Od czterech lat obowiązuje ustawa o bezpieczeństwie osób przebywających na obszarach wodnych. Mimo to w niektóre letnie dni topi się więcej osób, niż ginie na drogach. Co poszło nie tak?
Reklama
Niebezpieczna toń / Dziennik Gazeta Prawna
Od maja do minionego poniedziałku zginęło w wodzie 197 osób. Z każdym dniem ten tragiczny bilans będzie się zwiększał. A przecież wraz z ustawą o bezpieczeństwie osób przebywających na obszarach wodnych (Dz.U. z 2011 r. nr 208, poz. 1240 ze zm.) sytuacja miała się poprawiać. Tymczasem wdrożenie nowych przepisów zachwiało zasadami bezpieczeństwa na wodzie.

Reklama
– Obniżono standardy bezpieczeństwa w miejscach, które przed 2011 r. były zabezpieczane w sposób właściwy i adekwatny do poziomu nasycenia ludźmi – ocenia Sławomir Dębski, prezes śląskiego Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.
Chodzi o sposób wdrożenia dyrektywy 2006/7/WE z 15 lutego 2006 r. dotyczącej zarządzania jakością wody w kąpieliskach. To ona wprowadziła wymagania co do czystości wody, sanitariatów, natrysków, odpowiedniego oznakowania, liczby ratowników etc. Dziś utworzenie kąpieliska wymaga spełnienia wielu warunków formalnych i jest kosztowne. Dlatego nowelizując w 2010 r. prawo wodne (t.j. Dz.U. z 2015 r. poz. 469), ustawodawca wprowadził dodatkowe pojęcie „miejsc wykorzystywanych do kąpieli” – ich organizacja sprowadza się do wytyczenia obszaru bojami i zapewnienia ratowników. O ile jednak na kąpielisku musi być po dwóch na każde 100 metrów linii brzegowej (na kąpieliskach morskich – trzech), o tyle w miejscu wyznaczonym do kąpieli, niezależnie od jego wielkości, ma ich być po prostu dwóch.
Znikające kąpieliska
Efekt? Na kąpielisko o 500 metrach długości linii brzegowej trzeba zapewnić 10-osobową kadrę ratowniczą (nad morzem 15-osobową), ale już w miejscu tylko wyznaczonym do kąpieli dwuosobową – czy to nad morzem, czy na śródlądziu.
– Wczasowicze korzystający z tego samego miejsca w 2010 r. i w 2015 r. spotykają się z dwoma różnymi poziomami bezpieczeństwa – tłumaczy Dębski. Bo po wprowadzeniu nowych przepisów liczba kąpielisk spadła. Przykładowo na Śląsku z 20 do pięciu.
– Zarówno ustawa o bezpieczeństwie osób przebywających na obszarach wodnych, jak i stworzone dla jej realizacji przepisy wykonawcze uwsteczniły standardy bezpieczeństwa – dodaje Dębski.
Jak zwraca uwagę Paweł Błasiak, wiceprezes zarządu głównego WOPR, przepisy aktów wykonawczych wymagają dziś także w miejscach przeznaczonych do kąpieli mniejszej ilości sprzętu ratowniczego niż na kąpieliskach.
– To jakiś absurd, bo ludzi wszędzie ratuje się w taki sam sposób. To trochę tak, jakby sale operacyjne na prowincji mogły być gorzej wyposażone niż w szpitalach stołecznych, mimo że wykonuje się tam takie same operacje – zwraca uwagę.
Co ciekawe, ustawa o bezpieczeństwie nad wodą nie definiuje w żadnym punkcie tego, czym jest wykonywanie ratownictwa wodnego. A ta luka ma zasadnicze znaczenie, ponieważ w ustawie jest zapis, że zarządzający obiektem czy kąpieliskiem może zlecić działania z zakresu ratownictwa podmiotowi uprawnionemu: WOPR-owi lub innemu, który ma pozwolenie Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. A skoro może, ale nie musi, to hotele, ośrodki sportowe etc. same zabezpieczają kąpieliska i same zatrudniają ratowników. Co więcej, jako że w myśl przepisów nie są podmiotami uprawnionymi do wykonywania ratownictwa wodnego, to nikt nie ma też prawa ich kontrolować. Ani MSW, ani WOPR nie sprawdza np., czy posiadają właściwy sprzęt ani czy zatrudniają osoby rzeczywiście potrafiące ratować ludzi.
Ratownik bez sprawdzianu
Inna sprawa, że ustawowe wymogi dla ratowników też pozostawiają wiele do życzenia. By zatrudnić ratownika, wystarczy, że okaże on zaświadczenie o zdobyciu uprawnień oraz kursu kwalifikowanej pierwszej pomocy (KPP). O ile KPP ważny jest tylko trzy lata i po tym okresie trzeba zdać ponowny egzamin, to nie ma żadnej weryfikacji umiejętności pływackich. Dopóki za wydawanie uprawnień ratowniczych odpowiadał WOPR, ratownik musiał co trzy lata potwierdzić swoje kwalifikacje egzaminem.
– Obecna ustawa nie przewiduje weryfikacji uprawnień. A to jest zawód wymagający umiejętności fizycznych. Może się zdarzyć, że ktoś przez 10 lat pracy nie miał żadnej akcji ratowniczej. Jeżeli nie jest w stanie przepłynąć 400 metrów w osiem minut, to znaczy, że nie powinien tym ratownikiem być – uważa Paweł Błasiak.
Ratownicy WOPR nadal przechodzą cykliczne egzaminy, ale w stosunku do ratowników zatrudnianych przez prywatne podmioty takiego obowiązku nie ma. Może się więc zdarzyć, że jako ratownik pracuje osoba, która uprawnienia zrobiła lata temu i posiada tylko aktualny kurs KPP. Dlatego WOPR-owcy zabiegają o wprowadzenie do ustawy wymogu zdawania egzaminu ratowniczego co trzy lata.
Trzeba też dodać, że jak już przygotowano przepisy np. dotyczące basenów, to naraz ich właściciele zaczęli kombinować, jak je ominąć. I tak np. przy długości niecki do 25 m wymagany jest jeden ratownik, a od 25 m dwóch. By zaoszczędzić na drugim ratowniku zarządzający obiektem sztucznie zmniejszali jego długość, np. poprzez przyklejenie płytki na klej polimerowy. Dzięki temu długość basenu wynosiła np. 24,95 m i już nie trzeba było zapewniać drugiego ratownika. Na czas zawodów pływackich płytkę można było szybko usunąć.
Na głupotę nie ma lekarstwa
Na pytanie, czy złe przepisy są powodem tragicznych statystyk utonięć, nie ma prostej odpowiedzi i zdania na ten temat są podzielone nawet wśród ratowników.
Sławomir Dębski nie ma wątpliwości.
– Bałagan i niespójność przepisów kosztuje nas średnio 90 istnień ludzkich rocznie – uważa.
Ale zdaniem Błasiaka wzrost liczby ofiar wynika z większej liczby wypoczywających nad wodą.
– Poza tym najwięcej ludzi ginie na dzikich plażach, czyli w miejscach, które są w ogóle niestrzeżone. Bardzo często pod wpływem alkoholu – precyzuje Błasiak.
Tu dochodzi do kolejnego paradoksu. Regulaminy kąpielisk czy terenów wyznaczonych do kąpieli zabraniają spożywania alkoholu. Plażowicze, którzy chcą pić, przenoszą się więc w miejsca niestrzeżone. I tam – zbyt często – toną.
Ratownicy zwracają też uwagę, że przepisy wykonawcze dotyczące standardów bezpieczeństwa odnoszą się tylko do wyznaczonych obszarów wodnych. Te dotyczące zabezpieczenia ratowniczego regat, spływów kajakowych czy wszystkiego, co się dzieje poza wyznaczonym kąpieliskiem – zostały uchylone.
– Najbardziej zapobiegliwe działania ustawodawcze nie zastąpią powszechnej świadomości zagrożeń i konieczności zachowania zdrowego rozsądku w trakcie wypoczynku nad wodą – mówi Małgorzata Woźniak, rzeczniczka MSW.
– Niestety, najwięcej utonięć mamy w miejscach nie tylko niestrzeżonych w ogóle, ale wręcz w takich, w których obowiązuje zakaz kąpieli. Najczęściej dotyczy to rzek, które są akwenami trudnymi do zabezpieczenia, zdradliwymi, o szybko zmieniających się warunkach – dodaje Woźniak i podkreśla: nawet najlepsze przepisy nie pomogą, jeśli ludzie będą wybierać miejsca niestrzeżone i lekceważyć zagrożenia.
Po wprowadzeniu nowych przepisów liczba kąpielisk spadła