Wczoraj minął rok od wejścia w życie ustawy o kierujących pojazdami (Dz.U. z 2011 r. nr 30, poz. 151 ze zm.). Od pierwszych dni narzekają na nią wszyscy. Kandydaci na kierowców, przedsiębiorcy prowadzący szkoły jazdy i urzędnicy. Wejściu w życie nowej regulacji, zwłaszcza tak obszernej (139 artykułów), zawsze towarzyszy dużo pytań i obaw, ale okazuje się, że nawet rok to za mało, by je wyjaśnić. Wszystkim pod rządami nowej ustawy pracuje się bardzo ciężko. Dlaczego?

Pierwszym minusem jest nadmierna ingerencja urzędów sprawujących nadzór nad ośrodkami szkolenia kierowców (OSK) w ich działalność.

– Ustawa o kierujących nałożyła na OSK szereg obowiązków informacyjnych: poinformowanie o rozpoczęciu kursów, terminie egzaminu wewnętrznego oraz terminie zakończenia kursów. Wcześniej wystarczyło zgłoszenie rozpoczęcia kursów. Zwłaszcza że starostwa mają takie informacje, bo znajdują się one w indywidualnym profilu kandydata na kierowcę – mówi Krzysztof Bandos, wiceprezes Stowarzyszenia Właścicieli i Instruktorów OSK MOST.

Zawikłane losy ustawy

Zawikłane losy ustawy

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Rozbuchana biurokracja

Sami urzędnicy przyznają, że to nikomu niepotrzebna biurokracja, choćby z tego powodu, że o terminie egzaminu wewnętrznego trzeba zawiadomić z trzydniowym wyprzedzeniem. Nadzorujący urzędnicy i tak nie byliby w stanie w nim uczestniczyć.

– Przecież zgodnie z ustawą o swobodzie działalności gospodarczej o każdej kontroli musimy zawiadomić przedsiębiorcę na siedem dni wcześniej – mówi Anna Olejnicka, kierownik referatu praw jazdy Urzędu Miasta w Białymstoku.

– W przypadku takiego miasta jak nasze skutkuje to spływaniem kilkudziesięciu informacji od przedsiębiorców dziennie, które trzeba przyjąć, zaewidencjonować, przy czym one na dobrą sprawę są nikomu do niczego niepotrzebne – przyznaje Bartosz Pelczarski, dyrektor wydziału komunikacji poznańskiego ratusza.

– To wymusiło dodatkowe zatrudnienia, i to zarówno po stronie firm, jak i urzędów – przyznaje Anna Olejnicka.

Przy tym zaniechanie obowiązków sprawozdawczych może mieć dla OSK ogromne konsekwencje.

– Dobrze działający ośrodek mający znakomitą kadrę, którego kursanci nie powodują potem wypadków, spóźni się z przekazaniem informacji o jeden dzień i będzie należało go zamknąć. A ośrodek, który będzie pilnował papierów, będzie ośrodkiem nie do ruszenia, niezależnie od jakości szkolenia – irytuje się Maciej Wroński, prawnik ze Stowarzyszenia Partnerstwo dla Bezpieczeństwa Drogowego.

Ale to nie wszystko. Po wejściu w życie ustawy o kierujących przedsiębiorcy prowadzący OSK muszą się też liczyć z częstymi kontrolami – przynajmniej raz w roku.

– Na naszym terenie mamy 43 szkoły jazdy, które trzeba co rok kontrolować. Razem ze sporządzeniem protokołu i zaleceń pokontrolnych trwa to od dwóch – trzech dni w przypadku małych firm do tygodnia w przypadku dużych OSK. Wiadomo, że celem było wyeliminowanie nieuczciwych OSK, ale przy okazji utrudniono życie tym uczciwym – opowiada Anna Olejnicka.

Dodatkowo przepisy nakazują urzędnikom uczestniczenie w zajęciach dla kandydatów na kierowców. Przy tych teoretycznych w większości przypadków urzędnicy są w stanie co najwyżej stwierdzić, że są prowadzone: brak im kompetencji do merytorycznej oceny. Przy praktycznych jest jeszcze większy problem, bo... nie bardzo wolno im to robić: w jazdach, co do zasady, mogą uczestniczyć tylko osoba szkolona i instruktor.

Stare błędy zostały

Takich absurdów jest więcej. Nowa ustawa powiela stare błędy ustawy – Prawo o ruchu drogowym, która tworzyła paranoiczną sytuację w przypadku zatrzymania prawa jazdy i skierowania na egzamin.

– Gdy osoba, której zatrzymano prawo jazdy, zdawała egzamin wiele lat wcześniej, to przed ponownym egzaminem chciałaby przejść szkolenie. Niestety nie ma takiej możliwości. Nie może po ulicach jeździć z „L” na dachu, bo nie jest kandydatem na kierowcę. Nie może też normalnie uczestniczyć w ruchu drogowym, bo ma zatrzymane uprawnienia. Oczywiście ludzie jakoś sobie radzą i omijają ten absurdalny przepis, ale problemy zaczynają się, gdy np. dojdzie do wypadku – przytacza Bartosz Pelczarski.

Aby taki kierowca mógł legalnie odbyć jazdę szkoleniową, musi więc najpierw iść na egzamin i go nie zdać. Wtedy straci uprawnienia i znów stanie się kandydatem na kierowcę.

Regulacja wprowadziła też zmiany, które nie poddają się jednoznacznej ocenie.

– Dobrym rozwiązaniem jest weryfikacja już w starostwie, przed rozpoczęciem szkoleń, wszelkich dokumentów potrzebnych do uzyskania prawa jazdy, związanych z badaniami lekarskimi, psychologicznymi, sprawdzeniem, czy ktoś nie ma nałożonych sądowych zakazów. Zdarzały się przecież sytuacje, w których ktoś podchodził do szkolenia, zdawał egzamin, a potem nie mógł dostać prawa jazdy, bo okazywało się, że miał orzeczony zakaz – chwali Pelczarski.

Jednak inni eksperci są bardziej sceptyczni.

– Przecież osoba posiadająca zakaz i tak nie dostanie prawa jazdy, co najwyżej wyda pieniądze na zbędny w tym momencie kurs nauki jazdy. A w ostatnich kilku latach odnotowano zaledwie kilkanaście przypadków rocznie takich osób, które w trakcie obowiązywania orzeczonej kary próbowały podjąć szkolenie. I żeby wyeliminować tych kilkanaście przypadków zmusza się kilkaset tysięcy osób rocznie do dodatkowej wizyty w starostwie – łapie się za głowę Maciej Wroński.

Podobnie oceniana jest zmiana dotycząca kierowców złapanych na jeździe na podwójnym gazie. Przed wejściem w życie ustawy to policja kierowała taką osobę na badania lekarskie i psychologiczne. Teraz robią to urzędnicy w starostwach. Część z nich się cieszy, bo policja nie zawsze była konsekwentna: raz kierowała pijanego kierowcę na badania, innym razem nie; dziś jest to ujednolicone. Z drugiej jednak strony urzędnicy narzekają, że dokonano tego za cenę dodatkowych procedur i dłuższego czasu. Wszczęcie postępowania, które skutkuje wydaniem dwóch decyzji administracyjnych, odbywa się przecież dopiero po decyzji sądów. A takich przypadków jest tyle, że w niektórych urzędach oddelegowuje się jednego – dwóch urzędników właściwie tylko do obsługi takich spraw.

Ustawa pełna niedoróbek

Najbardziej jednak irytujące są z pozoru drobne błędy i niedopatrzenia niosące uciążliwe konsekwencje. Przykładowo w prawie o ruchu drogowym było jednoznacznie określone, że prawo jazdy jest wydawane w formie decyzji. W ustawie o kierujących zapisano tylko, że odmowa wydania prawa jazdy jest decyzją administracyjną. Nie wiadomo zaś, czym jest wydanie prawa jazdy, co ma swoje konsekwencje w zakresie przysługujących środków odwoławczych, w razie gdyby przyznane uprawnienia dotyczyły np. innej kategorii, niż wnioskowana. Od decyzji administracyjnej można się bowiem odwołać do Samorządowego Kolegium Odwoławczego. Od innych rozstrzygnięć przysługuje z kolei zażalenie do wojewódzkiego sądu administracyjnego, co jest procedurą trochę bardziej złożoną i wiąże się z wniesieniem opłaty sądowej. Nie trzeba dodawać, że interpretacje organów i sądów są różne.

Kolejnym przykładem jest wprowadzenie konieczności odbycia raz do roku warsztatów przez instruktorów jazdy.

– Sam pomysł jest słuszny, ale wykonanie nie za dobre. Po pierwsze, zgodnie z przepisami warsztaty muszą być trzydniowe, choć ich program można byłoby z powodzeniem zrealizować w dwa. Ważniejsze jednak, że ustawodawca zapomniał wskazać, kto ma sprawować nadzór nad podmiotami je realizującymi – zauważa Bartosz Pelczarski.

Mogą więc je prowadzić ośrodki poświadczone, czyli ośrodki szkolenia kierowców, które spełniają dodatkowe kryteria. Jednak starostwo sprawuje nadzór tylko i wyłącznie nad podstawową działalnością takiego ośrodka, a nad prowadzeniem warsztatów dla instruktorów już nie. Zdaniem ekspertów to może rodzić patologie i zagrożenie, że warsztaty nie będą prowadzone zgodnie z wymogami.

Przykłady dobrych pomysłów i fatalnego wdrażania ich w życie można mnożyć.

– Takim jest np. elektroniczny obieg dokumentów między OSK, wojewódzkimi ośrodkami ruchu drogowego i starostwami. Ostatni WORD dopiero na dniach – po roku – podłącza się do systemu. Przez to do tej pory cały czas obowiązywał papierowy obieg dokumentów – mówi Bartosz Pelczarski.

– Zostały natomiast zwiększone wymagania w stosunku do instruktorów nauki jazdy. W poprzednim stanie prawnym instruktorem mogła zostać nawet osoba skazana za jazdę pod wpływem alkoholu, o ile było to kwalifikowane tylko jako wykroczenie – dodaje na pocieszenie Pelczarski.

Najbardziej irytujące są z pozoru drobne błędy, które niosą uciążliwe konsekwencje