By tak się stało, taki dajmy na to płaskoziemiec musiałby uznać czyjś autorytet, np. naukowców, i zaakceptować to, że mają większe kompetencje w danej dziedzinie niż on sam plus wyszukiwarka Google’a. Racjonalna ciągle jeszcze większość tak się właśnie zachowuje. Ścina włosy u fryzjera, nie ogrodnika, choć jeden i drugi posługuje się nożycami; leczy zęby u dentysty, a nie kowala, choć obydwaj mają obcęgi. Na pomoc natomiast ludzie na ogół wzywają policję, a nie miejscowych osiłków, choć zaangażowanie tych drugich niekiedy przyniosłoby lepsze efekty.

No chyba że sprawa dotyczy sądów. W tym przypadku od jakiegoś czasu nawet ludzie, którzy szczepią dzieci, nie palą globusów i nie leczą raka aromaterapią, są w stanie jednocześnie mówić, że nie było żadnej rozprawy, tylko spotkanie przy kawie i ciastkach, a skoro wyrok nie został ogłoszony w Dzienniku Ustaw, to znaczy, że go nie ma. Mogą – będąc ministrem środowiska owładniętym ideą walki z kornikiem drukarzem za pomocą harwesterów – nie wykonać decyzji Trybunału Sprawiedliwości UE o wstrzymaniu wycinki. Mogą – będąc wiecznym ministrem niezależnie od tego, jaka partia jest u steru – podawać w wątpliwość sens uznania wyroku TSUE. Gdyby oczywiście był niepomyślny.

Mogą wreszcie – będąc sędzią Trybunału Konstytucyjnego (tfu, przepraszam, orzekając w TK) – lekceważyć wyrok wojewódzkiego sądu administracyjnego dotyczący swojej własnej osoby. Nawet jeśli ów wyrok potwierdza tylko to, co dla większości prawników było niemalże aksjomatem – że Mariusz Muszyński jest sędzią dublerem.

Co więcej – mogą nawet powiedzieć, że ten wyrok WSA powieszą na ścianie w galerii dziwolągów (choć obawiam się, że większość prawniczego świata w takiej galerii dziwolągów powiesi zdjęcie Muszyńskiego w trybunalskiej todze). Wystarczy tylko ogłosić, że WSA „wybiórczo traktuję sentencje i dekrety” i „wpisuje się w wojnę z państwem polskim” – to Muszyński. Albo, jak minister Gowin, że wyrok nie po jego myśli byłby po prostu „pierwszym krokiem do autodestrukcji Unii Europejskiej”, na który on, kochający wspólnotę całym sercem, pozwolić nie może. Słysząc to, zaczynam się zastanawiać, czy wyznawcy chemtrailizmu wierzący, że smugi kondensacyjne za samolotami zawierają substancje, od których ludziom miesza się w głowach, nie mają przypadkiem racji.