Rozmowa z Krzysztofem Kawczyńskim z Krajowej Izby Gospodarczej
Reklama
Czy reforma śmieciowa ukróciła zjawisko nielegalnego wywozu odpadów?

Reklama
Nieprawidłowości w szarej strefie czy wymykających się legislacji praktyk jest wciąż sporo. Większość gmin nie pilnuje, dokąd trafiają odpady komunalne i nie wskazuje miejsca ich deponowania w umowach, bo interesuje je tylko najniższa cena. Stąd też zjawisko sygnalizowane przez legalne regionalne instalacje przetwarzania odpadów komunalnych (RIPOK-i) o spadku ilości odpadów trafiających do tych instalacji.
To dokąd trafiają takie śmieci?
Częściowo trafiają do RIPOK-ów lub zastępczych instalacji, tylko takich, w których jest taniej, bo nie spełniają wyśrubowanych standardów zgodnych z unijnymi przepisami, choć miały sporo czasu na dostosowanie się do nich. Powinny zostać zamknięte, ale znalazły się w wojewódzkich planach gospodarki odpadami. Pozostawienie tłumaczono tym, że nie ma gdzie zagospodarować odpadów albo że składowiska lub instalacje będą przyjmowały odpady tylko awaryjnie. A dzisiaj odbierają odpady na równych prawach z innymi. Zdarza się, że po przesianiu na prostych sitach odpady są w takich miejscach przekwalifikowywane na kody 19 12 12 lub 19 12 10, co oznacza, że stają się prepaliwami alternatywnymi. To pozwala na wożenie ich po całym kraju. I często się zdarza, że trafią nie do pieca w cementowni, a np. do wyrobiska po żwirowni, gdzie zostają zasypane i ślad po nich znika.
To szara strefa, a czy jest jeszcze ciemniejsza?
Są też zamknięte już wysypiska, ale cały czas poddawane rekultywacji. Nie powinny odbierać odpadów komunalnych, ale tajemnicą poliszynela jest, że je przyjmują. I taka „rekultywacja” trwa w najlepsze latami. Poważnym zagrożeniem dla systemu jest obecnie magazynowanie odpadów, bo unika się opłat marszałkowskich. Magazynować można nawet do 3 lat, a później „magazynier” znika, a odpady pozostają. Część odpadów nadal trafia wprost do lasu, co sygnalizuje Dyrekcja Lasów Państwowych.
Jak duża jest skala nieprawidłowości?
Trudno to dzisiaj precyzyjnie wyliczyć, ale skala jest poważna i można ją szacować na 20–30 proc., co przekłada się na 2,5–3,5 mln ton odpadów, które są traktowane niezgodnie z wymaganiami prawa. To dużo, biorąc pod uwagę, że w kraju powstaje ok. 12 mln ton odpadów komunalnych. Powinniśmy jeszcze do tego dodać ok. 20 proc. odpadów, które po dowolnej zmianie kodów migrują poza region.
Czy zmiana ustawy o czystości i porządku, która została podpisana przez prezydenta, poprawi sytuację?
Nowelizacja jest bardzo przydatna i wiele spraw doprecyzowuje. Zakłada też, że gminy będą musiały wskazywać w specyfikacji przetargowej na odbiór lub na odbiór i zagospodarowanie odpadów, a następnie w zawieranej umowie z odbiorcą odpadów konkretne instalacje regionalne, do których winny trafiać odpady z terenu gminy. Jednak ustawowe zapisy to jedno, a ich faktyczna egzekucja to co innego. W tym wypadku musi zadziałać państwo i skutecznie wyeliminować patologie. A to wymaga większego nadzoru i kontroli, zarówno ze strony odpowiedzialnej administracji rządowej, jak i samorządowej.
Czy to oznacza, że podobnie jak w głośnych niedawno wyrokach wobec Grecji i Włoch grożą nam wysokie kary dzienne za nieprzestrzeganie unijnych standardów o odpadach?
Jeśli do tego dojdzie, to nie tak szybko. Staramy się sprostać unijnym wymaganiom. Gdyby jednak okazało się, że nie jesteśmy w stanie im podołać, to UE najpierw wszczyna postępowanie wyjaśniające, jest możliwość poprawy i dopiero po niewypełnieniu tych wymogów zapada wyrok nakazujący płacenie kar. To wszystko trwa kilka lat. Natomiast nie można wykluczyć innych sankcji, np. ograniczeń w korzystaniu z nowych funduszy unijnych, bo nasze poważne problemy z gospodarowaniem odpadami są już znane Komisji Europejskiej.