Projekt nowelizacji oczywiście został złożony zgodnie z procedurą – przez grupę posłów. Nikt jednak nie ukrywa, że członkowie specorganu sami sobie napisali nowe prawo (infografika prezentująca najważniejsze zmiany jest zresztą opatrzona emblematem komisji weryfikacyjnej). I to takie, które rozszerza już i tak szerokie kompetencje komisji. Większość propozycji mi się podoba. Pierwszych kilka miesięcy przesłuchań pokazało, że pierwotny tekst ustawy wiąże ręce członkom i na pozór proste czynności komplikuje. I nawet nie obwiniam o to ustawodawcy, bo często tak jest, że teoria nie najlepiej wytrzymuje zderzenie z rzeczywistością. Zmiany, co do zasady, są więc pożądane. Choć akurat tę polegającą na podniesieniu kar za niestawiennictwo do 30 tys. zł uważam za przerost formy nad treścią. Sama obecność na sali kogoś, kto nie chce zeznawać, ani o milimetr nie przybliży nas do poznania prawdy o stołecznej reprywatyzacji.

Ale jest rzecz ważniejsza. Doskonale pamiętam, gdy politycy Prawa i Sprawiedliwości gardłowali, że sędziowie Trybunału Konstytucyjnego uczestniczą w pracach nad ustawą o Trybunale Konstytucyjnym.

– To atak na trójpodział władzy, sędziowie nie powinni wpływać na działania władzy ustawodawczej! – krzyczał wówczas poseł PiS Marek Ast. A dziś jest wnioskodawcą projektu nowelizującego ustawę o komisji weryfikacyjnej, który powstał wewnątrz tejże.

Oczywiste się wydaje, że przygotowując zmianę ustawy, warto zapytać o opinię ekspertów. W kwestii trybunału za fachowców można bez wątpienia uznać między innymi sędziów trybunału, a w sprawie komisji – członków komisji. Ale czymś innym jest zapytać o zdanie i samemu stworzyć przepisy, a czymś innym zgłosić do laski marszałkowskiej przepisy, które napisał ktoś we własnym interesie.

Praktyka, którą politycy PiS jeszcze kilkanaście miesięcy temu poddawali ostrej krytyce, staje się teraz normą. Wystarczy przypomnieć projekt nowelizacji ustawy o nadzorze, dramatycznie wzmacniający Komisję Nadzoru Finansowego, który powstał... w Komisji Nadzoru Finansowego. Potem jedynie Ministerstwo Finansów nadało mu bieg, tak by legislacyjnym prawidłom stało się zadość.

Na naszych oczach Sejm, o Senacie nie mówiąc, staje się maszynką do głosowania. Ustrój parlamentarno-gabinetowy w najlepszym razie można by określić mianem gabinetowo-parlamentarnego. Choć z drugiej strony... Przecież o wszystkim decyduje jeden poseł.