Jednak poza wskazaniami typu: nie zabijaj, nie kradnij oraz płać podatki, pozostaje olbrzymia sfera regulowana przez prawo rozmaitej ważności – od konstytucji po zwyczajne przepisy.

O znacznej części tego prawa z reguły nie wiemy nic, gdyż nikt nas nie informuje. Można wprawdzie znaleźć w prawnych dodatkach do gazet (jak w DGP) wiadomości na niektóre tematy, ale dotyczą one tylko wybranych sfer i przecież tylko niewielki procent Polaków czyta taką prasę lub też innymi metodami zdobywa odpowiednie informacje.

A nawet jeżeli je zdobędzie, to nie zawsze są one zgodne z zachowaniem urzędników, którzy w dalszym ciągu dysponują kolosalną wiedzą w zakresie interpretacji.

Urzędnicy – z wyjątkami – traktują człowieka jak intruza, kiedy chce tylko o coś zapytać. Nawet używają argumentu: proszę sobie sprawdzić

Oto kilka przykładów. Zatrzymuje mnie dwóch młodzieńców w skórzanych kurtkach, jeden z nich podnosi lizak na wysokość kolana. Wokół pustka, najbliżej odległy o kilkanaście kilometrów Chełm. Żona radzi – jedź, bo nie wiadomo, kto to jest. Nie staję.

Po chwili dogania mnie jeden z nich na motocyklu i ma z tyłu napis „policja”. Ponieważ grozi mi zabraniem prawa jazdy, godzę się na mandat. Czy on nie musi mieć napisu z przodu? Skąd ja mam wiedzieć, że to policja?

Nikt tak naprawdę nie wie, jak to jest z meldowaniem się. Czy jest jeszcze, czy już nie ma obowiązku meldunkowego, a ponieważ należę do rzeszy tych, którzy mieszkają gdzie indziej, niż są zameldowani, jeden bank chce adresu rzeczywistego, drugi meldunkowego, zaś urząd skarbowy – o dziwo! – rzeczywistego.

Pożyczam znajomej pieniądze – kto ma zapłacić podatek i od jakiej sumy? Przecież przyjaciele i członkowie rodziny nieustannie sobie pożyczają i nikomu do głowy nawet nie przyjdzie zapłacić podatek. Daję prezent z okazji wesela – kto ma zapłacić podatek (a prezent nie może być bardzo skromny)?

Do tego urzędnicy – prawda, z wyjątkami – traktują człowieka jak intruza, kiedy chce tylko o coś zapytać. Nawet używają argumentu: proszę sobie sprawdzić.

Konia z rzędem temu, kto zrozumie wyjaśnienie, jak można zwolnić pracownika zatrudnionego na czas określony, jeżeli nie minęło sześć miesięcy? Chyba nie można.

Czy to wreszcie prawda, że banki mają limit górnej stopy oprocentowania kredytu? Jeśli tak, to dlaczego w wielu ofertach wyraźnie ją przekraczają?

Ale nie idzie naturalnie o te szczegóły, lecz o to, czy żyjemy w gąszczu prawa, czy tylko drobnych przepisów. I wszyscy są przeciwko nam. Wszyscy utrudniają nam życie. Nie dziwię się protestom lekarzy, odkąd dowiedziałem się – kompletnie przypadkiem – że legitymację ubezpieczeniową trzeba podbijać w pracy co miesiąc, a nie co trzy. Dwadzieścia milionów Polaków podbija ją co kwartał, a jak zapomni, to lekarz odpowiada.

Co pewien czas jest zryw i mowa o życzliwym lub przyjaznym państwie. Nic z tego nie wynika, bo to nie władze centralne rządzą, one często nic nie wiedzą o produkcji przepisów, rządzą ludzie na szczeblu pośrednim, którzy są niejawni, za nic nie odpowiadają oraz mogą niemal wszystko.

Ciekawiłem się wielokrotnie, kto tak naprawdę ustala przepisy dotyczące programów szkolnych. Ktoś w odpowiednim ministerstwie, może jakaś komisja – jednak nikt się pod nimi nie podpisuje.

Anonimowość decyzji o charakterze prawnoregulującym to następna cecha tego dziwnego świata, w jakim żyjemy. Już nie wspominam prokuratury, która trwa od skandalu do skandalu i nieustannie bimba sobie na wszystko.

Kiedy wreszcie państwo dobierze się do skóry tym, którzy – z naszego punktu widzenia – bawią się prawem i przepisami? Nie tylko byłyby to wielkie oszczędności w dobie przerostu budżetówki (i to we wszystkich krajach europejskich), ale także radykalne zwiększenie poczucia bezpieczeństwa odczuwanego przez obywateli.

Kiedy wreszcie zasada domniemania niewinności zostanie uznana w każdym przypadku naruszenia każdego przepisu prawnego za zasadę podstawową? Bo obecnie najpierw obywatel jest winny, a potem może uda mu się wytłumaczyć i wyjaśnić.

Marcin Król, filozof, historyk idei