W myśl tej zasady rozwiązali problem braku asystentów sędziów. W wymiarze sprawiedliwości są oni niezbędni, bo odciążają orzekających od spraw administracyjnych. Sporządzają projekty orzeczeń, uzasadnień, kontrolują terminy, zajmują się statystyką. Dzięki temu sędzia, zamiast tonąć w papierologii i administracji, ma więcej czasu na orzekanie. Instytucja ta, choć na Zachodzie znana od lat, w Polsce pojawiała się niedawno. Niestety, choć pracownicy tacy są niezbędni, chętnych nie było zbyt wielu, bo pensje są nieatrakcyjne dla osób z wykształceniem prawniczym.

Jeszcze rok temu było 375 wakatów na to stanowisko. Dziś Ministerstwo Sprawiedliwości z triumfem ogłasza, że sprawy już nie ma, wakatów też, a na te nieobsadzone jeszcze stanowiska asystentów trwają konkursy, więc właściwie to jakby całkowicie było już po sprawie. Jak to się stało? Ano tu właśnie ową modną metodę zarządzania kryzysowego wystarczyło zastosować i rozwiązanie się objawiło: zamiast werbować, wystarczy zlikwidować. Nie ma wakatów, to i problem zniknął. Papierologię i administrację – tam gdzie asystentów nie ma - na powrót przejmą sędziowie, w końcu wcześniej to robili, to i dziś mogą.

Śmiać się można, ale to śmiech przez łzy, bo tak właśnie rozwiązuje się dziś problemy. Gospodarcze, polityczne, społeczne. Długi liczone w setkach miliardów euro i dolarów zakrywamy bilionami, w końcu kto takie kwoty jest w stanie ogarnąć. Zamiast uprościć prawo podatkowe, wprowadzamy kolejną interpretację, w końcu jedna w tę czy we w tę różnicy nikomu nie zrobi. Zamiast zlikwidować przywileje emerytalne, podnosimy składki, bo o dwa procent jeszcze się nikt nie przewrócił. A zatłoczone przedszkola i żłobki to przecież nie rządów sprawa, chcieliście samorządów, to macie.

Politycy udają, że rządzą, a społeczeństwa – że to nie one ich wybrały. I tylko jedno w tej całej przebierance jest naprawdę: brak odpowiedzialności.