Komentarz tygodnia
Dozwolony użytek edukacyjny to taki wyjątek, który pozwala nauczycielom w szkole wyświetlać uczniom filmy czy rozdawać ksero fragmentów książek nie martwiąc się o prawa autorskie. Sejm przyjął nowelizację w wersji pozwalającej na to wyłącznie instytucjom naukowym i uczelniom. Nie zgodził się na rozszerzenie tego przywileju na biblioteki, muzea czy organizacje pozarządowe. Miałem okazję wysłuchać w Tok FM pasjonującej dyskusji na ten temat. Jarosław Lipszyc z Koalicji Otwartej Edukacji tłumaczył, że w bibliotekach czy świetlicach nie będzie można organizować nawet zwykłej prezentacji. Wcześniej trzeba by bowiem dostać zgodę i zapłacić tantiemy od każdego pokazywanego w niej zdjęcia. Spotkało się to z ostrą ripostą posłanki Iwony Śledzińskiej-Katarasińskiej, przewodniczącej sejmowej komisji kultury i środków przekazu. Dowodziła, że biblioteki czy NGO-sy nie ucierpią, bo będą mogły posłużyć się prawem cytatu. Bo gdy ona co roku chodzi do zaprzyjaźnionej fundacji, czytać dzieciom bajki, to robi to właśnie w ramach prawa cytatu.
Ale pani poseł niestety się myli. Po pierwsze, cytatem można się posłużyć wyłącznie w ramach samoistnego utworu. Co to oznacza? Abym mógł cytować choćby fragment czyjegoś utworu, sam muszę coś tworzyć. Nie mogę tak po prostu przepisać kawałka czyjegoś artykułu i wrzucić do internetu. Posłanka zaś nie może w ramach cytatu odczytać dzieciom bajki. Może natomiast przygotować wykład na temat twórczości jej autora, w ramach którego zacytuje fragmenty. Po drugie, cytat może być użyty tylko w określonym celu, takim jak wyjaśnianie, polemika, analiza krytyczna i naukowa czy nauczanie. Zwykłe odczytanie utworu cudzego autorstwa nie spełnia również tej przesłanki.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.