Do tragicznego wypadku, w którym niespełna trzyletnie dziecko zatruło się udrożniaczem do rur w sklepie sieci Netto, doszło w 2010 r. w Stargardzie Szczecińskim. Malec, korzystając z nieuwagi rodziców ściągnął z półki preparat, odkręcił zakrętkę i przechylił butelkę do ust. Z licznymi poparzeniami wewnętrznymi trafił do szpitala. Życie dziecka udało się uratować, ale leczenie i rehabilitacja trwają.

Prokuratura umorzyła wówczas postępowanie, nie decydując się na postawienie zarzutów ani rodzicom, ani pracownikom sklepu, ani producentowi środka. Dowody nie pozwalały na przypisanie komukolwiek winy, choćby nieumyślnej. Także Inspekcja Handlowa w Szczecinie uznała, że nie ma podstaw do wyciągnięcia odpowiedzialności wobec sklepu, z uwagi na to, że nie ma przepisów regulujących zasady ustawiania na półkach towarów niebezpiecznych. I to mimo że każdy tego typu środek zawiera na etykiecie ostrzeżenie, aby przechowywać go w miejscu niedostępnym dla dzieci.

– Z uwagi na brak takich regulacji próba pociągnięcia do odpowiedzialności sklepu oraz jego pracowników w związku z samym tylko umieszczeniem towaru w określonym miejscu byłaby dość karkołomna. Inaczej sytuacja przedstawia się, gdy sprzedawca dopuści się zawinionego działania i kupujący poniesie przez to szkodę, np. poślizgnie się na rozlanej na podłodze substancji, przewróci się i złamie nogę – mówi Marta Tuzimek-Wiśniewska z kancelarii TaylorWessing e|n|w|c .

Jednak innego zdania jest prof. Ewa Łętowska z Polskiej Akademii Nauk.

– Jest rzeczą zupełnie oczywistą, że pracownicy sklepu powinni ustawić tego rodzaju produkt poza zasięgiem dzieci. Niezależnie od tego, co jest lub nie jest napisane w przepisach szczegółowych, należy się kierować ogólnymi regułami zapewnienia bezpieczeństwa i zdrowym rozsądkiem – mówi prof. Ewa Łętowska.

– To przejaw nieszczęsnej skłonności do poszukiwania wszędzie i na wszystko przepisów, zamiast korzystać z ogólnych reguł ostrożności wynikających z art. 415 kodeksu cywilnego. Odsyła do orzecznictwa SN – dodaje.

Podobnie uważa adwokat Andrzej Michałowski z kancelarii Michałowski Stefański.

– W wypadku sprzedawcy produktu niebezpiecznego argument, że nie ma przepisów regulujących ustawienie towarów na półkach, jest chybiony. Towary mają być ustawione bezpiecznie. Sklepy wiedzą, jak je ustawiać, aby lepiej się sprzedawały, wiedzą, jak to zrobić, aby nie groziły upadkiem, zapłonem czy wybuchem. Wiedzą więc też, jak zabezpieczyć przed dostaniem się w niepowołane ręce – zaznacza mec. Michałowski.

Bezpieczna zakrętka

Z cywilnym roszczeniem przeciwko producentowi Kret”, firmie Global Pollena, wystąpili pełnomocnicy poszkodowanego dziecka, domagając się 100 tys. zł. W pierwszej instancji sąd uznał roszczenia za zasadne i zasądził odszkodowanie we wnioskowanej kwocie.

Mec. Sławomir Miętka, radca prawny reprezentujący pozwaną spółkę, wytyka, że sąd nie wykazał, aby konkretne opakowanie, które dziecko otworzyło w sklepie, było wadliwe. Jak przekonuje, spełniało ono wszystkie wymogi dotyczące zabezpieczenia i oznakowania. Było też wyposażone w bezpieczną zakrętkę.

– Obowiązujące przepisy szczegółowo wskazują, jakie wymogi ma spełniać bezpieczna zakrętka. Przede wszystkim zamknięcie powinno być testowane na grupie dzieci oraz dorosłych, aby uzyskać certyfikat. Zakrętka udrożniacza do rur taki certyfikat posiadała – zaznacza mec. Miętka.

Co więcej, ustawodawca zarówno w obecnie obowiązującym rozporządzeniu w sprawie kategorii substancji niebezpiecznych i mieszanin niebezpiecznych, których opakowania wyposaża się w zamknięcia utrudniające otwarcie przez dzieci i wyczuwalne dotykiem ostrzeżenia o niebezpieczeństwie (Dz.U. z 2012 r. poz. 688 ze zm.) jak i w aktach wykonawczych obowiązujących w chwili wypadku, dopuszcza możliwość, że część dzieci odkręci butelkę zabezpieczoną w ten sposób. Zakrętkę uznaje się za bezpieczną wtedy, gdy 85 proc. dzieci nie jest jej w stanie odkręcić w ciągu trzech minut bez wskazówek, jak to zrobić.

Ostrzeżenia to mało

Kluczowe dla sprawy było przywołanie przez sąd przepisów mówiących o tym, że opakowanie produktu niebezpiecznego nie może mieć kształtu lub dekoracji graficznej, które mogą przyciągać uwagę i ciekawość dzieci. Nie może też mieć wyglądu ani oznaczenia stosowanego dla środków spożywczych, pasz, leków lub kosmetyków. W opinii sądu etykieta Kreta była zbyt kolorowa, a na opakowaniu preparatu znajdują się lubiane przez dzieci motywy bąbelków i rurki z dziurkami, które mogą kojarzyć się z wizerunkami napoju gazowanego, lemoniady, rurki z kremem czy też zabawki do puszczania baniek mydlanych. Jednak zdaniem pełnomocników producenta tylko biegły psycholog dziecięcy mógłby stwierdzić, jak dzieciom w określonym wieku kojarzy się etykieta.

Czy to oznacza, że aby zabezpieczyć się przed podobnymi roszczeniami, producenci tego rodzaju środków powinni unikać kolorowych opakowań?

– Sąd nie może zakazać producentowi stosowania danych etykiet, ale może stwierdzić, że ich stosowanie jest nierozważne i nierozsądne. I za każdym razem, gdy dojdzie do takiego wypadku, producent musi się liczyć z tym, że sąd może z tego powodu zasądzić odszkodowanie. I nie ma to nic wspólnego z naruszeniem swobody działalności gospodarczej – twierdzi prof. Łętowska.

Zdaniem mec. Andrzeja Michałowskiego zmuszenie producentów do stosowania odstręczających kolorów opakowań bywa skuteczne. – Jednak wymaga przyzwyczajenia konsumentów i przezwyciężenia naturalnej niechęci producentów. Nie daje także pełnego bezpieczeństwa, bo zawsze znajdzie się ktoś, kogo nawet kolor odstręczający będzie przyciągał – przyznaje adwokat.

– Dlatego oceniając bezpieczeństwo produktu, bierze się pod uwagę nie tylko jego wygląd, ale także kategorie konsumentów narażonych na niebezpieczeństwo w związku z jego używaniem. Producent wprowadzający produkt na rynek polski jest zobowiązany dostarczać konsumentom informacje w języku polskim, umożliwiające im ocenę zagrożeń oraz przeciwdziałanie tym zagrożeniom. I w tym przypadku takie dane dostarczył, ale odnosząc się do kategorii użytkowników dorosłych. W sprawie środka Kret właśnie w tę lukę wdarło się dziecko – wyjaśnia adwokat i dodaje, że ostrzeżenia i tak nie będą skuteczne w stosunku do kogoś, kto nie umie czytać lub nie potrafi zrozumieć znaczenia rysunku ilustrującego niebezpieczeństwo.

– Za ten zakres szkód nie może odpowiadać producent, lecz ci, którzy powinni sprawować opiekę nad nieświadomym niebezpieczeństwa dzieckiem – twierdzi adwokat.

Wyrok w sprawie Kreta jest o tyle istotny, o ile może mieć wpływ na kształtowanie linii orzeczniczej w podobnych sprawach. Może też doprowadzić do sytuacji, w której przedsiębiorcy, by zabezpieczyć się na wypadek możliwych odszkodowań związanych z używaniem produktów w sposób niezgodny z przeznaczeniem, będą umieszczać najbardziej absurdalne ostrzeżenia. Tymczasem – jak przyznaje mec. Michałowski – polskie przepisy w tym względzie są już wystarczająco rozbudowane.

– Dotarły blisko granicy absurdu, którą zresztą w wielu krajach zarówno przepisy, jak i praktyka dawno przekroczyły. Zamiast więc podążać śladem ostrzegania wszystkich przed wszystkim lepiej uświadamiać, że żadne reguły wymuszane na producentach nie uchronią przed głupotą lub nieuwagą - mówi adwokat.

Wymogi to za mało

Pojawia się wreszcie pytanie, czy spełnienie wszystkich wymagań, jakie prawo przewiduje wobec danego produktu, zwalnia producenta z odpowiedzialności nie tylko karnej, ale i cywilnej.

Zdaniem Marty Tuzimek-Wiśniewskiej producent, co do zasady, nie powinien ponosić odpowiedzialności z tytułu niewystarczającego zabezpieczenia opakowania substancji niebezpiecznej, jeśli spełnia wszelkie obowiązki nałożone na niego przez przepisy prawne w tym zakresie i posiada świadectwa spełnienia norm bezpieczeństwa, wydane przez odpowiednie jednostki.

Ale i tu prof. Ewa Łętowska ma inną opinię.

– Ustawodawca nigdy nie jest w stanie wszystkiego zawrzeć w przepisach i nawet nie powinien się starać. Dlatego spełnienie wymagań szczególnych nie zwalania automatycznie z odpowiedzialności, bo niezależnie od tego istnieją jeszcze inne normy, wynikające z ogólnych reguł ostrożnościowych – mówi prof. Łętowska.

I przypomina sprawę producenta paszy dla indyków, w której stwierdzono obecność azotanów i azotynów. Wskazywał on, że produkt był zgodny z wymaganiami normy polskiej.

– W normie nie było mowy o tych związkach, bo ich tam nie powinno być w ogóle, tak samo jak np. arszeniku. Normy określają pewne wymagania, co nie oznacza, że po pierwsze, wyczerpuje to zakres ryzyka ciążącego na producencie i sprzedawcy. I po drugie, przecież zawsze można zastosować lepsze zabezpieczenia – podkreśla prof. Łętowska.

Po wypadku na butelkach kreta producent zastosował dodatkowe zabezpieczenie w postaci aluminiowej nakładki pod zakrętką.

Sąd nie może zakazać stosowania etykiet, ale może je uznać za nierozważne

Hałas pogorszył twój stan zdrowia? Masz szansę na zadośćuczynienie >>