O co chodzi w sporze rządu z sędziami? W skrócie: władza chce pozbyć się tych sędziów, którzy nadają ton środowisku. Pierwsi przekonują, że to konieczne, bo w palestrze roi się od patologii. Drudzy – że to zamach na władzę sądowniczą. Wszyscy dyskutują o ustrojowym wymiarze sporu. Ale często zapomina się, że każda zmiana oznacza nowe rozdanie i nową grę interesów. Więc jednoznaczne stwierdzenie, że sędziom będzie gorzej – jest nieprawdziwe. Bo niektórzy już przebierają nogami, by zastąpić tych spychanych przez PiS z piedestału. Z kolei ci, którzy trafili na plac boju, wykrzykują: albo jesteście z nami, albo przeciwko nam. A dla tych umiarkowanych, pośrodku, miejsca niewiele.

Frustracje w środowisku sędziowskim narastają od dawna. Każdy mający na co dzień kontakt z sędziami wie, że przedstawianie wymiaru sprawiedliwości za pomocą języka politycznego nie jest wcale na wyrost. W środowisku zawierane są koalicje, a jedni zwalczają drugich. Na obstawianie wyników postępowań awansowych żaden bukmacher nie chciałby przyjmować zakładów – tak łatwo trafić, kto wygra. I jak słyszę od kilku sędziów, to nie jest zarzut wobec obecnych władz Krajowej Rady Sądownictwa. To zarzut uniwersalny. Pasuje do każdej władzy.

Sędziowie

Od kilku lat można było dostrzec oznaki przesilenia. O zdarzeniu, które legło u podstaw wywrotowych tendencji, opowiadał na łamach Magazynu DGP we wrześniu 2016 r. Bartłomiej Starosta, sędzia Sądu Rejonowego w Sulęcinie. Wskazywał, że Krajowa Rada Sądownictwa powinna stać na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Niestety – kontynuował Starosta – jest spora grupa sędziów, którzy przekonali się, że rada nie zawsze wywiązuje się z tego obowiązku.

Dowód? Sytuacja sprzed czterech lat, kiedy to sędziowie ze zlikwidowanych na skutek reformy ówczesnego ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina małych sądów wstrzymali się od orzekania. Nastąpiło to po uchwale Sądu Najwyższego (III CZP 46/13), w której stwierdzono, że decyzje o przeniesieniu sędziów na inne miejsce służbowe były wadliwe (bezprawne) i postępowania przez nich prowadzone będą dotknięte nieważnością. „Wówczas minister sprawiedliwości twierdził, że sędziowie powinni orzekać, a prezesi niektórych sądów podejmowali działania mające na celu przymuszenie sędziów do orzekania. Co prawda KRS dwukrotnie zabrała głos i słusznie podkreśliła, że omawiana kwestia jest objęta konstytucyjną gwarancją niezawisłości sędziowskiej, ale już na niedozwolone działania prezesów wobec sędziów w żaden sposób nie zareagowała” – opowiadał sędzia Starosta. I gorzko dodawał, że prezesi, którzy wystąpili przeciwko sędziom, bez trudu dotrwali do końca kadencji, a jeden z nich został nawet uhonorowany medalem za zasługi dla polskiego wymiaru sprawiedliwości.

– Ta sytuacja najlepiej pokazała, że w środowisku nie ma jednorodności. Niemal wszyscy sprzeciwiamy się atakom przypuszczanym na nas przez Ministerstwo Sprawiedliwości, ale to prawda, że niektórzy na nich mogą wiele zyskać. Nie ma co zakłamywać rzeczywistości – mówi mi sędzia sądu rejonowego z Wrocławia. Kto zyska? To już nie jest tak oczywiste. Wzmocniona ma być pozycja sędziów orzekających w najniższych instancjach. Tak wizję reformy przedstawia minister Zbigniew Ziobro. – I co większość sędziów z rejonów teraz robi? Ani nie ganią pomysłu reformy, bo po cichu liczą, że zostaną beneficjentami zmian. Ani nie popierają, bo obawiają się, że skończy się na obietnicach, dalej rządzić będą pałacowi (tak nazywani są sędziowie sądów apelacyjnych i okręgowych, którzy pełnią funkcje, m.in. w KRS – aut.). A wtedy będą naznaczeni przez lata – tłumaczy mi jeden z sędziów stołecznego sądu okręgowego.

Jego zdaniem paradoksalnie jednak na sporze z rządem wiele zyskują także obecne twarze polskiego wymiaru sprawiedliwości. – Choć niektórzy wietrzą szanse dla siebie w zmianie obozu, to jednak poparcie dla działań KRS jest większe, niż było do niedawna. A to przecież efekt nie działań samej KRS, lecz tego, co robią politycy – mówi sędzia.

To zresztą dość popularny pogląd wśród orzekających. Sędzia z Dolnośląskiego mówi z przekąsem: – Każdy chciałby być ostatnim bastionem demokracji. Lepiej tak, niż zostać któregoś dnia wywiezionym na taczce.

Eksperci

Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. 18 kroków. Tyle trzeba zrobić, by sprzed gabinetu prof. Michała Królikowskiego – byłego wiceministra sprawiedliwości, obecnie wziętego adwokata – trafić przed pokój dr. Marcina Warchoła – byłego wziętego adwokata, obecnie wiceministra sprawiedliwości. Dzieli ich kilkanaście metrów. Chyba że weźmiemy pod uwagę poglądy na prawo, w szczególności na procedurę karną, którą obaj się zajmują. Wówczas dzielą ich lata świetlne. Profesor Królikowski był współautorem wielkiej reformy (mając wówczas za szefa Gowina). Doktor Warchoł, gdy przyszedł do resortu, wprowadzone prawo wyrzucił do kosza.

– Samo odwrócenie reformy nikogo nie dziwiło. Ale to, że zrobił to właśnie Warchoł, który wcześniej wypowiadał się o niej pochlebnie, już tak. Zmienił poglądy czy się sprzedał w zamian za stanowisko? Chcę wierzyć w to pierwsze. Ale bliżej mi niestety do drugiego – mówi nam jeden z jego kolegów z Instytutu Prawa Karnego Uniwersytetu Warszawskiego.

Rok 2007, jedna z sal wykładowych Uniwersytetu Warszawskiego. Wykład kończy prof. Krystyna Pawłowicz, specjalistka od prawa gospodarczego. Na mało których zajęciach jest aż tylu studentów. Pawłowicz jest jednym z najbardziej lubianych przez żaków profesorów. Między innymi dlatego, że prowadzi zajęcia w sposób żywy, nie boi się radykalnych ocen (i stawia dostateczny na egzaminie za to, że student wie, iż UE sprowadziła na Polskę wiele kłopotów). Kończy wykład, zbiera się do wyjścia. Do sali zaś wchodzi prof. Małgorzata Gersdorf, specjalistka od prawa pracy. Panie serdecznie się witają, ucinają pogawędkę. W 10 lat po tym zdarzeniu trudno sobie wyobrazić, by posłanka PiS z pierwszą prezes Sądu Najwyższego mogły ze sobą normalnie rozmawiać. Choć – co prof. Gersdorf mówiła w TVN – Krystyna jest, jaka jest, ale można na niej polegać. I gdyby potrzebny był namiar na dobrego lekarza, toby na pewno się zaangażowała i pomogła.

– Pawłowicz kiedyś i dziś to dwie różne osoby, choć charakterek zawsze miała. Teraz przylepia się do niej łatkę wariatki. A kiedyś koledzy patrzyli na nią z zazdrością, z jaką łatwością zjednywała sobie sympatię studentów. Czasem słyszę, że krytyczne słowa Krystyny wygłaszane na temat różnych osób są nieeleganckie, bo pracowaliśmy tyle lat razem. Ale warto pamiętać, że ma prawo być rozżalona. Pozbyto się jej z wydziału w niezbyt elegancki sposób. Nie pasowała szefowej. Niektórzy mówią, że przez politykę, którą obie się zajmowały. Ale więcej prawdy jest chyba w plotkach o zazdrości. Do Krystyny na wykład przychodziło kilkuset studentów, a do szefowej kilku – opowiada jeden z pracowników WPiA UW, choć z innego instytutu. Szefową Pawłowicz była Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Wielu prawników przez lata pracowało drzwi w drzwi. Inni spotykali się na konferencjach naukowych. Karniści się wzajemnie znają, uznany cywilista zna innego cywilistę, a konstytucjonaliści – chyba najbardziej rozrzuceni po kraju po różnych uniwersytetach – mieli niejedną okazję do jedzenia wspólnych obiadów. Ale wielu z nich, w tym tych najbardziej uznanych, podzieliła polityka. Gdy rozmawiam z nimi, to większość formułuje podobne wnioski. „Oni” (ci, którzy mają inne zdanie od wypowiadającego się) stali się narzędziem w rękach polityków. „Ja” muszę dawać odwet tym nieuprawnionym opiniom, w związku z czym też musiałem się włączyć w tę grę.

Pytanie, co jest rzeczywistą motywacją. Na ile aktywność ekspertów od prawa wynika z chęci zmiany Polski na lepsze, a na ile chodzi o załatwianie własnych interesów? – Nie mam wątpliwości, wielu ekspertów gra pod siebie – uważa radca prawny Jerzy Kozdroń, wiceminister sprawiedliwości w rządzie PO-PSL. – A motywacje są różne. Od chęci objęcia stanowiska w administracji publicznej przez rozgoryczenie i złość wymierzoną w kogoś konkretnego po chęć zarobku i uszczknięcia dla siebie z państwowej sakiewki – twierdzi Kozdroń. I dodaje, że najczęściej mamy do czynienia z mieszanką tych trzech powodów.

Posłowie, z którymi rozmawiam, chętnie wymieniają nazwiska tych ekspertów, których uważają za wcielenie szatana. Warto o nich wspomnieć. Wśród posłów PiS prym wiedzie prof. Marek Chmaj. – Ale przecież pytał pan o ekspertów, nie o polityków – wyzłośliwia się jeden z parlamentarzystów. Jego partyjny kolega ma jednak odmienne zdanie. Przekonuje, że najgorsze w Chmaju jest to, że nie ma żadnych poglądów. Wesprze opozycję w każdej kwestii – byle tylko zarobić i wyróżnić się na tyle, by po ewentualnej zmianie władzy to właśnie on trafił do Trybunału Konstytucyjnego.

– Powtórzę: nigdy nie byłem, nie jestem i nie będę zainteresowany funkcją sędziego Trybunału Konstytucyjnego – mówi mi prof. Marek Chmaj.

– A czy ktoś składał panu taką propozycję? – dopytuję.

– Odpowiem tak: nigdy nie ukrywałem, że nie byłem zainteresowany swoim wyborem do trybunału – ucina prof. Chmaj.

Zastrzega przy tym, że stawianie go w jednym szeregu z obecną opozycją jest nieuczciwe. – Pięć minut wystarczy, by znaleźć moje opinie z ubiegłych lat, gdy krytykowałem rozwiązania proponowane i przyjmowane przez rząd PO-PSL – zapewnia. Sprawdziłem. Bez trudu można znaleźć stanowiska sporządzone przez kancelarię Chmaj i Wspólnicy, w których nie pozostawiono suchej nitki na poprzedniej władzy, a obecnej opozycji. Ale zarazem, gdy zsumować wszystkie te opinie, okazałoby się, że przez niewiele ponad rok rządów PiS prof. Chmaj sformułował już o wiele więcej krytycznych uwag pod adresem obecnie rządzących. – Teraz należy zadać pytanie: czy to we mnie jest problem, czy w tym, co rządzący proponują i uchwalają. Moim zdaniem chodzi o to drugie – twierdzi. I podkreśla, że jeśli ktoś prosi go o opinię na temat rozwiązań prawnych, to nie widzi powodu, aby odmawiać.

Drugi, któremu zarzuca się, że zrobiłby dla polityków wszystko, byle tylko trafić do TK, to prof. Kamil Zaradkiewicz. Zarzucają mu to zresztą osoby z różnych opcji. Krytykowany za woltę – gdy jako pracownik trybunału wypowiedział się wbrew stanowisku prezentowanemu przez sędziów TK na temat sporu, który rozgorzał wokół pozycji samego trybunału i tego, czy jego wyroki są ostateczne – jest ze wszystkich stron.

– Judasz – tak o nim mówiła Krystyna Pawłowicz. Powód? Jej zdaniem przez wiele lat Zaradkiewicz promował lobby homoseksualistów. „Ulubieniec kolejnych prezesów i sędziów: M. Safjana, A. Rzeplińskiego, M. Zubika czy M. Wyrzykowskiego” – tak go opisała na jednym z portali internetowych. Ten zaś zapowiedział, że w związku z kłamstwami na jego temat „podejmie wkrótce odpowiednie kroki prawne”. Czyli najprawdopodobniej chodzi o powództwo o naruszenie dóbr osobistych.

Ale o prof. Zaradkiewiczu negatywnych opinii jest więcej. Co ciekawe, najwięcej z tej strony, z którą jest dziś utożsamiany. – To karierowicz. Wystąpił przeciwko Andrzejowi Rzeplińskiemu, w najgorszym dla niego momencie. Oczywiście, że był dla nas użyteczny i chętnie powoływaliśmy się na opinie profesora prawa, który na dodatek był przez tyle lat związany z drugą opcją – przyznaje jeden z nielicznych już posłów PiS, których można uznawać za członków zakonu PC, czyli najbardziej zaufanych Jarosława Kaczyńskiego. – Ale powiedzmy sobie szczerze: Zaradkiewicz zdradził kogoś, z kim widywał się na co dzień. Dlaczego mielibyśmy kogoś takiego nagrodzić i zrobić z niego sędziego TK? Skąd pewność, że gdy nam by nie szło, nie wbiłby noża w nasze plecy? – argumentuje poseł.

Prof. Kamil Zaradkiewicz nie odpowiedział na moją prośbę o kontakt. Jest za to aktywny na Twitterze i niedawno założonym przez siebie blogu. Punktuje tych ekspertów, którzy jeszcze rok temu mówili, że z wyrokami TK się nie dyskutuje, lecz należy przyjmować je za ostateczne, a teraz – gdy większość w trybunale mają już sędziowie wybrani przez PiS – wskazują, że wydawane przez trybunał wyroki nie istnieją. Niezależnie więc od ocen motywacji Zaradkiewicza okazało się, że jego najwięksi krytycy w rok po jego budzącym zdumienie stanowisku zaczęli mówić to samo, co on.

Trzeci wymieniany przez polityków ekspert, który trafił na polityczny front, to prof. Bogusław Banaszak, konstytucjonalista. Jest najczęściej przywoływanym przez obecną władzę ekspertem. I zarazem pośród różnej renomy specjalistów jest ekspertem wybitnym. Dziekan Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Zielonogórskiego, autor najpopularniejszego komentarza do konstytucji RP, doktor honoris causa kilku uczelni.

– I partyjniak, który dla PiS powie, że Słońce kręci się wokół Ziemi – tak ocenia prof. Banaszaka jeden z polityków PO. Jego zdaniem jednak dziekan z Zielonej Góry nie zaangażował się ani z powodów ideologicznych, ani ze względu na otrzymywane stanowiska (które są mu powierzane – został w ostatnim czasie przedstawicielem Polski w Komisji Weneckiej oraz wybrano go do Trybunału Stanu). – Chodzi o zwykłą ludzką zawiść – słyszę. Polityk wspomina sytuację z 2010 r. Wówczas Banaszak został zgłoszony przez PO jako kandydat na sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Prezydium klubu nie udzieliło jednak rekomendacji jego kandydaturze. Oficjalny powód? Pojawiły się zarzuty o plagiat. Prof. Banaszak sam zrezygnował z kandydowania, więc jego nazwisko nie zostało w ogóle poddane pod głosowanie. – I całe szczęście, bo pewnie byśmy wtedy zagłosowali przeciwko jego kandydaturze – śmieje się polityk PiS.

Sam Banaszak pogodził się już z tym, że jest wkładany przez polityków do różnych szufladek, w zależności od potrzeb. – Zawsze miałem określone poglądy dotyczące prawa i je głosiłem. Byłem za to atakowany wcześniej, jestem atakowany i teraz – mówi.

Jerzy Kozdroń zaznacza jednak, że nie można w żaden sposób przyrównywać tego, co działo się jeszcze kilka lat temu, z tym, co ma miejsce obecnie. – Może ktoś mi zarzuci, że mówię tak, bo jestem z PO. Ale wszyscy politycy, którzy mnie znają z Sejmu, wiedzą doskonale, że zawsze mówiłem to, co myślę, niezależnie od partyjnych barw. A teraz myślę, że rozbijany jest obowiązujący system konstytucyjny. I żaden porządny prawnik nie może tego afirmować – uważa. Dodaje, że jakkolwiek porównanie jest daleko idące, tak przypominają mu się czasy stanu wojennego. – Miałem kolegów, którzy na początku lat 80. głosili wzniosłe hasła, płynęli na fali Solidarności. A gdy przyszedł stan wojenny, nagle zaczęli przekonywać, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem, że władza postąpiła słusznie. W zamian za to wielu z nich dostało stanowiska. Zachowali się podle. I niestety dostrzegam, że obecnie też wielu osobom prywatne korzyści przesłaniają troskę o państwo – argumentuje Kozdroń.

Pytam, czy inaczej było za rządów PO-PSL. Skoro teraz nie brakuje takich, którzy są gotowi sprzedać prawniczą wiedzę i retoryczne sztuczki, zapewne nie brakowało im podobnych także kilka lat temu. – Ależ oczywiście, że byli tacy. Zawsze jest ktoś, kto chce być blisko władzy – przyznaje były wiceminister. Zaznacza, że w resorcie sprawiedliwości patrzono na takich ekspertów z dystansem, do tworzenia projektów ustaw potrzebni byli fachowcy w danych dziedzinach, a nie ludzie chcący się wypromować. Ale w bataliach politycznych – co potwierdza Kozdroń – korzystano niejednokrotnie z argumentów pokroju „trzech wybitnych konstytucjonalistów potwierdza, że mamy rację”.

Media

Jest jeszcze jeden powód, dla którego prawnicy sami ochoczo wskakują do okopów i dają się zaszufladkować. Tyle że to już często nie okopy polityczne, lecz medialne. Chęć zaistnienia. – Odnoszę wrażenie, że wielu prawników ma o wiele większe parcie na szkło niż my, politycy – śmieje się polityk PiS.

Co prowadzi niejednokrotnie do zabawnych sytuacji. Przykład? Do programu w jednej ze stacji informacyjnych – a działo się to podczas poszukiwań przez policję Kajetana P., które w zeszłym roku elektryzowały całą Polskę – został zaproszony znany profesor, karnista. Dziennikarka jako pierwsze pytanie zadała: „Czy Kajetan P. zabił?”. Ekspert stwierdził: „Nie ma pewności, ale raczej zabił”. Kolejnym gościem w studiu był inny profesor, Piotr Girdwoyń z UW. Został zapytany o to samo. I zaczął tłumaczyć, że nie wiadomo jeszcze, kto zabił, że dopiero trwają poszukiwania Kajetana P. i że nazywanie go zabójcą jest na wyrost.

Stacja telewizyjna umieściła obie wypowiedzi w jednym z materiałów na stronie internetowej. A pierwszy komentarz internauty brzmiał: „Ten cały Girdwoyń. Niby profesor, a nic nie wie”.