Robocza wersja nowelizacji ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, która niedawno wyciekła do mediów, zakłada objęcie rodzimą jurysdykcją zagraniczne serwisy społecznościowe działające na terenie Polski we wszelkich sprawach związanych z wolnością słowa oraz prawem do pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. Facebook czy inni internetowi giganci nie mogliby ograniczać ani utrudniać dostępu do swoich usług ze względu na poglądy czy regulamin funkcjonowania portalu. Co więcej, jak potwierdzała minister cyfryzacji Anna Streżyńska, planowane jest także precyzyjne uregulowanie w polskim prawie procedury zgłaszania naruszeń do operatora serwisu, weryfikowania ich zasadności oraz blokowania bezprawnych treści (tzw. procedura notice and takedown).

Uniemożliwić dostęp

W roboczej wersji projektu MC proponuje się, aby platformy internetowe niezwłocznie po otrzymaniu stosowanego zawiadomienia uniemożliwiały dostęp do nielegalnych materiałów. Użytkownik, który go opublikował, miałby z kolei 14 dni na wniesienie sprzeciwu do portalu. W razie oddalenia skargi administrator serwisu byłby zobowiązany poinformować go o przysługującej mu ścieżce prawnej oraz przekazać dane podmiotu, który zgłosił naruszenie. Osoba, która udostępniła usunięte treści (bądź której konto zablokowano), mogłaby wtedy złożyć do sądu wniosek o ich przywrócenie. Ten zaś w ciągu 24 godzin musiałby podjąć decyzję. Wprawdzie nic nie stoi na przeszkodzie, aby ze ścieżki sądowej korzystać już dzisiaj, ale w praktyce mało kto się na nią decyduje, bo jest żmudna i niepewna.

Próby szczegółowego uregulowania procedury zgłaszania naruszeń na Facebooku i w innych mediach społecznościowych podjęły już inne kraje członkowskie UE. Na przykład niemiecki rząd chce zobowiązać korporację Marka Zuckerberga do utworzenia na terenie kraju „centrum ochrony prawnej”, do którego obywatele mogliby codziennie, przez 24 godziny na dobę, przesyłać zawiadomienia dotyczące fałszywych wiadomości, zniesławiających wpisów czy nienawistnych komentarzy pojawiających się na internetowej platformie. Lokalni moderatorzy mieliby następnie jeden dzień na wykasowanie treści, które faktycznie naruszają prawo bądź są po prostu nieprawdziwe. Zgodnie z planowaną ustawą za każdy materiał nieusunięty w wyznaczonym czasie firmie Zuckerberga groziłaby kara grzywny nawet w wysokości 500 tys. euro.

Nieuzasadnione blokowanie

Eksperci podkreślają jednak, że żaden kraj nie próbuje iść na tyle daleko, aby narzucić amerykańskim podmiotom lokalne prawo. W zamyśle resortu cyfryzacji dostosowanie działalności platform internetowych do polskich i unijnych przepisów pozwoliłoby m.in. zaradzić przypadkom nieuzasadnionego blokowania kont na Facebooku. Skarżyły się na to nie tylko środowiska narodowe i skrajnie prawicowe, lecz także znani dziennikarze czy artyści. Na przykład przed paroma tygodniami pisarz Jacek Dehnel informował, że administratorzy Facebooka po raz kolejny zablokowali jego profil – tym razem na 30 dni – za zabranie głosu w dyskusji na temat symboli Konfederacji we współczesnych Stanach Zjednoczonych. „Powtarza się pewna prawidłowość: ludzie, którzy piętnują mowę nienawiści, np. publikując cytaty, zrzuty ekranów itd. z wpisami homofobicznym, rasistowskimi czy mizoginicznymi, są potem masowo zgłaszani przez homofobów, rasistów i mizoginów jako »łamiący zasady«” – wyjaśniał pisarz.

Zdaniem prawników wprawdzie za próbą zmuszenia mediów społecznościowych do poddania się polskiej jurysdykcji leżą dobre intencje, to wątpliwe, aby technologiczni giganci zgodzili się pójść tą ścieżką.

– Polska nie jest rynkiem porównywalnym do Chin, dlatego nie sądzę, aby dla kilkudziesięciu milionów osób opłacało się uznawać naszą jurysdykcję, uwzględniać orzecznictwo oraz utrzymywać departament prawny. Bardziej kalkulowałoby się po prostu wyłączenie usług – twierdzi dr Paweł Litwiński, ekspert z zakresu prawa nowych technologii z kancelarii Barta Litwiński.

Problem egzekucji prawa

Jak zauważają eksperci, trudno też sobie wyobrazić skuteczne środki, które pozwoliłyby egzekwować polskie prawo od amerykańskiego portalu.

– Może się okazać, że nie mamy żadnych takich mechanizmów. Jeśli Facebook czy Twitter odmówiłyby np. wykonania decyzji polskiego sądu, to czy operatorzy telekomunikacyjni będą je blokować? To nierealne – twierdzi mec. Marcin Serafin, specjalista od prawa IT z kancelarii Maruta Wachta.

Z tych samych powodów szczegółowe uregulowanie procedury notice and takedown może nie wywołać żadnych skutków dla amerykańskich platform internetowych.

– Przepisy te miałyby zastosowanie w przypadku polskiego portalu GoldenLine, ale dla podmiotu ponadnarodowego, który ma siedzibę w Irlandii, właściwe będzie prawo irlandzkie – wyjaśnia dr Litwiński. W jego ocenie nie można zresztą wykluczyć, że krajowe sądy miałyby problemy z terminowym rozpatrywaniem odwołań od decyzji serwisów społecznościowych.

– Mogłoby się okazać, że w ciągu miesiąca wpływają setki nowych spraw. Obawiam się, że polskie sądy nie byłyby wystarczająco wydolne, aby załatwiać je w szybkim terminie – dodaje ekspert.

Niektórzy są przekonani, że faktyczne porozumienie z dużymi podmiotami internetowymi można dziś osiągnąć jedynie na poziomie unijnym.

– Najlepiej świadczą o tym chociażby zmiany dotyczące ochrony danych osobowych, w tym uzgodnione kary za naruszenie przepisów w tym zakresie. Moim zdaniem szukanie rozwiązania w Polsce jest ambitnym pomysłem, ale odpowiednia regulacja powinna zostać zainicjowana na szczeblu europejskim – mówi mec. Serafin.