Dla oceny naruszenia własności intelektualnej ważny jest cały kontekst, w tym ekonomiczny, a nie tylko samo literalne bądź graficzne podobieństwo nazw lub etykiet - mówi w wywiadzie dla DGP Przemysław Witas, radca prawny, dyrektor działu prawnego w CEDC International.
Resort rolnictwa opublikował założenia nowelizacji ustawy o wyrobie napojów spirytusowych oraz o rejestracji i ochronie oznaczeń geograficznych napojów spirytusowych. A w niej wiele dodatkowych obowiązków nakładanych na producentów i dystrybutorów alkoholu. Czy to dobrze, że państwo chce jeszcze bardziej restrykcyjnie kontrolować branżę?
Reklama
My nie mamy nic przeciwko. Jeśli przedsiębiorca działa zgodnie z przepisami, nie ma się czego obawiać. A zarazem być może większa kontrola ze strony organów administracji publicznej pozwoli wykluczyć z rynku szkodliwe dla konsumentów praktyki. To branża, w której ogromną rolę odgrywa cena produktu. Mówiąc wprost: dla wielu osób kluczowym kryterium przy wyborze wódki jest cena. To rodzi u niektórych pokusę, by obniżać koszty poprzez obniżanie jakości i inne sztuczki. Trzeba takim praktykom przeciwdziałać.

Reklama
Żubrówka to oznaczenie geograficzne i nazwa używana na określenie aromatyzowanych trawą wódek, prawda?
Nieprawda. Żubrówka to renomowany znak towarowy, na który posiadamy prawo ochronne. To oznacza, że tylko nasza firma może się tą nazwą posługiwać, nikt inny. Tak zwane oznaczenie geograficzne, którym mogą posługiwać się wszyscy przedsiębiorcy po spełnieniu pewnych warunków określonych w przepisach, to „wódka ziołowa z Niziny Północnopodlaskiej aromatyzowana ekstraktem z trawy żubrowej”.
Mało korzystne z handlowego punktu widzenia.
Trudno zaprzeczyć. Stąd też nie brakuje prób podpisywania się pod naszym sukcesem. Od lat z tym walczymy.
Warto? Przecież to nobilitacja dla marki. To tak jakby Adidas wytoczył wojnę wszystkim tym, którzy buty sportowe nazywają adidasami.
To ciekawy przykład na ewolucję nazwy konkretnej marki w nazwę całej kategorii produktów. Spotyka to marki ikony. Niemniej jednak, producenci adidasów nie mogą wprowadzać ich na rynek pod marką Adidas. Jestem przekonany, że gdyby prawnik niemieckiego giganta zobaczył w sklepie obuwniczym podpis „adidasy” pod kategorią butów sportowych, byłby co najmniej zdegustowany.
Podobnie jest z Żubrówką. To dla nas komplement, że wielu osobom aromatyzowana trawą wódka kojarzy się z naszym produktem, ale na tym kończy się nasza tolerancja. Mówimy jasno: nie pozwolimy konkurencji pod wypromowaną przez nas marką wprowadzać swoich produktów.
Czyli już wiem, że mnie państwo pozwą, gdy postanowię wprowadzić na rynek wódkę ze słowem „żubrówka” w nazwie. Ale ochrona państwa produktu idzie dalej...
Rzeczywiście. Sądy orzekały już, że nawet jeśli ktoś nie posłuży się nazwą naszego produktu, ale będzie bazował na skojarzeniach z nim związanych, naruszy nasze prawo ochronne. Innymi słowy, nie trzeba wcale napisać nazwy marki na butelce, żeby podpiąć się pod czyjąś markę. Nie tolerujemy np. sytuacji, gdy ktoś do butelki wkłada trawę. Sąd wskazał jasno: trawa jest elementem wyróżniającym naszą markę – Żubrówka.
Czy to nie absurd?
Wręcz przeciwnie, to racjonalne. Mam dość dobre doświadczenia ze składami orzekającymi w sprawach znaków towarowych. Zgadzam się z tą linią orzecznictwa – występującą przecież także w odniesieniu do wielu innych producentów – zgodnie z którą dla oceny naruszenia własności intelektualnej ważny jest cały kontekst, w tym ekonomiczny, nie tylko samo literalne bądź graficzne podobieństwo nazw lub etykiet. Kolor, koncepcja opakowania, podobne, ale nie takie same symbole, to jest również istotne. Wszyscy doskonale znamy przykłady produktów, które na pierwszy rzut oka wyglądają znajomo, jak oryginalne. I dopiero po dokładnym przyjrzeniu się można dostrzec, że to jednak zupełnie inny towar, często słabszej klasy, po prostu oszustwo.
Oczywiście. Ale, z całym szacunkiem, jeśli sąd stwierdza, że nie mogę sprzedawać wódki z zieloną etykietą, z trawą na tej etykiecie – dla mnie to przesada i świadectwo, że prawo znaków towarowych zmierza do absurdu.
Konflikt pomiędzy tymi, którzy mają prawo ochronne na znak towarowy, a tymi, którzy wprowadzają nowy produkt, oczywiście często występuje. Sądy mają dylematy, jak daleko powinien sięgać monopol oryginalnej marki. Profesjonaliści w składach orzekających ustanawiają precedensy. Można się oczywiście nie zgadzać z wyznaczanymi przez sądy granicami ochrony. Ale te granice są konieczne, tak dla ochrony własności, jak i dla pewności prowadzenia działalności. Przedsiębiorcy między sobą często nie będą w stanie się porozumieć, a ci mniej ambitni często posuwają się do – powiedzmy wprost – pasożytnictwa. Z premedytacją tworzone są imitacje znanych produktów. Twórcy oryginałów muszą mieć narzędzia do obrony przed taką nieuczciwością.
Te sądy w ostatnim czasie chronią interesy dużych przedsiębiorców.
Proszę jednak zwrócić uwagę, że wypromowanie marki – czy to jest Żubrówka, czy Adidas, czy Apple – wymaga ogromnych nakładów finansowych. Każdy przedsiębiorca, który zainwestował miliony, będzie chciał zachować jak najszerszą ochronę swoich praw. Prawda jest taka, że argument, iż prawo znaków towarowych ogranicza swobodę prowadzenia biznesu, używany jest najczęściej przez tych, którzy po cichu liczyli na to, że uda im się wprowadzić na rynek produkt, który dzięki podobieństwu do innego już na wejściu będzie miał pewien bonus u konsumentów.