Sprawa dotyczyła małżeństwa, które było razem od 25 lat. W dacie ślubu w 1991 r. kobieta była w zaawansowanej ciąży. Po narodzinach syna wyjawiła mężowi, że może on nie być ojcem dziecka. To wyznanie doprowadziło do rozstania pary. Po kilku miesiącach wrócili jednak do siebie i żyli dalej do 2010 r. Kwestia niepewności dotyczącej ojcostwa znacząco ważyła na relacjach małżonków, aczkolwiek nigdy nie podjęli działań by to jednoznacznie ustalić. Traktowali to jako tajemnicę skrywaną przed synem. Do czasu, gdy mężczyzna nie wpadł na pewien pomysł.

Propozycja nie do odrzucenia

W 2010 r. po nagłej i niespodziewanej kłótni mężczyzna wyprowadził się z domu i zamieszkał za zgodą leśniczego w leśniczówce. Żona podejrzewała, że wyprowadzka męża może mieć związek z inną kobietą, ale nie miała na to dowodów. Przez pierwsze trzy miesiące po rozstaniu mężczyzna przekazywał żonie kwotę 500 zł miesięcznie na syna. W styczniu 2011 r. zaproponował jej zaś przekazanie kwoty 89.500 zł tytułem przyszłych - do dnia uzyskania przez syna pełnoletniości - alimentów. Kobieta nie zastanawiała się wówczas skąd mąż posiada środki pieniężne w takiej wysokości. Udała się jedynie do prawnika, by pomógł jej sporządzić treść pokwitowania dla przyjęcia gotówki. Podpisała pokwitowanie pomimo tego, że nie otrzymała od męża deklarowanej kwoty. Zapewniał jednak, że w najbliższym czasie zapłaci. Gdyby zaś nie podpisała pokwitowania zagroził, że poinformuje syna o przeszłości jego matki, której wynikiem była ciąża i fakcie, że nie jest jego ojcem.

Reklama

To wszystko doprowadziło do tego, że kobieta złożyła pozew o rozwód. Sąd okręgowy orzekł rozwód, uregulował w jego treści też wysokość obowiązku alimentacyjnego. Kobieta w toku całego postępowania - poczynając od treści pozwu - konsekwentnie zaprzeczała temu, iż kiedykolwiek otrzymała od męża kwotę we wskazywanej wysokości. Następnie złożyła do komornika wniosek o wszczęcie postępowania egzekucyjnego w celu wyegzekwowania alimentów. Mężczyzna poszedł zaś do sądu i domagał się pozbawienia wykonalności tytułu wykonawczego w postaci wyroku sądu, stawiając zarzut, że zobowiązanie wygasło na skutek jego spełnienia, tym samym brak jest podstaw do prowadzenie przeciwko nim egzekucji.

Pieniądze, których nie ma

Sąd oddalił powództwo. Wyjaśnił, że z punktu widzenia prawa procesowego, pokwitowanie jest dokumentem prywatnym w rozumieniu art. 245 kodeksu postępowania cywilnego i jako taki potwierdza jedynie, że osoba, która je podpisała, złożyła tej treści oświadczenie. Nie korzysta natomiast z domniemania prawdziwości zawartych w nim oświadczeń, wobec czego osoba mająca w tym interes prawny może twierdzić i dowodzić, że treść złożonego oświadczenia nie odpowiada stanowi rzeczywistemu. Zatem pozwana, jako osoba mająca interes w obaleniu domniemania, że treść oświadczenia złożonego w pokwitowaniu nie odpowiada rzeczywistemu stanowi rzeczy, mogła twierdzić i dowodzić wszelkimi środkami dowodowymi, że świadczenie w nim wymienione w rzeczywistości nie zostało spełnione.

I sąd uznał, że obowiązkowi temu sprostała. Postępowanie dowodowe - już w świetle zasad logiki i doświadczenia życiowego - nie dawało podstaw do przyjęcia, że mężczyzna mógł taką kwotą dysponować, pomijając, iż w żaden sposób tego nie udowodnił. Niedorzecznością w ocenie sądu były twierdzenia, że gromadził środki pieniężne przez kilkanaście lat swojego małżeństwa, odkładając część dochodu uzyskiwanego z prowadzonej działalności gospodarczej i z wynagrodzenia uzyskiwanego równolegle z dodatkowo podejmowanego zatrudnienia, z zamiarem ofiarowania ich kiedyś żonie.

W sprawie co prawda pojawił się świadek zeznający na korzyść mężczyzny, ale sąd mu nie uwierzył. Świadek ten wskazywał, że w okresie pomiędzy 1996 - 2006 r. mężczyzna miał zarabiać przy produkcji listew do obrazów i w tym celu rzekomo wykorzystywał jego park maszynowy do obróbki drewna. Z tego biznesu miał wyciągać dochody rzędu od 5 tys. zł do 10 tys. zł miesięcznie. Jednak w ocenie sądu, charakter podstawowej pracy powoda uniemożliwiał mu wykonywanie tego rodzaju pracy. W tygodniu bowiem od wtorku do piątku był w trasie jako kierowca. Poza tym od 2004 r. był wyłączony z jakiekolwiek aktywności zawodowej w związku z operacją kręgosłupa i okresem rehabilitacji. Gdyby też rzeczywiście dysponował na czas kiedy zakończył prowadzenie swojej działalności gospodarczej kwotą 70 tys. zł, to pewnie zainwestowałby ją w budowę domu. A tak zamieszkał z rodziną w niewykończonym do końca domu. Poza tym nie miałby obaw o przyszłość materialną rodziny, co przyznał w rozmowie z biegłymi w trakcie badania w RODK w związku ze sprawą rozwodową. Sąd nie miał więc wątpliwości, że powód nie spełnił świadczenia objętego kwestionowanym tytułem wykonawczym.

Wyrok Sądu Okręgowego w Słupsku z 29 czerwca 2016 r., sygn. akt I C 179/16