W co się bawić, w co się bawić... Można w różne rzeczy. O grze komorników w czarnego Piotrusia już pisałam. Chodzi o to, z kogo prędziutko, bez wdawania się w zbędne szczegóły identyfikacyjne (takie jak PESEL lub imię ojca) ściągnie się dług. I taki niedłużnik-płatnik zostaje z czarnym Piotrusiem. Niech on się teraz martwi, jak odzyskać to, co stracił.

Gdy np. następuje prywatyzacja więzień, wojska, egzekucji wyroków, sprywatyzowanie władzy (umowa między państwem a firmą prowadząca więzienie lub dysponującą najemnikami) nic nie zmienia w statusie jednostki, która się z tą sprywatyzowaną władzą styka, ale jej sytuacja się pogarsza. Podmiot prywatny ma tu uprawnienia władcze, jakie dawniej miała władza polityczna (ale brak tu gwarancji zabezpieczających, bo te dotyczą działania państwa) i jednocześnie kieruje się w swoim działaniu logiką rynkową, sprzyjającą egoizmowi i nadużyciom w poszukiwaniu zysku. Jest to problem znany służbie zdrowia, gdy pacjent staje się „kosztem”, albo komornikom (którzy są skłonni egzekwować dług z kogokolwiek, minimalizując obowiązki i staranność w poszukiwaniu właściwego dłużnika).

Tak sobie nawet pomyślałam, że to ciekawy pomysł teoretyczny: „Tożsamość imienia i nazwiska jako źródło solidarności z dłużnikiem w warunkach egzekucji komorniczej”. Gotowy temat na doktorat. Może – jak kto będzie chciał robić doktorat – to się podejmę opieki naukowej. Właśnie niedawno kupiłam sobie monografię niemieckiego autora, M. Beckera, zatytułowaną „Absurde Vertäge”. Wydana w renomowanym wydawnictwie Mohr Siebeck świadczy o tym, że najbardziej dziwaczne tematy mogą się stać podstawą doskonałych opracowań o bynajmniej nieabsurdalnych wnioskach. Może więc ktoś zechciałby opracować u nas to nowe źródło odpowiedzialności solidarnej, wynalezione przez komorników poddanych bezlitosnej logice rynkowej sprywatyzowanej własnej profesji. Bo uprawnienia władcze im zostały, a motywacja całkiem rynkowa. Tylko płatników-niedłużników żal. I zasad rządzących konstrukcją solidarności. I zgubionego etosu służby, którego nie rozumie nawet samorząd komorników.

Inne gry i zabawy też zabawne nadzwyczajnie. Ot, taka mała zabawa w przebierankę-udawankę, jaką fundują pospołu ministerium sprawiedliwości i samorządy – adwokacki i radcowski. Właśnie niedawno zaproszono mnie do wspólnych igrców. I mało co się nie złapałam!

A było tak. Ministerstwo Sprawiedliwości, działając na podstawie stosownego swego rozporządzenia, ogłosiło nabór do dwuletnich komisji egzaminacyjnych na aplikacje radcowską i adwokacką. Do tych siedmioosobowych komisji należy powołać pracownika naukowego, „legitymującego się poziomem wiedzy, doświadczenia i autorytetu, dającego rękojmię prawidłowego przebiegu egzaminu wstępnego” (tak napisano w obszernym, solennym liście wiceministra sprawiedliwości, skądinąd obdarzonego tytułem naukowym, który to list skierował do Komitetu Nauk Prawnych, a więc ciała reprezentującego pracowników naukowych – prawników). Padło na mnie. Niespecjalnie miałam ochotę, no ale rozumiem, że to jak z recenzowaniem – ktoś musi odpytać, sprawdzić, zakwalifikować. Tyle że podczas rozmowy z przedstawicielką ministerstwa coś mnie tknęło i zapytałam, na czym będą polegały moje obowiązki. Okazało się, że przede wszystkim mam siedzieć i pilnować, aby nie ściągali. Powiedziałam, że do tego woźny wystarczy. Albo sekretarka. Byle uczciwi. Ale dalej było jeszcze gorzej. Okazało się, że wszystkie pytania i odpowiedzi są już gotowe i komisja w ogóle w tym zakresie nie ma żadnych ani uprawnień, ani obowiązków. Po zakończonym egzaminie ma zliczyć punkty i podpisać protokół. Dwa dni pilnowania egzaminowanych, oczywiście za wynagrodzeniem; nie pytałam jakie, ale choćby najmniejsze, to i tak za dużo jak na zakres rzeczywistej odpowiedzialności, a gdyby sowite, to i tak za mało na zmarnowany czas i kupione nazwisko do firmowania podobnego procederu.

Do czego przy tak obmyślanym egzaminie konieczny jest – jak chce Ministerstwo Sprawiedliwości – pracownik naukowy, z „poziomem wiedzy, autorytetu, doświadczenia” i tą nieszczęsną rękojmią? To chyba relikt jakichś czasów, gdy komisja egzaminacyjna naprawdę sama trudziła się nad pytaniami, rozmawiała z kandydatami i naprawdę ich oceniała. A tu, ponieważ odpowiedzi na pytania są z góry określone, to nawet gdy są błędne, to komisja nie ma jak tego błędu uwzględnić. To po co w tym uczestniczyć? Ja w każdym razie w to się nie bawię i się wypisałam. Ciekawam, kto się na to złapie.

W co się bawić, w co się bawić, podśpiewuję sobie, gdy proszą mnie w Centrum Nauki do przeprowadzenia oceny projektu badawczego (wiadomo, konkurs, granty, obiektywizm, punkty itd.), a potem się okazuje, że mam sobie po prostu sama policzyć w różnych bazach danych indeks cytowań ocenianych autorów. Ja jestem potrzebna do zsumowania punktacji. No i mam się podpisać wszystkimi możliwymi tytułami naukowymi na formularzach. Napisałam im, żeby nigdy więcej się do mnie nie zwracali. Nie gram w tę grę.

W co się bawić, w co się bawić – gdy w sprawozdaniach, gdzie trzeba podać publikacje nie wystarcza już jak niegdyś – autor, tytuł, data, wydawca, ale trzeba (koniecznie!) podać jeszcze numer IBNS i liczbę stron całego woluminu (a skąd mam wiedzieć, gdy mam tylko nadbitkę swego tekstu)? Nie bawię się, „możecie mi nie uznać pozycji” – „a to nam, Pani Profesor, punktów nie doliiiiiiczą”, uskarża się urzędniczka. Trudno, niech nie doliczają.

Poważny redaktor poważnego czasopisma bawi się w arytmetykę geograficzną, powołując do komitetu redakcyjnego (za aprobatą wysokich organów korporacji prawniczej) figurantów z zagranicy (niektórzy nawet nie znają polskiego) aby tylko spełnić punktodajny wymóg „zagranicznego członka kolegium”. Że to upokarzające i demoralizujące – no cóż, bywa, gdy się nie gra w szachy, lecz w salonowca.

Nie wiem, jaka to gra, gdy procedura uznawania dyplomów, która w myśl obowiązujących przepisów (unijne!) musi prowadzić do uznania dyplomu, nawet przy złej pracy dyplomowej, angażuje rady naukowe i recenzentów. Skoro musi się uznać, należy tylko sprawdzić stosowny wykaz szkół wyższych w innych unijnych krajach. I nie musi tego robić rada naukowa, a recenzje to w ogóle nikomu nie są potrzebne. (Chyba żeby taką recenzję komunikowano szkole, która wydała dyplom; wtedy byłby to element dyskursu naukowego i samokontroli. Tyle że nikt tego ani nie wymaga, ani nie robi).

Wciąganie w fikcyjne gry i pozbawione treści ceremonie demoralizuje. Banalizuje pozycję uczelni, Akademii Nauk i w ogólności udział ludzi nauki w życiu społecznym. Sprawiają to różnego rodzaju oficjalne procedury przewidujące udział naukowców w pozbawionych treści ceremoniach, parametryzowanych fikcyjnych sprawdzianach itd. Wszystko to jest korumpowaniem (intelektualnym, a może i finansowym, vide te honoracje egzaminów) nauki.

Jest to fragment szerszego zjawiska, właściwego nie tylko nauce. Jest nawet na to nazwa: makdonaldyzacja. Dotyka ona nauki, nauczania i dydaktyki, dotyka prawa i prawników. A wszystko jako skutek tak lansowanej parametryzacji, wprowadzanej pod hasłem lepszej mierzalności i sprawiedliwości ocen. Egzamin „parametryzowany” to właśnie taki, gdzie komisja egzaminacyjna liczy słupki i przykłada wzornik z dziurkami do formularzy zapełnionych krzyżykami.

Jak wiadomo, w McDonaldsie jada się szybko, rotacja jest ogromna, wszystko jest ściśle sparametryzowane, co powoduje, że burger „trzyma standard” jakości i obsługi, niezależnie od tego, gdzie go kupiono, a lokale na całym świecie są bliźniaczo podobne, podobnie jak zachowanie obsługi. Tyle że ta masowość, kalkulacyjność, efektywność, przewidywalność przekładają się na to, że jakość jest wypadkową szybkości i ilości. I niczego więcej. Jakość standardowa w McDonaldsie jest do przyjęcia, ba, może i pożądana. Ale już jako wynik postępowań kwalifikacyjnych – nie. Zaproszenie do udziału w tym ujednoliconym, parametrycznym systemie kogoś, kto ma go ozdobić swoim naukowym tytułem i wesprzeć dobrym imieniem wynikającym z „legitymowania się poziomem wiedzy, doświadczenia i autorytetu, dającego rękojmię prawidłowego przebiegu” – jest kwiatkiem do kożucha. I ciekawa jestem, czy te zabiegi wynikają ze świadomości, że kożuch brzydki, więc należałoby go czymś przyozdobić, czy też idzie o to, że nie bardzo wiadomo, co zrobić z bezużytecznymi kwiatkami, więc już je lepiej do tego kożucha poprzypinać, żeby wyglądało, że są do czegoś jednak potrzebne.

A teraz o skutkach bezmyślnej parametryzacji. Przy naborze kandydatów do pracy w pewnym wysoko postawionym urzędzie trzeba było dostarczyć świadectwo niekaralności. Na specjalnym formularzu. Brak takowego albo użycie formularza niewłaściwego skutkowało automatycznie uznaniem kandydata za karanego lub takiego, który nie dostarczył zaświadczenia. Bo tak ustawiono parametry sprawdzania. Egzamin na aplikacje, gdzie w komisji ma uczestniczyć koniecznie i ustawowo pracownik naukowy, ma opracowane z góry zarówno pytania, jak i odpowiedzi. Odpowiedź prawidłowa, lecz inaczej ujęta – będzie zakwalifikowana jako błędna.

To, co mieliśmy już przy sparametryzowanych egzaminach maturalnych, teraz dotarło także do egzaminów na aplikacje. I jak w tej sytuacji się dziwić, że adepci – sami traktowani schematycznie i niesprawiedliwie, uczestniczący w grze pozorów, nie umieją potem przyzwoicie napisać wyważonego (a więc nie opartego na zero-jedynkowej wizji świata) wywodu, uzasadniającego istnienie zasady proporcjonalnego posłużenia się władzą? Ba, zapominają, że mają robić nie tylko to, co im wyraźnie, expressis verbis jakieś wzorce nakazują, ale także, że ciążą na nich jakieś obowiązki dotyczące starannego działania, inicjatywy, osiągania sprawiedliwości.

W wystąpieniach medialnych przedstawiciel samorządu komorniczego bronił makdonaldyzacji reguł staranności zawodowej. A jeśli to się przeniesie na sądy? Wtedy opaska Temidy będzie atrybutem zabawy. Gry w rosyjską ruletkę.

Nie ma się co dziwić, że uczestniczący w grze pozorów, traktowani schematycznie adepci prawa nie potrafią potem napisać wyważonego wywodu

Prof. Ewa Łętowska