Podmiotów wykonujących badania DNA jest na polskim rynku bardzo dużo. Są wśród nich ośrodki uniwersyteckie, ale także małe prywatne laboratoria. Ich poziom jest więc bardzo zróżnicowany. To powoduje, że nawet ta metoda nie może być uznawana bezkrytycznie za dającą 100 proc. pewności uzyskania prawdziwego wyniku. Pomylenie próbek, zanieczyszczenie materiału, czy też przeoczenie jakiegoś śladu, to tylko przykłady błędów, jakie zdarzają się w pracy biegłych sądowych.

Pomyłki się zdarzają

Jako przykład można podać sprawę gwałtu, która toczyła się przed jednym z sądów okręgowych. Tam opinia biegłego wykluczyła sprawstwo podejrzanego, na skutek czego został on uniewinniony przez sąd I instancji. Prokurator w postępowaniu odwoławczym zażądał przeprowadzenia badania genetycznego jeszcze raz, przez innego biegłego. Ten odkrył przeoczenie: poprzedni ekspert nie zauważył, że na materiale dowodowym dostarczonym do analizy, oprócz ludzkiego nasienia, znajdowały się także włosy. Po przeprowadzeniu analizy okazało się, że należały one do ofiary. W związku z ciągłymi niejasnościami przeprowadzono następne badanie. To z kolei wykazało, że pierwszy z biegłych nie dość, że przeoczył ważne ślady, to jeszcze pomylił próbki dostarczonego materiału badawczego. Po zbadaniu zdeponowanej w prokuraturze zapasowej próbki pochodzącej od podejrzanego okazało się, że jest on jednak gwałcicielem. Przypadek ten został opisany w jednym z wydań kwartalnika naukowego zakładu genetyki molekularnej i sądowej Katedry Medycyny Sądowej Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika „Genetyka + Prawo”.

Choć tego typu pomyłki nie są zbyt częste, to ich ciężar gatunkowy jest spory. Co więc zrobić, aby ograniczyć je do minimum? Eksperci twierdzą, że należy lepiej kontrolować jakość pracy laboratoriów, zwłaszcza tych, które przeprowadzają badania dla sądów i prokuratur. Pomóc mają w tym regulacje unijne, które już niedługo, bo 30 listopada, wejdą w życie.

Zbyt duża swoboda

Zasady dotyczące m.in. oceny jakości pracy laboratoriów w Polsce zostały zawarte w rozporządzeniu ministra zdrowia w sprawie standardów jakości dla medycznych laboratoriów diagnostycznych i mikrobiologicznych (Dz.U. z 2006 r. nr 61, poz. 435). Przewiduje ono m.in., że takie podmioty, w celu poprawy jakości pracy i weryfikacji kompetencji ich pracowników, są zobowiązane brać stały udział w krajowych lub międzynarodowych programach zewnętrznej oceny jakości.

– Niestety, brak jest doprecyzowania, jak często takie kontrole powinny się odbywać. Uzależniono to bowiem od regulaminu, jaki obowiązuje u organizatora testów – zwraca uwagę dr Anita Gałęska-Śliwka, adiunkt na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Dodaje, że udział w testach ma charakter dobrowolny i trudno jest wymóc na uczestnikach, aby poddawali się im wielokrotnie, np. co roku. Zwłaszcza że w większości przypadków kontrole są przeprowadzane pod warunkiem wniesienia przez laboratorium określonej opłaty.

Drugi problem jest taki, że rozporządzenie pozwala laboratoriom samodzielnie decydować o tym, w jakich testach zewnętrznych będą uczestniczyły.

– Wybór podmiotu zewnętrznego, który organizuje kontrolę jakości i kompetencji laboratorium, może niekiedy wpływać na wynik kontroli. Metodologia prowadzenia takich kontroli może się bowiem od siebie różnić, a co za tym idzie, poziom uzyskanych w ten sposób wyników także może być zróżnicowany – twierdzi dr Gałęska-Śliwka.

Dlatego jej zdaniem pozostawienie laboratoriom takiej swobody jest zbyt daleko idącym ustępstwem prawodawcy.

– Z uwagi na pojawiającą się czasem w pracy niektórych laboratoriów niestaranność, w interesie publicznym jest prowadzenie analiz dowodów z DNA wyłącznie w laboratoriach o najwyższej renomie, o potwierdzonej i uznanej jakości – mówi Anita Gałęska-Śliwka.

Nieco inne zdanie na ten temat ma Maciej Strączyński, sędzia Sądu Okręgowego w Szczecinie.

– Nie żyjemy w epoce, w której konieczne by było certyfikowanie ośrodków badań DNA. A to również dlatego, że jeżeli wyniki badań budzą wątpliwości którejś ze stron, to zawsze istnieje możliwość ich podważenia i zlecenia ich przeprowadzenia na nowo przez inny ośrodek – mówi sędzia.

Unijne standardy

Podniesienie standardów pracy laboratoriów wykonujących badania dla instytucji wymiaru sprawiedliwości wymusić ma decyzja ramowa Rady Europejskiej 2009/905/WSiSW w sprawie akredytacji dostawców usług kryminalistycznych wykonujących czynności laboratoryjne (Dz. Urz. L 322). 30 listopada 2013 r. wchodzi w życie część jej przepisów, które nakładają na laboratoria genetyczne wykonujące badania dla organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości obowiązek uzyskania odpowiedniego certyfikatu akredytacji. Certyfikat ten będzie wystawiało Polskie Centrum Akredytacji (PCA).

– Obecnie również wystawiamy tego typu certyfikaty. Zauważyliśmy jednak, że im bliżej terminu wejścia decyzji ramowej, tym więcej podmiotów jest zainteresowanych uzyskaniem akredytacji – przyznaje Monika Obara z PCA.

O ile bowiem dziś od woli laboratorium zależy, czy będzie mieć taki certyfikat, to po 30 listopada będzie to obligatoryjne. Oczywiście wtedy, gdy podmiot będzie chciał nadal świadczyć usługi na rzecz sądów, prokuratur czy policji.

– Celem decyzji wydanej przez radę jest zapewnienie, aby wyniki czynności laboratoryjnych w jednym państwie członkowskim były uznawane za równie wiarygodne, jak te uzyskane w jakimkolwiek innym kraju UE – tłumaczy dr Gałęska-Śliwka.

Dodaje, że od dnia wejścia w życie tej decyzji wykorzystanie wyników badań laboratoryjnych dla potrzeb organów ścigania i wymiaru sprawiedliwości będzie dopuszczalne wyłącznie po uzyskaniu przez laboratorium certyfikatu akredytacji.

Sędziowskie spojrzenie

Unijne wymogi są co do zasady oceniane dobrze przez praktyków.

– Należy dążyć do tego, aby standard badań DNA był na takim samym poziomie we wszystkich krajach i ośrodkach. Generalnie więc nie mam nic przeciwko temu, aby wprowadzić swego rodzaju porównawczą skalę – mówi sędzia Maciej Strączyński.

Zaznacza jednak, że dla sądów nie będzie to w żaden sposób wiążące.

– Nie można nakazać sądowi, aby wybierał jedynie tych biegłych, którzy posiadają jakiś certyfikat. Procedura tego zakazuje. To jest decyzja sądu. Oczywiście, jeżeli sąd powoła biegłego bez udokumentowanej wiedzy i doświadczenia, to strony będą mogły na tej podstawie podważać opinię i wyrok, ale sędziemu nie można tego zabronić – argumentuje Strączyński.

Jego zdaniem należy przede wszystkim wierzyć w zdrowy rozsądek sędziego.

– Nie jest mi znany przypadek, żeby w Polsce jacyś biegli spod płotu zajmowali się badaniem DNA. To zawsze były ośrodki uniwersyteckie – podkreśla sędzia Strączyński.

Tak było też w pierwszej sprawie w Polsce, w której w 2001 r. skazano człowieka jedynie na podstawie obciążających wyników badań DNA. Kod DNA sprawcy ustalił prof. Ryszard Pawłowski z Akademii Medycznej w Gdańsku. Wyrok skazujący w tej sprawie wydał Maciej Strączyński.

– Nie było żadnych innych dowodów, tylko ślady biologiczne sprawcy. To był seryjny gwałciciel, nazwany wampirem ze Świnoujścia, który zabił dwie spośród swoich ofiar. Za oba zabójstwa w dwóch osobnych procesach dostał dożywocia. Wyroki utrzymały się po apelacji i kasacji – opowiada sędzia Strączyński.

Jego zdaniem nie ma więc większego znaczenia, czy i w jaki sposób laboratorium jest sprawdzane. Zawsze weryfikacja materiału dowodowego należy do sądu, a strony mają prawo głosu. I albo oprotestują one materiał dowodowy, albo nie.