Ciągłe zmiany prawa – także spółek – część ekspertów tłumaczy dążeniem, by nasz system stał się równie przyjazny inwestorom i nowoczesny jak w starych państwach Unii. Inni nieco przewrotnie przywołują opinię Maurycego Allerhanda z „Głosu Lwowskiego” sprzed niemal stu lat o tym, jak niedobra jest jednostajność prawa. Skutek próby sił między prawnikami, urzędnikami, posłami i lobbystami jest jednak taki, że nie ma – nawet między autorytetami wpływającymi na legislację – jednomyślności co do roli Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego i komisji sejmowych przy tworzeniu ustaw.

Droga na skróty

– Nie chodzi przecież o to, że Komisja Kodyfikacyjna coś sobie uzurpuje. Ważna jest nie tylko burza mózgów teoretyków i praktyków. I jeśli w ich opinii coś jest pozbawione sensu, to nie warto się tego trzymać w procesie legislacyjnym – uważa profesor Andrzej Kidyba, kierownik katedry prawa gospodarczego i handlowego Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, radca prawny.

Powinno być więc inaczej, niż np. w czasie nowelizacji kodeksu spółek handlowych z 2008 r., kiedy – mimo ostrzeżeń – zniesiono m.in. obowiązek przekształcania spółek cywilnych prowadzących działalność w wielkim rozmiarze w co najmniej spółkę jawną.

– Nierozsądnie obniżono wówczas także minimalny kapitał zakładowy spółek z ograniczoną odpowiedzialnością i akcyjnych, nie wprowadzając równocześnie rozsądnych zabezpieczeń dla wierzycieli. I wszystko to skutkuje do dziś – dodaje prof. Kidyba.

Zdaniem profesora Tomasza Siemiątkowskiego, kierownika zakładu prawa handlowego w katedrze prawa gospodarczego SGH w Warszawie, nieuporządkowany sposób przygotowywania zmian prawa prywatnego prowadzi również do tego, że nie mamy do dziś niezwykle potrzebnego prawa holdingowego. Co najmniej dwa jego projekty po gwałtownych utarczkach utonęły w szufladach. Spółka z o.o. rejestrowana w ciągu doby elektronicznie, czyli tzw. s24, pojawiła się natomiast bez żadnych konsultacji z Komisją Kodyfikacyjną, na chybcika.

– Weszła niejako bocznymi drzwiami – mówi prof. Siemiątkowski.

A wszystko dlatego, że jeden z wiceministrów sprawiedliwości uznał, że Polska jak najszybciej ma wskoczyć na wyższe miejsce w rankingu „Doing Business”. Nie było czasu na żadne eksperckie poprawki...

– A przecież każdemu profesjonalnemu pełnomocnikowi, który pomaga klientom zakładać spółki przez internet, od czasu do czasu musi cierpnąć skóra na myśl, że ktoś, kogo dobrze nie zna, będzie miał kserokopię jego dowodu osobistego. I mógłby to wykorzystać do założenia na nazwisko prawnika setki spółek, w których ów adwokat czy radca prawny będzie prezesem zarządu – dodaje doktor Mateusz Rodzynkiewicz, radca prawny, prawnik rekomendowany przez Chambers Europe Guide – Europe’s Leading Lawyers for Business.

Tym samym ów mecenas X będzie ponosił odpowiedzialność solidarną ze spółką, która może zachowywać się na rynku nieodpowiedzialnie.

Zbyt sztywny sukces

– Niemniej s24 to jest coś, co działa i daje wszystkim potrzebującym możliwość szybkiej rejestracji. Dziś powstaje w ten sposób 30 proc. spółek z o.o. Jest przecież wielu, którym wystarcza spółka jak z hipermarketu, bez żadnego autorskiego rysu. Dlatego to bardzo przydatna konstrukcja. Tyle że cały jej system jest na razie zbyt sztywny – podkreśla Wojciech Łukowski, sędzia Sądu Okręgowego we Wrocławiu.

– Problem polega na tym, że jeśli wspólnicy takiej spółki chcą podwyższyć kapitał zakładowy, to powinni móc to zrobić w e-procedurze. A póki co nie mogą – dodaje sędzia.

– Co gorsza, system rejestracji jest wprawdzie skojarzony z bazą PESEL, ale nie ma połączenia z bazą danych dowodu osobistego. Jeżeli więc jakaś dziewczyna zmieniła nazwisko, bo wyszła za mąż, to nie da się jej wpisać jako prezesa zarządu tylko dlatego, że PESEL nie rozpoznaje osoby. A przy e-rejestracji, jak się raz wpisze dane, to już nie można tego zmienić - wskazuje dr Rodzynkiewicz.

– No, a jeśli kancelaria prawnicza, zakładając usługowo s24, poda w procedurze swój adres mailowy, po czym wyda spółkę klientowi, to okaże się, że system nie pozwoli na zmianę. I po trzech latach, w razie jakiejś operacji, wszystkie dane trafią do pełnomocnika, a nie do jego klienta – przyznaje sędzia Łukowski.

Jego zdaniem nie ma jednak co fetyszyzować wykorzystywania danych pełnomocników, ponieważ od zawsze to samo groziło wszystkim, którym zginęły dokumenty. Oszust mógł zawiązać spółkę na nazwisko takiej osoby np. w Wielkiej Brytanii i otworzyć oddział w Polsce.

Wirtualny kapitał

Nowe pomysły legislacyjne mają jednak prowadzić do ważnych – nie kosmetycznych – zmian w prawie handlowym. Tymczasem to, co ma się pojawić w kodeksie dopiero za jakiś czas, można było uchwalić już pięć lat temu, kiedy obniżono minimalny kapitał zakładowy spółek z o.o.

– Teraz mówi się o zabezpieczeniu interesów zarówno wierzycieli, jak i samych wspólników, m.in. przez wprowadzenie testu wypłacalności. Nadal jednak brakuje instrumentów pozwalających skutecznie wymuszać składanie przez wszystkie spółki rocznych sprawozdań finansowych – przypomina prof. Kidyba.

– A przecież nie o wysokość kapitału zakładowego w gruncie rzeczy chodzi, a o podejście do finansowania majątku spółki. Kiedyś wymagane były twarde aktywa. Dziś pojawiają się coraz dziwniejsze wkłady, nawet w postaci opcji i innych instrumentów finansowych – podkreśla sędzia Łukowski.

I podaje przykład banku finansującego swój kapitał wniesieniem niepieniężnego wkładu w postaci oprogramowania o dużej wartości, ale dedykowanego tylko tego rodzaju przedsiębiorcom. Spółka odnosi tę korzyść, że nie wydaje dodatkowo ogromnych pieniędzy na wytworzenie software’u. Ale wierzyciele? Konia z rzędem temu, kto w razie problemów uzyska jakiekolwiek zaspokojenie.

– Wszystko musi odpowiadać potrzebie chwili. Kiedy tworzyliśmy kodeks spółek handlowych ze stosunkowo wysokimi wymaganiami kapitałowymi, miałem do czynienia z dużymi inwestorami zagranicznymi. Interesowała ich przede wszystkim kwota, którą muszą wykazać, rejestrując spółkę kapitałową. Próg działał i ekonomicznie, i psychologicznie. Interes miał być poważny. Dziś bardziej liczy się miejsce w rankingu międzynarodowym – mówi profesor Stanisław Sołtysiński z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, radca prawny.

Trzeba również pamiętać, że wysoki kapitał zakładowy działa usypiająco.

– To świetnie widać przy piramidach finansowych, nawet takich jak Amber Gold. Wtedy ludzie nie sprawdzają, z kim zawierają umowy. A w interesach trzeba przyglądać się zawsze każdemu – dodaje sędzia Łukowski.

Test rzetelności

I chociaż ciągle brakuje skutecznych metod wymuszania na spółkach składania co roku sprawozdań finansowych, które najprościej i najrzetelniej pokazują, z kim podmiot kontraktuje, projektodawcy skonstruowali test wypłacalności. Ma to być obowiązkowe badanie, które powinno zapewnić ocenę zdolności do wypłaty wspólnikom dywidendy. Powinno więc hamować rujnowanie spółki przez nieodpowiedzialne wyprowadzanie z niej pieniędzy.

– Ta nowa instytucja wzmocni pozycję zarządów względem wspólników, którzy w obecnym stanie prawnym nieraz wywierają nacisk, nie bacząc na płynność spółki. Patologia polega na tym, że kiedy spółka ma bilansową zdolność do wypłaty, ale brak jej środków, zaciąga kredyt. Test wypłacalności powinien odpowiedzieć na pytanie o cash flow. Jego negatywny wynik będzie zwalniał zarząd z ekwilibrystyki finansowej – uważa dr Rodzynkiewicz.

– Musimy liczyć na roztropność członków zarządu i dlatego zakładamy, że będą składali prawdziwe oświadczenia. Bo też i nie ma idealnych rozwiązań chroniących przed nierzetelnością – przypomina prof. Siemiątkowski.

Za grosz i bez nominału

Zdaniem prof. Sołtysińskiego nie ma też idealnych rozwiązań legislacyjnych, które chronią wierzycieli przed ryzykiem. A minimum udziałowe nie tylko tej roli nie pełni, lecz – paradoksalnie – utrudnia refinansowanie przedsiębiorcy. Stąd pomysł na spółkę z udziałami beznominałowymi. Tak samo było z odsądzoną od czci i wiary konstrukcją jednogroszowych akcji. Tymczasem chodziło o zabieg czysto formalny, który ułatwiał kolejne emisje.

– Pozbywamy się fetyszu nominału. To powinno ułatwiać wchodzenie nowych wspólników z pieniędzmi, gdyby spółce po latach sukcesów powinęła się noga. Przybysze nie będą musieli kupować odsetka kapitału zakładowego od starych udziałowców – podkreśla prof. Sołtysiński.

Ale i tak – jak mówi – o skuteczności każdej nowej instytucji prawa cywilnego decydują praktyka i orzecznictwo, nie sama legislacja.