Prawo jazdy mam od prawie 15 lat. Przejechałem w tym czasie z pół miliona kilometrów. Jeździłem po amerykańskich autostradach, niemieckich torach wyścigowych, afrykańskiej pustyni, korytem wyschniętej rzeki na Fuerteventurze. Szalałem po alpejskich serpentynach, po powierzchni zamarzniętego jeziora w Laponii i przebiłem się autem przez centrum Los Angeles (i nie była to żółta taksówka).
Miałem też okazję przekonać się, co czuł Neil Armstrong, gdy wylądował na Księżycu – bo ponoć identyczne warunki drogowe jak na satelicie Ziemi panują na bezdrożach Islandii. Na przestrzeni tych wszystkich lat siedziałem za kierownicą kilkuset różnych samochodów – od wykonanego z bibuły indyjskiego taty, po wartego parę ładnych milionów rolls-royce’a phantoma. Kilkukrotnie udało mi się wyprowadzić wskazówkę prędkościomierza poza cyfrę 300. Raz nawet w kabriolecie.
Nigdy nie miałem wypadku. Parę kolizji – owszem. Cztery raz zdawałem egzamin na prawo jazdy – średnio co trzy i pół roku. Ale za każdym razem przy pierwszym podejściu – i teorię, i praktykę. Na co dzień używam aplikacji Yanosik ostrzegającej przed kontrolami drogowymi, w dłuższe trasy zabieram ze sobą CB. Kierowcom na lewym pasie często migam „długimi”. Jestem zdania, że samochód to nie widelec – nie każdy może się nauczyć go obsługiwać. Niektórym powinno się go wręcz odebrać, bo inaczej prędzej czy później wydłubią komuś oko. Innymi słowy, nie uważam auta za coś, do czego każdy powinien mieć zagwarantowany prawem, powszechny i nieograniczony dostęp. Zabierałbym prawa jazdy nie tylko pijakom, lecz również tym, którzy jeżdżą zbyt wolno, a spod świateł ruszają w tempie żółwia błotnego z osteoporozą. Do tego wszystkiego jestem gorącym orędownikiem zniesienia limitów prędkości na autostradach. I zlikwidowania buspasów.