Mira Suchodolska, sekretarz redakcji

Domniemanie takie wynika nie tyle z mojej wrodzonej złośliwości (jestem istotą łagodną i życzliwą ludziom), ale z doświadczenia. Jakoś tak bowiem się składa, że za cokolwiek się resort ostatnio weźmie, wychodzi na opak.

Weźmy sprawę asystentów sędziów – miało być ich tylu, by ułatwić i odbiurokratyzować zawodowe życie dam i dżentelmenów w sędziowskich togach. Ale nieszczęsnym asystentom tak mało płacą, że nawet łapanki nie pomagają, aby zapełnić wakaty. Więc się stanowiska asystenckie likwiduje, na ich miejsce sadza zwykłych urzędników.

Albo inna historia – ze służbą doręczeń sądowych. Gadania o niej było tyle, że można by wypełnić sto biurokratycznych szczytów. I na gadaniu poprzestano.

No i mamy projekt najważniejszy – nagrywanie rozpraw miało skrócić i usprawnić postępowanie. Sędzia, zamiast dyktować protokolantce, co pisać, miał się zająć orzekaniem, bo wszystko zapisze się przecież samo. Z jednym „ale”.

W krajach z nie tak rozwiniętą jak w Polsce demokracją i praworządnością, np. w Stanach Zjednoczonych, wyroki zapadają po kilku, no, kilkudziesięciu dniach rozprawy. Pamięć sędziowska jest wówczas jeszcze świeża i nie ma problemu z przypomnieniem sobie, co kto mówił.

U nas, kiedy do wyroku mijają lata, lepiej wszystkie zeznania mieć na papierze. Więc ten cały e-protokół trzeba będzie przepisywać. Tyle że zajmie to dużo więcej czasu i będzie trudniejsze niż wówczas, kiedy sędzia dyktował esencję treści z nieskładnych wynurzeń świadków. Więc co? Zatrudni się nowych ludzi i dodatkowo im zapłaci.

W czasach kryzysu, kiedy zakłady pracy robiły czystki w personelu, furorę zrobiło słowo „optymalizacja” – zastępowano nią brutalne pojęcie „zwolnienia grupowe”. W urzędach państwowych chętnie mówi się dziś o cięciach etatów. Przez pączkowanie.