Wszyscy pamiętamy świetną rolę Johna Travolty, który wcielił się w postać nieustępliwego adwokata Jana Schlichtmanna. Prawnik reprezentował grupę rodziców z podbostońskiego miasteczka, których dzieci zmarły na białaczkę. Choroba wiązała się z zatruciem wód gruntowych przez pobliską garbarnię, za którą stały dwie potężne korporacje.

Ten oparty na faktach thriller sądowy, który pokazuje walkę Dawida ze współczesnym Goliatem, mógłby być najlepszym uzasadnieniem do naszej ustawy o dochodzeniu roszczeń grupowych. Ale niestety tak się nie stanie. Ustawie o pozwach zbiorowych powyłamywano bowiem w parlamencie wszystkie ostre zęby. Ustawa straciła całą swoją zadziorność, zanim jeszcze zrobiła ze swej siły jakikolwiek użytek.

Na Wiejskiej najwyraźniej przestraszono się magii wielkich liczb, bo czegóż by innego. Jakie to liczby? Otóż na przykład takie, że z powodu niepłacenia za nadgodziny zagrożonych upadłością może być nawet 1,9 tys. małych firm i ponad 300 dużych. Albo takie zestawienie: jeżeli duża lub średnia firma nie zapłaciłaby pracownikowi za jedną nadgodzinę dziennie, to średnia wysokość roszczeń w pozwie zbiorowym wyniosłaby 1 mln zł. Nie przeczę, takie wyliczenia działają na wyobraźnię. Ale o ileż byłyby one bardziej wiarygodnie, gdyby takich symulacji nie przygotowywały dla rządu organizacje pracodawców i przedsiębiorców.

Katalizatorem, który zmobilizował prawników do przyspieszenia prac nad ustawą o pozwach zbiorowych, była tragiczna katastrofa budowlana hali wystawowej w Katowicach, a także słynne już opcje walutowe. Tak się jednak dziwnie złożyło, że ani jedni, ani drudzy poszkodowani nie znajdą pocieszenia w tej ustawie. W ostatniej chwili wypadli za burtę. Sprawa jest ważna i nie ma co ukrywać sprawców tego legislacyjnego zamachu stanu. Tym razem dokonał się on w Senacie. To właśnie tam przenicowano rządowe propozycje do granic prawnego błędu. Oczywiście posłowie mogli odrzucić poprawki Senatu i mogli zaufać ekspertom prawnym. Tak się jednak nie stało.

Kto więc konkretnie namieszał w głowie naszym parlamentarzystom? W dochodzeniu do prawdy pomocne okazały się sejmowe stenogramy. Co i rusz przewija się tam postać pewnego profesora Scévole de Cazotte z Instytutu Reform Prawnych Izby Handlowej Stanów Zjednoczonych. Zaproszony gość przestrzegał przed rozpasaniem honorariów adwokackich. Jego zdaniem adwokaci nie powinni mieć udziału w przyznanym przez sąd odszkodowaniu. Powtarzał, że poszkodowani nie otrzymują w Ameryce wcale dużych pieniędzy. Wyciągają po parę centów z jednego dolara. Na pozwach zbiorowych krocie zarabiają natomiast pośrednicy, prawnicy wszczynający sprawy. Nie namawiał jednak posłów do wykluczenia z roszczeń grupowych dóbr osobistych, takich jak zdrowie, życie, godność, cześć. Nasi parlamentarzyści usłyszeli jednak to, co chcieli słyszeć. Skutek jest taki, że dobra osobiste znalazły się za burtą, a honoraria adwokackie zależą od wysokości przyznanego stronie powodowej odszkodowania. Na otarcie łez pana de Cazotte dodano zastrzeżenie: honorarium adwokackie nie może przekroczyć 20 procent tej kwoty.