskonałości. Jak ustalił dziennik „The Independent”, blokowane były przypadkowe strony dotyczące np. nauki gry na gitarze. Ofiarą filtracji padły też niektóre strony rządowe.

Mało kto zdaje sobie sprawę, co tak naprawdę oznacza blokada strony

Jakie kary grożą za uprawianie nielegalnego hazardu w sieci >>