Że tak się stanie, było wiadomo co najmniej od grudnia zeszłego roku. To wówczas ustawodawca ostatecznie zdecydował, że odwołania od uchwał Krajowej Rady Sądownictwa o wyborze kandydatów na sędziów Sądu Najwyższego będzie rozpatrywał Naczelny Sąd Administracyjny. Od tamtego momentu minęło ponad dziewięć miesięcy. Tymczasem sędziowie sprawiają wrażenie, jakby w ogóle nie byli na to przygotowani.

Mam tutaj na myśli tych sędziów NSA, którzy mają podjąć decyzję w sprawie wniosków o udzielenie zabezpieczenia. Te pojawiły się w związku z odwołaniami, jakie złożyli do NSA ci, którzy bezskutecznie starali się o miejsce w SN. Wnioskują oni m.in. o to, aby NSA zakazał osobom wytypowanym przez KRS na sędziów SN odbierać akty powołania na urząd lub też zakazał im podejmować czynności orzeczniczych. Mówiąc wprost i zupełnie nie po prawniczemu: celem tych wniosków jest uniemożliwienie PiS obsadzenia SN swoimi ludźmi. Zadanie więc, trzeba przyznać, postawiono przed NSA niełatwe. Nic dziwnego, że sędziowie potrzebują czasu do namysłu. Z drugiej jednak strony sąd powinien działać zgodnie z przepisami prawa, a te jasno stanowią, że taki wniosek powinien być rozpatrzony niezwłocznie, nie później jednak niż w terminie tygodnia od dnia jego wpływu. Problem polega na tym, że ten tydzień minął wczoraj. A decyzji jak nie było, tak nie ma. Nie bez znaczenia dla oceny takiego sposobu procedowania NSA jest także dynamika wydarzeń, z jaką mamy do czynienia w przypadku SN. Nikt przecież nie ma wątpliwości, że jesteśmy świadkami swoistego wyścigu z czasem, w którym na razie rządzący zdają się zawsze być o jedną długość przed sędziami. I to właśnie nie kto inny jak NSA ma dziś w rękach narzędzie, które może choć na chwilę tę sztafetę zatrzymać. O ile oczywiście zawodnicy będą grać fair.

Decyzja w sprawie wniosków ma zapaść ponoć dziś. Jaka będzie, trudno przesądzać. Sprawa ma charakter precedensowy i – co tu kryć – podłoże wybitnie polityczne. A takich spraw sędziowie, zwłaszcza ci administracyjni, bardzo nie lubią. Taki wniosek nasuwa się sam, gdy przyjrzy się kilku postępowaniom zawierającym w sobie czynnik polityczny, które trafiły swego czasu do sądów administracyjnych. Wystarczy przypomnieć oddalenie skarg osób, których nie powołał prezydent, czy też pośrednie uznanie Julii Przyłębskiej za prawidłowo wybranego prezesa Trybunału Konstytucyjnego. W obu tych przypadkach NSA uznał, że nie ma uprawnień, aby się tymi problemami zajmować.

Oczywiście trudno przesądzać, że tak samo NSA postąpi dziś w sprawie wniosków o udzielenie zabezpieczenia. Jedno natomiast jest pewne – jeżeli tym razem postanowi posta wić sprawę na ostrzu noża i pokaże rządzącym, że nie mogą robić wszystkiego, co im się żywnie podoba, rozpęta się piekło. I oni także okażą się oikofobami. I kto wie, czy od początku nie taki był plan. Wciągnięcie NSA w konflikt da przecież politykom pretekst, aby i z tym sądem zacząć robić porządki. Jak wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Rządzącym udało się już zawłaszczyć Trybunał Konstytucyjny, są w trakcie przejmowania sterów w Sądzie Najwyższym. Kto da sobie głowę uciąć, że na tych dwóch, spośród trzech najważniejszych organów sądowych, poprzestaną?