Pan z konkurencyjnej sieci komórkowej: obniżymy panu abonament o połowę. Na ile czasu – pytam. Na 3 miesiące, jak się okazuje, potem będzie o połowę droższy. Pani nie wiem skąd: będziemy w domu kultury u państwa we wsi rozdawali prezenty. Za co, pytam. Jak pan kupi pościel z wełny.
Jestem w miarę bystry, więc wiem, co to jest RRSO, czyli rzeczywista roczna stopa oprocentowania, i na czym polegają umowy z sieciami komórkowymi, więc się nie daję nabrać, ale prób miękkiego oszukania jest mniej więcej sto miesięcznie, nie licząc SMS-ów gwarantujących wygraną, bo to drugie sto. Nie mam najmniejszej pretensji do biednych ludzi, którzy do mnie wydzwaniają, bo to ich praca i to bardzo marnie płatna. Mam jednak nieco pretensji do dużych (i małych) firm, że tak namiętnie chcą mnie oszukać. Wprawdzie sporo się o tym pisze, ale proceder narasta lawinowo. Podawanie tylko nominalnej stopy procentowej jest zwyczajnym naciąganiem i chociaż potem w umowie będzie też (zgodnie z prawem) realna, to jak już się zaangażuję w proces pożyczkowy, nie będzie mi się zapewne chciało zrezygnować. I na to wszyscy liczą, na moje lenistwo umysłowe lub fizyczne. Ponadto pracuję w domu, nie mogę nie odbierać komórki, bo studenci, uniwersytet, DGP czy inne media i tak dalej. Tracę więc czas, a jeszcze do tego uprzedzają mnie groźnym tonem, że rozmowa będzie nagrywana. Niech sobie nagrywają, tylko w jedynym przypadku – konfliktu z bankiem, jaki mi się zdarzył, nagrania nie mogli odnaleźć.