Sprawa miała się wyjaśnić 22 kwietnia. Samorządowcy w całej Polsce z niecierpliwością oczekiwali na ten dzień. Niestety, poczekają jeszcze prawie miesiąc – do 26 maja. Kilkanaście dni temu sędziowie Trybunału Konstytucyjnego zdecydowali, że do sprawy przekazywania sobie wzajemnie dróg przez ich zarządców wrócą dopiero pod koniec tego miesiąca. Problem w tym, że – co nie każdy dostrzega – cokolwiek powie trybunał, samorządowcom będzie źle.
Ale po kolei. Trybunał rozpoznawał wniosek prezydenta RP o zbadanie (prewencyjne) zgodności z konstytucją przepisów uchwalonej 13 września 2013 r. nowelizacji ustawy o drogach publicznych. Teoretycznie ma ona rozwiązać problemy z zarządzaniem poszczególnymi kategoriami dróg.
Obecne przepisy stanowią, że po wybudowaniu nowego odcinka autostrady albo drogi ekspresowej równoległa do niego stara droga krajowa z mocy prawa staje się drogą gminną, a więc przechodzi na utrzymanie władz lokalnych. W efekcie od 2007 roku Główna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad przekazała niemal 870 kilometrów dawnych krajówek.
Samorządy niemal za każdym razem się buntują, twierdząc, że nie stać ich na utrzymanie dróg. Władze niewielkiego Złoczewa, którym niedawno przekazano ponad 14 kilometrów dawnych dróg krajowych, muszą na ich utrzymanie znaleźć w budżecie 800 tys. zł. Do tego dochodzą koszty oświetlenia węzłów – kilka tysięcy złotych miesięcznie. Jak powiedzieli mi tamtejsi samorządowcy, by pokryć wszystkie te wydatki, gmina musiałby zamknąć dwie szkoły!
Nowelizacja zakłada, że odcinki dróg będą przekazywane nie gminom, ale samorządowi województwa. Problem w tym, że potem robi się łańcuszek. Proponowane przepisy zakładają, że sejmik województwa może – w drodze uchwały – przekazać fragment swojej drogi „o proporcjonalnej długości do odcinka drogi krajowej” powiatowi. A ten z kolei może podrzucić drogę gminie. Nic dziwnego, że samorządy kolejny raz się zbuntowały, a prezydent – nie chcąc się im narazić – skierował nowelizację do Trybunału Konstytucyjnego.
Teraz samorządowcy skonfliktowani z GDDKiA w swoich kalendarzach zakreślili datę 26 maja. Liczą, że trybunał raz na zawsze rozwiąże problem podrzucania sobie dróg. Ale część z nich – wydaje się – słusznie zakłada, że cokolwiek stwierdzi TK, to i tak będzie źle. Dlaczego? Jeśli sędziowie dadzą zielone światło nowym przepisom, a prezydent je podpisze, w życie wejdą regulacje, które są oceniane przez lokalne władze jako bubel. Co ciekawe, nowelizacja zakłada, że w ciągu 90 dni rada gminy może pozbawić drogę gminną kategorii, którą wcześniej dostała w spadku. Łatwo sobie wyobrazić sytuację, w której gmina pozbywa się w ten sposób wszystkich niewygodnych dla siebie dróg i przekazuje je innemu zarządcy (władzom województwa). Potem i tak pewnie część tych dróg wróci do gminy wskutek przewidywanego drogowego łańcuszka.
Jeśli z kolei TK zablokuje nowelizację, będzie to oznaczało, że dotychczasowe przepisy, masowo wpędzające samorządy w tarapaty, będą obowiązywały nadal, zanim znów ktoś nie zaproponuje kolejnej nowelizacji.
Końca tego drogowego absurdu jakoś nie widać, a z roku na rok przybywa nam coraz więcej odcinków jezdni, za których stan nikt nie czuje się odpowiedzialny. Choć, trzeba to otwarcie przyznać, jedną sprawę udało się jakoś załatwić. Chodzi o kwestię oświetlenia dróg. Pod koniec kwietnia Sejm znowelizował prawo energetyczne. Dzięki temu z gmin zostaną częściowo zdjęte koszty finansowania oświetlenia dróg krajowych i ekspresowych. Będzie to w dużej mierze zadaniem GDDKiA.
Ten przykład pokazuje, że wszystko da się poprawić, jeśli jest dobra wola. Tym bardziej zastanawia, dlaczego posłowie z takim uporem forsowali nowelizację ustawy o drogach publicznych, wiedząc, co sądzą o niej najbardziej zainteresowani (czyli samorządowcy) i jakie mogą być problemy z przejściem całego procesu legislacyjnego. ©?
Końca drogowego absurdu nie widać, a z roku na rok przybywa nam coraz więcej odcinków jezdni, za których stan nikt nie czuje się odpowiedzialny