Prezydent Bronisław Komorowski przestał udawać, że się namyśla. Zawetował społeczny projekt ustawy o okręgach sądowych sądów powszechnych. Nad projektem Komitet Inicjatywy Ustawodawczej pracował przez rok, zebrał pod nim 170 tys. podpisów, ale prezydent odmówił komitetowi nawet spotkania. Na projekcie nie zostawił suchej nitki, oświadczając, że powinni się wstydzić ci, którzy nad nim pracowali. Przedstawił własny projekt – podobno lepszy. Podobno...

Projekt prezydencki sprowadza się do zmiany art. 10 prawa o ustroju sądów powszechnych. Według niego sąd rejonowy tworzy się dla obszaru jednej lub więcej gmin, jeśli na obszarze tym mieszka co najmniej 60 tys. osób, a z obszaru tego wpływa do sądu co roku co najmniej 7 tys. spraw cywilnych, karnych i nieletnich łącznie (par. 1a). Można utworzyć sąd również wtedy, gdy liczba mieszkańców jest mniejsza niż 60 tys. osób, jeśli spełniony jest warunek wpływu 7 tys. spraw rocznie (par. 1b). Dodatkowo warunkiem jest, aby sąd, z którego obszaru nowy sąd zostanie wyłączony, wskutek zmniejszenia obszaru nie przestał spełniać kryteriów określonych w par. 1a lub 1b (par. 1c). Wreszcie jeśli przez trzy lata liczba wpływających spraw cywilnych, karnych i nieletnich nie przekracza 7 tys. rocznie, można sąd znieść (par. 1d).

Widzimisię

Jak ocenić projekt? W jego uzasadnieniu ogłoszono, że po jego wejściu w życie minister sprawiedliwości będzie miał obowiązek utworzyć na nowo 17 spośród 79 zniesionych przez Jarosława Gowina sądów, a dalszych 10 będzie miał prawo utworzyć. Krótko mówiąc, że prezydencki projekt ustawy przywraca 27 sądów. Problem w tym, że jest to nieprawda i fakt ten dostrzeże każdy prawnik.

Proponowane przepisy nie zobowiązują ministra do utworzenia żadnego sądu. Sąd można utworzyć pod warunkiem, że z jego obszaru będzie wpływać rocznie co najmniej 7 tys. spraw cywilnych, karnych i nieletnich. Co jest „sprawą”, a co nie, ustawa nie określa, a statystyczne sposoby liczenia są tak różnorodne, że minister może ten mętny zwrot interpretować jak zechce. Nie wiadomo czemu pominięto sprawy rodzinne, skoro rozpoznawane w tych samych wydziałach sprawy nieletnich uwzględniono. Obszar sądu powinien liczyć co najmniej 60 tys. mieszkańców, ale nie jest to warunek niezbędny.

Ustawa nie zabrania, aby sąd rejonowy tworzyć dla obszaru, z którego wpływa dwa – trzy razy więcej spraw i który liczy dwa – trzy razy więcej mieszkańców. Minister nie ma obowiązku podzielić takiego sądu na mniejsze. Może pozostawić bez zmian sąd utworzony z dwóch czy trzech. Spełnia on ustawowe warunki, bo górnej granicy wielkości sądu nie określono. Nawet utworzenie... jednego sądu rejonowego dla całej Polski będzie w zgodzie z prezydenckim projektem.

Problem tkwi w słowie „obszar”. To minister bowiem decyduje, jakie gminy mają tworzyć obszar sądu. I może to robić dowolnie. Wyobraźmy sobie, że ktoś żąda od ministra, aby z Sądu Rejonowego w A. wydzielił na powrót zlikwidowany przez Jarosława Gowina Sąd Rejonowy w B. Powiat A. liczy 90 tys. mieszkańców, powiat B 70 tys., wpływa z nich odpowiednio 9 i 7 tysięcy spraw. Podstawy do utworzenia sądu w B. pozornie są. Ale minister odmawia.

Dlaczego? „Sąd w A. liczy 160 tys. mieszkańców, wpływa do niego 16 tys. spraw rocznie, spełnia kryteria ustawowe, nie mam obowiązku go dzielić na dwa”. Władze powiatu B. odpowiadają: „Przecież Sąd Rejonowy w B. też będzie spełniał kryteria ustawowe”. Minister: „Nie, nie będzie spełniał. Postanowiłem, że gminy X i Y, które należą do waszego powiatu, pozostaną w Sądzie Rejonowym w A. Ustawa pozwala mi określać obszary sądów, nie muszę kierować się granicami powiatów. Po odjęciu gmin X. i Y. pozostały obszar liczy mniej niż 60 tys. mieszkańców i nie wpływa z niego 7 tys. spraw. Dlatego Sądu Rejonowego w B. nie będzie.” „Ale dlaczego gminy X. i Y. miałyby pozostać w Sądzie Rejonowym w A., skoro leżą w powiecie B. i kiedyś należały do Sądu Rejonowego w B.?” – zapytają przybysze. „Bo tak mi się podoba i ustawa mi na to pozwala. Dziękuję za konsultacje społeczne, do widzenia państwu!”.

Logika

Jeśli minister będzie chciał znieść sąd, po prostu zmieni jego granice. O tym ustawa nie mówi nic. Przeniesie połowę jego gmin do sądu sąsiedniego. Za trzy lata zniesie okaleczony sąd pod pretekstem niewystarczającego wpływu spraw. Zresztą art. 10 par. 1d mówiący o znoszeniu sądów jest nielogiczny, bo pozwala znieść sąd, jeśli ogólna liczba wpływających spraw nie przekroczy 7 tys. przez trzy kolejne lata. Z przepisu jednak nie wynika, czy chodzi o sprawy... wpływające do tego sądu.

Błąd logiczny zawiera też par. 1c – jeśli zmniejszony sąd przestałby spełniać kryteria określone w par. 1b, to musiałby przestać też spełniać kryteria określone w par. 1a, słowo „lub” jest tu zbędne. Zbędny jest przepis przejściowy o przenoszeniu sędziów: art. 75 par. 1 pkt 1 u.s.p. przewiduje przeniesienie w razie zniesienia wydziału zamiejscowego (a powołanie nowego sądu wiąże się z takim zniesieniem). Jak więc widać, autorzy nie najlepiej napisali projekt dla prezydenta.

Wstyd

Projekt ma ostatecznie dobić 52 spośród 79 zniesionych przez Jarosława Gowina sądów. Nie spełniają one kryterium 7 tys. spraw, zatem według ustawy żaden przyszły minister nie będzie ich mógł przywrócić, choćby chciał. Ale można omijać zakaz w obie strony: zwiększyć obszary małych sądów. Tego chcieli autorzy projektu społecznego. Kilkanaście zniesionych sądów miało mieć zwiększone okręgi. Wśród nich był np. Sąd Rejonowy w Sławnie, zlikwidowany, ponieważ na jego obszarze mieszkało tylko 29 tys. osób. Ale sąd ten, nie wiadomo czemu, obejmował tylko pół powiatu: miasto i gmina Darłowo oraz gmina Malechowo należały do wielkiego Sądu Rejonowego w Koszalinie. Tymczasem cały powiat sławieński liczy niemal 60 tys. mieszkańców i zapewne „wytworzyłby” wymagane 7 tys. spraw. Byłyby podstawy do zachowania sądu w Sławnie. Ale minister go nie chciał i tyle, zaś prezydencka ustawa pozwala mu nadal nie chcieć. Takich sytuacji jest wiele.

Prezydencki projekt ustawy jest więc albo bublem prawnym, albo propagandową próbą usprawiedliwienia weta wobec ustawy o okręgach sądowych sądów powszechnych. Jej projekt napisali ludzie wykonujący swą pracę bez zapłaty, chcący coś zrobić dla dobra społecznego, którzy uzyskali dla swej pracy aprobatę najpierw 170 tys. Polaków, a potem większości sejmowej. Prezydent kazał im się wstydzić za aktywność obywatelską. Wypadałoby raczej, żeby wstydzili się pracownicy Kancelarii Prezydenta. Oni za pisanie projektów ustaw otrzymują wynagrodzenie.

Maciej Strączyński,  prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia”