Czas przedwyborczy oznacza zmasowaną podaż politycznej demagogii i genialnych pomysłów, które mają uzdrowić życie publiczne w Polsce. Część z nich nawet dobrze brzmi, w każdym razie na pierwszy rzut oka. Ale kiedy je przeanalizować, okazują się zwyczajnym humbugiem. Dlaczego nie ma sensu odchudzać Sejmu i wprowadzać JOW-ów, mówi dr Jarosław Flis.

Rewolucyjnych pomysłów ustrojowych w tej kampanii nie zabrakło. Najgłośniej było o referendum. Milion podpisów i naród decyduje – to dobry pomysł?

Takie rozwiązania są dobre w wyjątkowych sytuacjach. Mam tutaj na myśli problem, który dotyczy wszystkich mieszkańców, jest zrozumiały dla każdego i można go sprowadzić do prostego rozstrzygnięcia „tak/nie”, bez żadnych niuansów. Tak rozumiane referendum mogłoby się odbyć np. w sprawie przyjęcia euro. Gorzej jest w przypadku obowiązku szkolnego. Dlaczego o posyłaniu do szkół 6-latków miałyby decydować osoby, które same nie mają dzieci? A co z karą śmierci? Zbieramy milion głosów i przekreślamy wszystkie międzynarodowe standardy w naszej części świata? Nie wszystko jest na tyle czarno-białe, by można było to rozstrzygać w takiej formule.

Likwidacja Senatu. Na ile to pomysł realny, na ile fikcja?

Teoretycznie jest to możliwe. W Kanadzie od 120 lat trwa dyskusja nad jego likwidacją i jakoś się nie udaje. Ale w prowincji Queensland dali radę. W pakiecie senatorowie dostali dożywotnie emerytury. Może to byłby sposób?