Za większość wtargnięć pieszych na jezdnię odpowiada lewactwo wmawiające pieszym, że są świętymi krowami” – tą światłą myślą podzielił się na Twitterze Maciej Maciejowski, były radny Warszawy i były członek KRRiT z ramienia PiS, obecnie związany ze Skutecznymi Piotra „Liroya” Marca. Była to reakcja na tragiczny wypadek na warszawskich Bielanach, w którym zginął mężczyzna przechodzący przez pasy z dziecięcym wózkiem.
Dziennik Gazeta Prawna
Wpis Maciejowskiego jest jednym z typowych przykładów zjawiska zwanego „victim blaming”. Sprowadza się ono w tej debacie do obarczania przechodniów winą za zdarzenia na drogach (ale również przypisywania jej ofiarom wielu innych przestępstw, np. gwałtów). Obwinia się ich o to, że nie są wystarczająco uważni, wbiegają przed nadjeżdżające samochody i chodzą po ulicach z nosem wlepionym w ekrany telefonów. Nic więc dziwnego, że co jakiś czas dochodzi do tragedii.

Stówką przez pasy

Reklama
Gdyby uważnie wsłuchać się w tę dyskusję, trzeba by wyciągnąć wniosek, że nieuważni piesi są największą plagą polskich dróg. Problem w tym, że dane zupełnie tych amatorskich hipotez nie potwierdzają. W lipcu tego roku Instytut Transportu Samochodowego (ITS) opublikował wyniki „Badania zachowań pieszych i relacji pieszy – kierowca”, przeprowadzonego w ostatnim kwartale 2018 r. w czterech województwach (łódzkim, mazowieckim, śląskim i wielkopolskim), w których dochodzi do prawie połowy wypadków z udziałem przechodniów w kraju.
Okazuje się, że teorie internautów nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością. Najniebezpieczniejszym zachowaniem pieszych na przejściach jest wtargnięcie, a więc wejście na pasy, które wymusza na kierowcy gwałtowne zahamowanie. Na 6,1 tys. przebadanych przejść badacze zarejestrowali dokładnie 26 wtargnięć – stanowiły więc one 0,43 proc. wszystkich takich incydentów. 8 proc. pieszych przeszło przez jezdnię w niedozwolonym miejscu, a 7 proc. na czerwonym świetle.

Reklama
Marginesem były również naganne zachowania związane z korzystaniem z telefonów. 5 proc. obserwowanych przeszło przez jezdnię, rozmawiając przez telefon, a co setny pisał wówczas SMS. Także co setny słuchał w tym czasie muzyki. Oczywiście 8 proc. osób przechodzących w niedozwolonym miejscu oraz 7 proc. ignorujących czerwone światło to nie są optymistyczne statystyki. Nie należy takich zachowań bronić ani usprawiedliwiać, ale trzeba wiedzieć, że skala łamania przepisów przez pieszych jest całkowicie nieporównywalna z naruszeniami po stronie kierowców.
Jak wynika z badania ITS, na obszarach o dopuszczalnej prędkości 50 km/h aż 85 proc. osób siedzących za kółkiem przekraczało dozwoloną normę (mówimy tylko o rejonie kontrolowanych przejść), a w odległości 10 m od pasów przepisy łamało 40 proc. Co dziesiąty kierowca w odległości 10 m od przejścia przekraczał prędkość o co najmniej 20 km/h. Na terenach, gdzie nie można jeździć szybciej niż 70 km/h, limit ten ignorowało 90 proc. kierujących, a w odległości 10 m od przejścia – 68 proc. Prawie co piąta osoba za kierownicą przejeżdżała tam przez pasy, jadąc „stówą”.
Nic więc dziwnego, że kierowcy niechętnie przepuszczają pieszych na pasach – jadąc z taką prędkością, rzeczywiście może być trudno się zatrzymać. Na przykład w województwie śląskim ponad połowa nie ustępuje osobom, które czekają na przejściu. 50 proc. kierowców na Mazowszu nie przepuszcza pieszych, którzy już są na pasach.
„Victim blaming” to niejedyna strategia pozwalająca bagatelizować ogromną liczbę zabitych przechodniów w Polsce i przenosić odpowiedzialność na wszystko i wszystkich, byle nie na kierowców. Inną jest zasłanianie się złą jakością infrastruktury drogowej. Tych hipotez nie potwierdzają statystyki policyjne. Według nich w 2018 r. czynniki zewnętrzne (czyli właśnie np. zły stan dróg, ale też nieprzewidziana awaria pojazdu) odpowiadały zaledwie za 4,7 proc. wszystkich zanotowanych wypadków. Dane policji wskazują, że wina kierującego przyczyniła się do 87 proc. tragedii na drogach. Bez wątpienia polska infrastruktura pozostawia sporo do życzenia. Wiele kilometrów dróg jest dziurawych lub źle oświetlonych, jednak rolą kierowcy jest dostosowanie się do warunków. Gdy ktoś pędzi dziurawą krajówką 140 km/h i wypadnie z trasy na nierówności, to pretensje powinien mieć w pierwszej kolejności do siebie.
Innym sposobem lekceważenia skali wypadków z udziałem pieszych jest przekonywanie, że przecież ludzie giną na ulicach także w innych krajach. Jednak tego rodzaju argumenty bardzo łatwo zbić – wystarczy sięgnąć do danych Eurostatu. W Polsce ginie rocznie 23 przechodniów na milion mieszkańców, prawie 2,5 razy więcej niż średnia unijna wynosząca 10. W Niemczech są zabijani przez samochody cztery razy rzadziej niż w naszym kraju, a w Szwecji i Holandii ponad sześć razy rzadziej. Tak koszmarnych statystyk nie można zbywać pseudoteoriami.

Proszę mnie nie pouczać faktami

Mimo wszystko duża część komentujących polską rzeczywistość na drogach wciąż te wyliczenia bagatelizuje. Ponieważ przejechali setki tysięcy kilometrów, nie życzą sobie być pouczani badaniami i statystykami. Trudno dziwić się, że to podejście jest tak powszechne, skoro nawet instytucje publiczne upowszechniają stereotypy o nieostrożnych pieszych, którzy wręcz pchają się pod koła samochodów.
W październiku miasto Warszawa ruszyło z akcją „Obudź się”, która ma za zadanie zwrócić uwagę kierowców na osoby starsze przechodzące przez jezdnię. Bo bywają one nieostrożne. Nakręcono nawet kilkuminutowy filmik, w którym Piotr Fronczewski w roli św. Piotra oznajmia starszej kobiecie stojącej przed bramami raju, że może być problem. „W ciągu ostatnich lat twojej doczesności troszeczkę nagrzeszyłaś, dziewczyno” – mówi jej aktor. Następnie wspólnie oglądają nagrania z miejskiego monitoringu, na których seniorka przebiega przez jezdnię przed nadjeżdżającymi pojazdami. Ostatecznie św. Piotr się nad nią lituje i daje jej drugą szansę. Delikwentka budzi się, leżąc na jezdni w czarnym worku.
Kampania stołecznych władz jest tym bardziej absurdalna, że akurat seniorzy zachowują się na przejściach dla pieszych najmniej ryzykownie. Odsetek wtargnięć wśród osób powyżej 60. roku życia wynosi 0,19 proc. – zdecydowanie najmniej wśród wszystkich grup wiekowych (np. przeszło trzy razy mniej niż wśród osób poniżej 20. roku życia). Seniorzy wyróżniają się wręcz pozytywnie, jeśli chodzi o zachowania na pasach. Prawie trzy razy rzadziej przechodzą na czerwonym niż najmłodsi. Warszawskie władze nie tylko dołączyły więc do chóru osób zrzucających winę za wypadki na niezmotoryzowanych, lecz jeszcze wybrały tych, którzy najmniej na to zasługują.
Nic więc dziwnego, że stowarzyszenie Miasto Jest Nasze oficjalnie zaprotestowało przeciwko tej akcji, określając ją jako przykład zjawiska „victim blaming”. Oczywiście ofiary również ponoszą winę za część wypadków – gdyby wziąć pod uwagę tylko potrącenia przechodniów, będzie to jedna czwarta. Jednak gdyby kierowcy jeździli zgodnie z przepisami, przynajmniej w okolicach pasów, większości tragedii dałoby się uniknąć. A na pewno ograniczyć poniesione przez ofiary obrażenia. Jadąc 50 km/h, dużo łatwiej jest zahamować. W razie potrącenia przy takiej prędkości jest większe prawdopodobieństwo, że pieszy przeżyje. Za to w sytuacji, gdy kierowca przekracza prędkość o 20 km/h, błąd pieszego przy przechodzeniu przez jezdnię może być ostatnim w jego życiu.
„Victim blaming” to typowa strategia pozwalająca bagatelizować ogromną liczbę zabitych przechodniów w Polsce i przenosić odpowiedzialność za wypadki na wszystko i wszystkich, byle nie na kierowców