Media informują również o dyscyplinarkach, których doigrali się niektórzy sędziowie startujący w wyborach oraz ich powiązaniach z ministrem sprawiedliwości. Tymczasem jedyna osoba w kraju, która mogłaby tego rodzaju dywagacje przeciąć, milczy jak zaklęta. Osobą tą jest oczywiście marszałek Sejmu, w rękach którego znajduje się obecnie los wszystkich kandydatów. Czy zdecyduje się poddać któreś ze zgłoszeń pod osąd Państwowej Komisji Wyborczej? A może sam dokona wstępnej selekcji i niektóre wątpliwe kandydatury odsieje już na tym etapie? Te pytania jeszcze przez jakiś czas pozostaną bez odpowiedzi. Komfort milczenia dla marszałka i swego rodzaju parasol ochronny dla kandydatów to prezenty od ustawodawcy. Przepisy są tak skonstruowane, że o transparentności wyborów do KRS mowy być nie może. Przecież tak naprawdę dotąd nie podano nawet oficjalnej listy nazwisk startujących!

Przepisy przepisami, ale od czego jest prasa. Ta nie próżnowała i dzięki temu opinia publiczna wie już coś niecoś o kandydatach. Wie na przykład, że niemal wszyscy pochodzą z sądów rejonowych. A to oznacza, że już niedługo będziemy mieli radę złożoną w przytłaczającej większości z sędziów sądów najniższego szczebla. I być może są to świetni fachowcy, ludzie ambitni, pracowici, którzy będą sumiennie wykonywać swoje obowiązki związane z członkowstwem w KRS. Nie mnie to – póki co – oceniać. Faktem jest jednak, że ich bagaż doświadczeń zawodowych siłą rzeczy jest mniejszy niż sędziów sądów apelacyjnych, o sędziach Sądu Najwyższego nie wspominając. Może się więc okazać, że taka drastyczna zmiana proporcji w składzie KRS nie wyjdzie temu organowi na dobre. Rada ma oceniać projekty aktów prawnych. Wskazywać na niebezpieczeństwa dla niezawisłości sędziów i niezależności sądów. Punktować błędy rządzących. Wreszcie decydować o tym, kto zostanie w tym kraju sędzią. To ogromna odpowiedzialność. Teraz spocznie ona przede wszystkim na barkach sędziów rejonowych.

Na wyniki tego eksperymentu przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. A tymczasem pozostaje mieć nadzieję, że zapał ustawodawcy do „demokratyzacji” różnego rodzaju ciał już osłabł. Nie chciałabym bowiem pewnego dnia obudzić się w kraju, w którym o śmierci mózgu decyduje komisja złożona nie ze specjalistów z zakresu neurochirurgii, a z lekarzy rezydentów, wyłonionych na dodatek w powszechnych wyborach.