To 1285 dni, niespełna 185 tygodni, ułomne 43 miesiące. Więcej niż 3,5 roku, ale mniej niż 4 lata. Tyle czasu, licząc do dziś, piątku 24 stycznia 2014 r., minęło od dnia, w którym zaczęło obowiązywać prawo o pozwach zbiorowych. Więc nawet nie ma żadnej porządnej rocznicy i pojawia się pytanie, czy warto właśnie dziś o tym pisać. Ano warto. W ten wtorek minie bowiem 8 lat od dnia, w którym podczas wystawy gołębi w Katowicach zawalił się dach hali Międzynarodowych Targów Katowickich. Pod gruzami zginęło 65 osób, a ponad 170 zostało rannych. To na fali żałoby po ofiarach tej katastrofy, dyskusji o odszkodowaniach należnych osieroconym rodzinom i tym, którzy przeżyli, lecz stracili zdrowie, zaczęło się w Polsce mówić o konieczności wprowadzenia prawnego narzędzia, które umożliwi składanie roszczeń w trybie zbiorowym.

Ustawa zaczęła obowiązywać 19 lipca 2010 r. Towarzyszyły jej duży entuzjazm i nadzieje. Prawników, że sprawy będą toczyć się szybciej, sądy odetkają się, a adwokaci zdobędą sławę i pieniądze w głośnych, prowadzonych na wzór amerykański procesach. Ale także zwykłych zjadaczy chleba, którzy myśleli, że teraz sięganie po sprawiedliwość będzie tańsze i bardziej dostępne dla każdego. I co? W zasadzie nic. A w każdym razie niewiele. Przez ten czas w trybie zbiorowym złożono jakieś 100 pozwów, z czego więcej niż połowę sądy odrzuciły, uznając, że sprawy się nie nadają do rozstrzygania w tym trybie. Zaledwie trzy zakończyły się (choć nieprawomocnym) wyrokiem. Paradoksem jest to, że ofiary, które straciły zdrowie w katowickiej katastrofie, nie skorzystały na tej zmianie prawa. Już pisząc paragrafy, ustawodawca wyłączył z nich możliwość dochodzenia w pozwach zbiorowych dóbr osobistych – a do takich zalicza się życie i zdrowie. Z kolei niedoskonałość innych uregulowań, m.in. kłopoty z ujednolicaniem grup w celu określenia wysokości odszkodowania, sprawiły, że także drugi pozew sierot i osamotnionych partnerów osób, które zginęły w MTK, został przez sąd odrzucony.

Krótka historia i parę słów wyjaśnienia

Gdyby sięgać do zamierzchłych czasów, ideę zbiorowego rozstrzygania pozwów można by pewnie wywieść od władców osobiście rozsądzających spory pomiędzy swoimi poddanymi, którzy skinieniem berła przyznawali rację jednej osadzie, drugą odsyłając w diabły. Jego formę stanowioną historycy prawa wywodzą od XVII-wiecznej angielskiej ustawy o pokoju, która pozwalała poszkodowanym wspólnie wystąpić w swojej sprawie (początkowo musieli robić to osobiście, reprezentanci pojawili się później, z powodów praktycznych: ludzie nie mieścili się w salach sądowych). Jednak, jak mówi mecenas Paweł Pietkiewicz z kancelarii White & Case, dla nas, ale też dla innych krajów europejskich, które przecież całkiem niedawno wprowadzały u siebie podobne rozwiązania, odniesieniem były USA. Tam zaczęło się – powiada – od tego, że pozwy zbiorowe były stosowane w latach 50. i 60. do walki o prawa czarnej ludności, np. przeciw segregacji w szkołach. – Ale w latach 70. prawnicy zaczęli używać tego trybu w roszczeniach kompensacyjnych – kwituje Pietkiewicz. I dodajmy, zarobili na tym kupę pieniędzy. A zasądzane odszkodowania mogą przyprawiać o wypieki.

Przykładowo w 2007 r. na całym świecie bardzo głośna była sprawa pozwu zbiorowego przeciwko firmie farmaceutycznej MSD, producentowi leku przeciwbólowego Vioxx, który w istotny sposób zwiększał ryzyko sercowo-naczyniowe i u niektórych pacjentów powodował zawały serca i udary mózgu. Firma poszła z klientami na ugodę i zobowiązała się wypłacić odszkodowanie w wysokości 4,85 mld dol. Tak, miliardów, to nie jest edytorska pomyłka. I jeszcze uważała, że zrobiła znakomity interes, gdyż indywidualne pozwy mogły kosztować ją dużo drożej – eksperci wyliczyli tę kwotę na 21 mld dol.

Gdyby taki pozew został złożony w Polsce A.D. 2014, można się – na granicy pewności – spodziewać, że zostałby na dzień dobry odrzucony, a z indywidualnymi roszczeniami koncern by sobie poradził koncertowo. Odrzucenie wynikałoby choćby ze wspomnianego już powodu – w trybie zbiorowym nie można dochodzić roszczeń związanych z dobrami osobistymi. Odszkodowania za czyn niedozwolony – jak najbardziej, bronić praw konsumentów – czemu nie, procesować się o odszkodowanie za produkt niebezpieczny – także. Iwo Gabrysiak, partner w kancelarii Wierzbowski Eversheds, opowiada, że dobra osobiste, a więc także zdrowie, wyleciały z projektu ustawy już w Senacie, dosłownie w ostatniej chwili. Przeważyły zapewne względy polityczne – łatwo sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby do sądów ruszyły grupy obrażonych jakimiś wypowiedziami moherowych beretów, lemingów czy kogo tam jeszcze. – Ale przy okazji wylano dziecko z kąpielą – kwituje prawnik.

Tak samo jak nie zdecydowano się włączyć do ustawy o pozwach zbiorowych spraw pracowniczych. I tutaj zadecydował strach przed pieniactwem, zbyt dużą liczbą spraw zalewającą sądy z frywolnych powodów. Źle się zamyka klamka w samochodzie – ciach, pozew. Firma niedokładnie poinformowała o swoich wynikach finansowych – ciach, następny. I obawy, że nowe prawo może być niebezpieczne dla biznesu, a wysokie odszkodowania zasądzane przez sądy mogą położyć wiele firm. W rezultacie uzyskano – jeśli porównać ustawę o pozwach zbiorowych z siekierą – ładne narzędzie ze stępionym ostrzem. Można nim zrobić komuś siniaka, ale na pewno nie zabić. No i nie da się nim ściąć drzewa.

Być może jednym ze straszaków, który tak zadziałał na członków Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego i samego ustawodawcę, była sprawa pozwów tytoniowych, które jeszcze w 2005 r. składało Polskie Stowarzyszenie Promocji Zdrowia i Edukacji Zdrowotnej. Narzędzia w postaci pozwów zbiorowych jeszcze nie było, ale stowarzyszenie, reprezentując jakoby wszystkich uzależnionych od nikotyny w kraju, domagało się od koncernów tytoniowych odszkodowania w wysokości 84 mln zł (rok później sąd oddalił pozew). – To była mało wiarygodna kwota, ale fotografia mężczyzny reprezentującego stowarzyszenie, zapowiadała determinację oraz wzbudzała zaniepokojenie wśród producentów tytoniu – opowiada mec. Pietkiewicz. Zaczęły się naciski i lobbowanie, żeby nasze prawo z wielu rzeczy okroić. Inna sprawa, że prawo kontynentalne różni się w zasadniczy sposób od systemu common law, więc pewne funkcjonujące np. w USA rozwiązania są u nas wykluczone.

Grupy otwarte i zamknięte

Kiedy w USA ktoś wpada na pomysł, aby wnieść przeciwko jakiejś firmie pozew zbiorowy – jak np. zrobiło to w 2011 r. pięciu użytkowników Facebooka, zarzucając przedsiębiorstwu Marka Zuckerberga, że bezprawnie i bez pozwolenia wykorzystuje ich dane osobowe w celach komercyjnych (sponsored stories), wyrok będzie obejmował każdego, kogo to dotyczy, jeśli zgłosi się w odpowiednim czasie. W tym przypadku, choć sprawa odnosiła się do 150 mln użytkowników, do pozwu zdecydowało się dołączyć zaledwie 614 tys. osób. Część mogła nawet nie wiedzieć, że taki proces się odbywał, lecz także ich interes był reprezentowany przed sądem. To system opt-out. Pozew zbiorowy dotyczy potencjalnie wszystkich, których dotknęło jakieś zdarzenie. Choć opt-out jest typowy dla amerykańskich pozwów zbiorowych, to niektóre państwa europejskie, m.in. Holandia, Dania oraz Norwegia, zdecydowały się włączyć go do swojego ustawodawstwa, aby zagwarantować pozwom zbiorowym większą przepustowość.

Jednak w większości państw UE, także w naszym kraju, nie jest możliwe, aby iść do sądu w imieniu kogoś, kto może sobie tego nie życzy – tłumaczy mec. Dominik Gałkowski z kancelarii Kubas, Kos, Gaertner (reprezentuje powodzian w sporze zbiorowym ze Skarbem Państwa). Dlatego my mamy system opt-in, w którym członek grupy musi jasno zadeklarować chęć uczestnictwa w pozwie.

Z tym, jak dopowiada mec. Iwo Gabrysiak, wiążą się konkretne skutki. Chodzi o to, że w systemie opt-out prawomocne orzeczenie w pozwie zbiorowym oznacza dla przedsiębiorcy definitywne zakończenie sprawy: więcej pozwów zbiorowych nie będzie. Ci, którzy się nie przyłączyli, mogą ewentualnie walczyć przed sądem indywidualnie. W Polsce odwrotnie: to, że jakaś grupa wytoczyła pozew zbiorowy przeciwko jakiemuś przedsiębiorcy, nie zamyka drogi innym, żeby tworzyli podobne klasy i występowali ze swoim roszczeniem, mając już wyczyszczoną drogę i wyrok niemal w kieszeni.

Z tego też powodu, jak tłumaczy Paweł Pietkiewicz, w Polsce pozwany w trybie zbiorowym przedsiębiorca nie ma żadnego interesu, aby zawierać ugodę. Bo jeśli nawet dogada się z jedną grupą, to ma pewność, że natychmiast pojawią się nowe i procesom nie będzie końca. Więc bardziej korzystne dla niego wyjście to iść w zaparte, nie zgadzać się na nic, przeciągać sprawę, licząc na zmęczenie materiału ludzkiego. Tymczasem w Stanach jakieś 90 proc. spraw tego typu załatwianych jest poza salą sądową – właśnie w postaci ugody. Nie zawsze kończą się one wypłaceniem żywej gotówki, często finał to świadczenia w naturze – pozwany daje powodom np. zniżkę na jakieś swoje produkty albo inne bonusy. U nas to jest niemożliwe. Kolejna różnica: w USA sąd, zasądzając odszkodowanie w jakiejś sprawie, nie głowi się nad tym, żeby było ono adekwatne do poniesionych strat. Zasądzane kwoty bywają dużo większe niż to, co ludzie stracili (więc oprócz odszkodowania mamy tu jakby coś z zadośćuczynienia). W dodatku sąd nie musi się bawić w buchalterię, ustalając, ile konkretnie której osobie się należy. Grupa dzieli się pieniędzmi między sobą – zgodnie z zawartą umową. A w Polsce sąd musi nie tylko wyliczyć co do złotego poniesioną przez tę konkretną grupę stratę, lecz jeszcze podzielić odszkodowanie tak, aby każdy z jej członków dostał dokładnie to, co mu się należy.

Ujednolicanie odszkodowań

Pozew zbiorowy dotyczy grupy osób (u nas co najmniej 10), które zostały poszkodowane w tych samych okolicznościach faktycznych. Niech to będzie katastrofa, niebezpieczny produkt, jakiś czyn niedozwolony, który uderza w grupę konsumentów. Tylko łatwo sobie wyobrazić, że w każdym z tych przypadków szkody, jakie odniosły skarżące się w trybie zbiorowym osoby, będą różne. I tutaj prawodawca daje powodom dwie ścieżki. Pozew można złożyć o ustalenie odpowiedzialności – wówczas sąd nie rozstrzyga tego, ile komu się należy, tylko czy doszło po stronie pozwanego do złamania prawa. Wówczas, jak tłumaczy Anna Lengiewicz, partner zarządzający w kancelarii Wrońska Berezowska i Wspólnicy (pozew zbiorowy przeciwko towarzystwom ubezpieczeniowym Aegon i Skandia), sąd orzeka tylko o tym, czy pozwany jest odpowiedzialny. Jeśli stwierdzi, że tak, każdy, już indywidualnie, będzie mógł się zwrócić do sądu z pozwem o odszkodowanie. Sprawa będzie banalna: skład orzekający nie będzie już się zajmował kwestią winy, tylko tym, ile się w związku z nią należy.

Drugi sposób na pisanie pozwów zbiorowych polega na tym, że prosi się sąd nie tylko o to, by ustalił odpowiedzialność pozwanego, ale żeby od razu zasądził członkom grupy odpowiednie odszkodowanie. I tutaj jest wielki kłopot, gdyż przepisy są niejednoznaczne.

Teoretycznie nie ma problemu: wystarczy podzielić grupę składającą pozew na minimum dwuosobowe podgrupy, w których roszczenia będą takie same. W praktyce okazuje się to niemal niemożliwe. Mecenas Marcin Szymański, wspólnik w kancelarii Drzewiecki, Tomaszek i Wspólnicy, jest zdania, że wynika to tyleż z nieprecyzyjnych przepisów prawa, co lęku sądów przed jego interpretacją.

On sam złożył pozew w imieniu grupy agentów ubezpieczeniowych, którzy poczuli się nie tylko dotknięci, lecz także uszczupleni w swoich dochodach przez reklamę towarzystwa ubezpieczeniowego Link4, która przedstawiała ich jako, hm, osoby niekompetentne, mało inteligentne, działające wbrew interesom swoich klientów. W związku z tym ponieśli wymierne straty. Jako dżokera w procesowych kartach Szymański miał indywidualne orzeczenia sądowe mówiące, że ta reklama była naruszeniem zasad uczciwej konkurencji. Jednak sąd ten pozew oddalił, twierdząc, że nie chodziło o naruszenie konkurencji, lecz dóbr osobistych. – Ale czy można mówić o naruszeniu zbiorowego dobra osobistego? – pyta prawnik. – Tutaj chodziło o wymierną szkodę, jaką ponieśli moi klienci.

Mecenas Adam Car, który w sprawie katastrofy w katowickiej hali targowej złożył – jak na razie bez pozytywnego skutku – dwa pozwy – ma jeszcze ciekawsze przykłady. – Pierwszy pozew o ustalenie odpowiedzialności za zdarzenie złożony w imieniu tych, którzy ponieśli szkody i krzywdy wskutek zawalenia się hali, sąd odrzucił, twierdząc, że w grę wchodzą głównie dobra osobiste – relacjonuje. I dodaje, że w sprawie zbiorowej o ustalenie nie jest możliwe przyjęcie z góry, iż chodzi o roszczenia związane z ochroną dóbr osobistych, zwłaszcza gdy sprawa dotyczy zdarzenia wywołującego masowe skutki. Sąd nie podzielił jednak jego zdania.

Postanowił wziąć się do sprawy i przeformatował grupę. W jej skład weszli nie ranni w katastrofie, ale bliscy ofiar śmiertelnych. Oni, obok krzywdy, ponieśli szkodę, gdyż wraz ze śmiercią często jedynego żywiciela rodziny ich stan majątkowy znacznie ucierpiał i pogorszyły się warunki życia. Pozwany został Skarb Państwa. Pozew dotyczył także ustalenia odpowiedzialności. Żeby było zabawniej (choć to nie jest dobre słowo), w indywidualnych sprawach poszkodowanych zapadały wyroki uznające odpowiedzialność Skarbu Państwa i sądy zasądzały odszkodowania. Pozwu zbiorowego jednak nie przyjęto. Dlaczego? Mówiąc zgrubnie, sąd stwierdził, że sprawa nie nadaje się do trybu zbiorowego, gdyż trzeba badać szkodę każdego członka grupy indywidualnie, a to wypacza sens pozwu zbiorowego. Więc niech każdy sądzi się indywidualnie. – Złożyłem zażalenie i czekam – mówi mecenas Car. I prosi, żeby nie rozpisywać się o tym przypadku, gdyż sąd może zrozumieć to opatrznie, jako próbę wywarcia nacisku na jego wyrok. – A moi klienci i tak mają już dosyć – konkluduje.

Z mec. Marcinem Szymańskim wdajemy się w rozważania na temat sensowności ujednolicania grup. I precyzyjności w tym temacie. Wyobraźmy sobie, mówię, że sprawa dotyczy katastrofy pociągu. Wszyscy jej uczestnicy ponieśli szkodę na skutek jednego zdarzenia. – Zgadza się – odpowiada mecenas. – Ale jedna osoba wyszła z tego jedynie z siniakami i guzem na głowie, a druga straciła w tym samym wydarzeniu nogę, wszyscy ponoszą wydatki związane z leczeniem. – I tak może się zdarzyć – odpowiada prawnik. – A co, jeśli w zbiorze tych nieszczęść ktoś stracił dwie ręce i dwie nogi, a reszta tylko po jednej kończynie? – To i tak – mówi prawnik – należy najbardziej zbliżone do siebie roszczenia połączyć w grupy. Szukać tego, co wspólne.

Wyciągam wniosek: jeśli większość uczestników zdarzenia straciło po nodze, to umieścić ich należy w jednej odszkodowawczej grupie. Ten bez rąk i nóg niech się sądzi indywidualnie.

Inni prawnicy dodają, że lepiej by było, gdyby pozwanym nie był Skarb Państwa. To są najcięższe sprawy, gdyż w ogóle nigdy się nie poczuwa do winy. W każdym razie kiedy nie ma przy tym kamer.

Czas nas uczy pokory

Jedną z pierwszych spraw, jakie zostały złożone w trybie zbiorowym zaraz po wejściu w życie ustawy, byli powodzianie. Ci z Sandomierza. Pozew złożył mec. Dominik Gałkowski z kancelarii Kubas, Kos, Gaertner. Był 1 września 2010 r. – czyli od tego czasu do dnia dzisiejszego minęło 1241 dni. 177 tygodni. 44 miesiące. 3,7 roku. I gdzie jesteśmy z nią dziś? – Sąd orzekł o dopuszczalności pozwu w trybie zbiorowym – odpowiada bardzo zadowolony mec. Gałkowski. I dodaje, że na tym etapie został także prawomocnie zatwierdzony skład grupy.

Dlaczego tak długo? Przecież to dopiero początek. Gdzie tam do wyroku? Gdzie do procesu przed sądem II instancji, bo na pewno Skarb Państwa (to jego instytucje zostały pozwane) się odwoła. Pozwy zbiorowe – w założeniu – miały przyśpieszyć czas trwania rozpraw, a tu wygląda, że i zbiorówki będą się ciągnąć jak czas w celi więźnia skazanego na dożywocie. Mecenas jest bardziej wyrozumiały (a może oswojony z paradoksami prawa) i tłumaczy, że może to i długo, ale taki już przywilej spraw precedensowych, w których nikt – ani adwokaci, ani sędziowie – nie mają doświadczenia. Zapewne sprawy przyśpieszą za kilka lat. Wszyscy prawnicy, z którymi rozmawiam, jak jeden mąż apelują, żeby w najbardziej trudnych kwestiach (choćby ujednolicanie grup) jak najszybciej wypowiedział się Sąd Najwyższy. To znacznie ułatwiłoby wszystkim życie.

Inna sprawa, że procedury sprzyjają temu, by wydłużał się czas postępowań. Weźmy przykład małego pozwu, uczestniczy w nim niewiele ponad 50 osób, z powództwa miejskiego rzecznika konsumentów w Warszawie przeciwko Spółdzielni Mieszkaniowej „Przy Metrze”. Chodzi o to, że spółdzielnia, naliczając opłaty swoim członkom, robiła to według umów zawierających klauzule niedozwolone, a więc niewiążące prawnie. Ale nie o to chodzi. Pozew został złożony w sądzie 31 sierpnia 2012 r. Ale dopuszczenie do postępowania grupowego uprawomocniło się dopiero 13 sierpnia 2013 r., choć taką decyzję skład orzekający podjął już na pierwszej rozprawie. Teraz czekają, aż sąd zamieści ogłoszenia wzywające zainteresowanych do przystępowania do grupy.

Mecenas Iwo Gabrysiak – bodaj jedyny w Polsce adwokat, który może powiedzieć o sobie, że wygrał sprawę w trybie zbiorowym przed sądem (chodzi o BRE Bank, który indeksował kredyty walutowe według dowolnie ustalanych przez siebie kursów, pozew wnosił o ustalenie odpowiedzialności) – dodaje, że jeśli chodzi o czas trwania procesów, to problem dotyczy wszystkich pozwów, nie tylko zbiorowych. – Ale i tak zbiorowo jest szybciej – zapewnia. I przedstawia wyliczenia: proces z BRE trwał 2,5 roku, czyli jakieś 900 dni. W grupie było 1247 osób. Czyli statystycznie rzecz biorąc, rozsądzenie sprawy jednego człowieka trwało krócej niż dzień. – Gdyby każda z tych osób złożyła pozew indywidualnie i proces trwałby tylko 2 lata, czas trwania przewodu całej grupy wyniósłby w sumie blisko 2,5 tys. lat – kończy efektownie. I dodaje, że również w Stanach procesy przeciwko dużym, bogatym koncernom potrafią trwać po kilka lat, jeśli wcześniej nie dojdzie do ugody. No ale u nas ugód nie ma. Więc wszystkie sprawy będą trwały. Bo pozwanym opłaca się je przeciągać.

To kosztuje, ale nie pozwanego

– Choćby z tego powodu, że niezależnie od tego, jak długo będzie trwała dana sprawa, pozwany nie musi się bać kosztów zastępstwa procesowego – tłumaczy mec. Anna Lengiewicz z kancelarii prawniczej LWB. A to dlatego że niezależnie, czy proces zakończy się w błyskawicznym tempie, powiedzmy po roku, czy będzie wlókł się wiele lat, maksymalna stawka, jaką może zasądzić sąd przegrywającej stronie, wynosi 43,2 tys. zł. Tymczasem, z czego osoby z zewnątrz pewnie sobie nie zdają sprawy, przy takim jednym pozwie zbiorowym pracuje kilka – kilkanaście osób. – U nas na bieżąco zajmuje się tym pięciu prawników. W momentach kulminacyjnych pomagają im jeszcze młodsi prawnicy – wyjaśnia Lengiewicz. Z tego powodu nie każda kancelaria może sobie pozwolić na przyjęcie podobnej sprawy. Po prostu może nie udźwignąć jej ciężaru. Zresztą – jeśli mowa o wielkości, porównując nasze grupy z tymi w USA, możemy się tylko uśmiechnąć. Tam liczą one po kilkadziesiąt – kilkaset tysięcy. U nas do tej pory największa była grupa z BRE Banku. A niewielka grupa oznacza jednocześnie mniejszy efekt: słabsze nagłośnienie sprawy, niewielką presję piarowską na przedsiębiorstwo, niewielkie (jeśli w ogóle) odszkodowanie etc.

– Bo nasi prawnicy muszą zmienić sposób myślenia – uważa mec. Paweł Pietkiewicz. Jego zdaniem powinni się wykazać większą przedsiębiorczością – właśnie taką w amerykańskim stylu. Tam prawnicy sami wyszukują sprawy, sami formują grupy, często finansują proces. Albo nawet kilka. Kiedy jedną sprawę wreszcie wygrają, honorarium zapłaci im za pozostałę. Może być ono ustalane jako procent od wygranej (w Polsce do 20 proc. kwoty odszkodowania).

Jego koledzy nie są co do tego już tak przekonani. Mecenas Szymański odpowiada, że aby robić takie rzeczy, potrzebna by była reklama – a u nas adwokaci nie mogą się reklamować. – Jak mamy szukać tych klientów, jeżdżąc za karetkami pogotowia? – irytuje się. W zamyśle ustawodawcy rolę reklam miały przejąć ogłoszenia sądowe, jakie po zatwierdzeniu dopuszczalności do rozpatrywaniu sprawy w tym trybie sąd jest zobowiązany dać w mediach. I niby tak się dzieje, tylko czy ktoś z czytelników widział te ogłoszenia? Rzucają się w oczy? – W dodatku z braku środków sądy, zamiast dawać ogłoszenia w najbardziej poczytnych czy oglądanych mediach, w dobrych miejscach i czasie antenowym, wybierają te najtańsze, a więc najmniej popularne – ocenia mec. Lengiewicz.

Kolejna sprawa to zainteresowanie mediów. W USA wielkie. W Polsce prawie żadne. U nas reporterzy nie relacjonują na żywo procesów. Więc zainteresowanie społeczeństwa też jest nikłe. Grupy małe. Siła rażenia żadna. I tak to się nakręca.

Tymczasem – jeśli się powiedziało A, trzeba powiedzieć także B. Pozew złożony, grupa zawiązana, trzeba w związku z tym ponosić koszty. I nie chodzi tutaj nawet o adwokata – załóżmy, że ten poczeka na swoje honorarium kilka lat. Trzeba być przygotowanym choćby na opłatę sądową – do 2 proc. wartości spornej kwoty, ale nie więcej niż 100 tys. zł. Do tego dochodzi kaucja – do 20 proc. wartości sporu na ewentualne koszty sądowe (np. opinie biegłych). Zwykle jest tak, mówią adwokaci, że sąd zasądza na początku niską opłatę wstępną, tę właściwą dopiero na koniec procesu, ale i tak trzeba mieć parę złotych odłożonych. No i jeszcze dochodzą normalne koszty administrowania grupą. Ludzie muszą się ze sobą porozumiewać, listami, telefonicznie czy za pomocą portalu internetowego. Trzeba gromadzić dokumentację, opłacać ekspertyzy... – Osoby przystępujące do pozwu zbiorowego powinny być na takie koszty przygotowane. I tak wychodzi taniej, niż gdyby każdy chciał dochodzić sprawiedliwości indywidualnie – ocenia mec. Gałkowski.

Jednak w przypadku ludzi, którzy stracili pieniądze albo zdolność zarobkowania, każde 100 zł może być kwotą nie do zdobycia. W USA jest lekarstwo na taką dolegliwość: są instytucje, które kredytują procesy w zamian za podzielenie się zyskami w razie ewentualnej wygranej. U nas nie ma takich gotowych rozwiązań, choć jak przyznaje Łukasz Dajnowicz, dyrektor departamentu komunikacji społecznej KNF, w zasadzie nie ma prawnych przeciwwskazań, aby ktoś komuś pożyczył pieniądze na taki cel. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób zostanie spisana umowa. – Choć nie uważam, aby zadłużanie się na prowadzenie procesu było dobre – zastrzega.

Rzecznik się nie rozdwoi

Proces może być dużo tańszy w obsłudze, jeśli reprezentantem grupy zostanie nie jeden z jej uczestników, ale miejski rzecznik konsumentów (w każdym z przypadków sprawa musi być jednak prowadzona przez adwokata lub radcę prawnego). Wówczas taka grupa jest zwolniona z kosztów sądowych. Problem w tym, że do tej pory tylko jeden z 370 MRK podejmował się tego zadania. – Zadanie to po prostu przekracza możliwości moich koleżanek i kolegów – ubolewa Małgorzata Rothert, MRK z Warszawy. I przytacza dane: na 370 MRK (są zatrudnieni przez samorządy w każdym powiecie i mieście na prawach powiatu) tylko 120 ma pełen etat. Zaledwie 56 ma biuro. A jedynie 47 zatrudnia 1–2 osoby. Ośmiu ma duże jak na nasze warunki ekipy – od 3 do 5 pracowników. – Ja jestem w tym towarzystwie gigantem, gdyż w moim biurze pracuje 12 osób, głównie prawników – wylicza Małgorzata Rothert. Sama jest urzędniczką bardzo bojową i przebojową, dlatego – jak mówi – przyjęła zasadę angażowania się w tego typu sprawy. – Rzecznik jest przede wszystkim funkcjonariuszem publicznym. Jako powód nie ma własnego interesu w sprawie, jest więc osobą całkowicie bezstronną. Łatwiej jest mu więc łączyć sprzeczne nieraz interesy członków grupy, mediować – zachwala. Ale rozumie innych MRK, którzy z zasady się nie mieszają. – To nie tylko kłopot organizacyjny, lecz także finansowy. W razie zasądzenia przez sąd np. kaucji, jej ciężar spływa na rzecznika jako reprezentanta grupy – wyjaśnia. Nie każdy samorząd się godzi, gdyż to oznacza uszczuplenie jego budżetu.

Ona teraz zaangażowana jest przy kilku pozwach zbiorowych. Najważniejsze to pozew przeciw Aegonowi oraz BRE Bankowi. Przy czym pierwsza sprawa dopiero się rozpoczyna, druga wkracza do kolejnej instancji. – Na szczęście przy BRE sąd oddalił wniosek pozwanego o wpłacenie kaucji w wysokości 600 tys. zł. Ale gdyby zdecydował inaczej, trzeba by było płacić – wzdycha Rothert. Dla małego samorządu byłby to problem nie do przejścia. Więc choć przepis o MRK jest, faktycznie pozostaje na wpół martwy. – Teraz przy okazji kolejnego pozwu przeciwko Skandii udało mi się namówić, aby w roli reprezentanta grupy wystąpił MRK ze Szczecina. Ja już nie dałabym rady – przyznaje.

Lekko nie jest. Wprawdzie niektórzy prawnicy przekonują, że ustawie trzeba dać jeszcze parę lat, żeby się przyjęła, aby wykształciło się orzecznictwo i wszystko okrzepło, jednak większość jest przekonana, że jeśli prawo ma działać, teraz jest czas na zmiany. A więc rozszerzenie katalogu spraw, które mogą być rozpatrywane w tym zakresie – przynajmniej o dobra osobiste. Powiększenie grona osób, które mogą występować jako reprezentanci grup – może na początek o rzecznika ubezpieczonych. Do listy życzeń należałoby dodać odformalizowanie postępowania. Choćby w ten sposób, aby sąd sam decydował o tym, czy pozew nadaje się do postępowania zbiorowego, czy nie. Od jego postanowienia zażalenie powinno przysługiwać jedynie powodowi, co skróciłoby o ładnych parę miesięcy czas postępowania. Przejrzenia wymagają zasady ujednolicania grup. No i jeszcze na koniec pozwom zbiorowym przydałoby się więcej uwagi i nagłośnienia. Leży to w interesie nas wszystkich – obywateli, sądownictwa i państwa jako całości.