Era papierowych dzienników ustaw i monitorów polskich dobiegła końca. I nie chodzi nawet o to, że papierowe wydania zostały zepchnięte na drugi plan. One już za rok w ogóle przestaną się ukazywać. Ich miejsce zajmą elektroniczne dzienniki urzędowe. To będzie bez wątpienia przełom, prawdziwa rewolucja. Jeszcze nikt tak radykalnie nie zerwał z epoką Gutenberga jak ludzie odpowiedzialni za drukowanie polskich aktów prawnych.

Cała operacja, a tak naprawdę jedno radykalne cięcie, ma się odbyć pod szyldem łatwiejszego dostępu obywateli do obowiązującego prawa. Cel jest niewątpliwie szlachetny i godny poparcia. Wiadomo, że nieznajomość prawa szkodzi i nikt nie może się zasłaniać przed sądem nieznajomością przepisów. Więc każdy pomysł na to, jak dostęp do prawa obywatelom ułatwić, jest cenny. Tylko czy dla autorów projektu ustawy o ogłaszaniu aktów normatywnych nie jest to cel propagandowy? Czy dążąc do niego, liczą się z naszymi informatycznymi realiami?

Uzasadnienie do projektu ustawy tych wątpliwości nie rozwiewa. Nie znalazłem tam argumentów, które rozprawiają się z siłą drukowanej tradycji i zwykłymi ludzkimi przyzwyczajeniami. A zapewne nie jest to siła niemała. Znam na przykład adwokata, który pisze artykuły, a zapewne także pisma procesowe, na maszynie do pisania, swoje teksty przesyła do redakcji faksem. Zastanawiam się, jak on będzie się zapoznawał z elektronicznymi nowelizacjami i zmianami w prawie? Oczywiście adwokat sobie poradzi, ale co ze zwykłymi zjadaczami chleba?

Mało kto wie, że w wersji elektronicznej, a więc niebawem w wersji jedynej, mają zniknąć numery dzienników ustaw. Rzecz dla wielu osób zapewne niebywała, ale prawdziwa. Poszukując ustaw i rozporządzeń, konkretnych przepisów, paragrafów, punktów i podpunktów, będziemy się przedzierać już nie przez gąszcz numerów Dziennika Ustaw, tylko przez gąszcz kolejnych pozycji poszczególnych dzienników urzędowych. A zagęszczenie jest spore. W roku 2010 ukazało się na przykład 259 numerów Dziennika Ustaw, w których było 1776 pozycji. Nie wiem, jak to będzie wyglądało w praktyce, ale zapewne łatwiej znaleźć przepis w 259 numerach niż w 1776 pozycjach.

Kolejna wątpliwość – czy mamy prawo wymagać od wszystkich posiadania komputera z dostępem do internetu? Pewnie na otarcie łez każdy będzie mógł zażądać wydruku dowolnego aktu prawnego. Jednak jeśli chcemy płynnym krokiem przejść z epoki Gutenberga do epoki Billa Gatesa, aż prosi się o ocenę zarówno skali informatyzacji naszego społeczeństwa, jak i skali dostępu do zastępczych treści elektronicznych dzienników urzędowych. Ocen takich z pewnością nie można mechanicznie upraszczać, tym bardziej że od odpowiedzi na postawione pytania zależeć może konstytucyjność proponowanych rozwiązań prawnych. Bo powszechny dostęp do prawa to nie jest wartość wirtualna, to wartość konstytucyjna.