W pierwszej połowie stycznia premier Donald Tusk, przedstawiając program walki z bezrobociem, zapowiedział, że jego elementem ma też być zmiana w podejściu do przetargów. Dziś, z uwagi na dyktat najniższej ceny, często wygrywają je firmy zatrudniające na umowy cywilnoprawne.

„Z zamówień publicznych będą korzystali ci, którzy zatrudniają na umowę o pracę. Chcemy ograniczyć przewagę firm, które budują przewagę na zatrudnianiu pracowników na różnych formach umów śmieciowych” – taki komunikat wciąż widnieje na stronie internetowej rządu.

Rządowe zapowiedzi można by bardzo szybko zrealizować, gdyż w Sejmie od kilku miesięcy trwają prace nad przygotowanym przez Marię Janyską oraz Adama Szejnfelda (oboje z PO) projektem nowelizacji ustawy – Prawo zamówień publicznych (t.j. Dz.U. z 2013 r. poz. 907 z późn. zm.). Zgodnie z nim zamawiający mógłby w specyfikacji przetargowej postawić warunek zatrudnienia na podstawie umowy o pracę. Wymóg ten dotyczyłby nie tylko generalnych wykonawców (wówczas łatwo byłoby go obejść), lecz także podwykonawców. Pod jednym warunkiem – musiałoby to być uzasadnione charakterem zamówienia.

Po styczniowej deklaracji premiera wydawało się, że sprawa jest już przesądzona. Teraz jednak okazuje się, że rząd całkowicie zmienił zdanie i już nie zgadza się na wymóg zatrudniania pracowników na etat.

Wspólne stanowisko

– Nie wiem, czym można to tłumaczyć. Nie wiem, dlaczego jednego dnia premier mówi jedno, a następnego robi co innego. Przecież dla każdego jest oczywiste, że publiczne pieniądze powinny trafiać do firm, które zatrudniają pracowników na podstawie umowy o pracę – mówi Henryk Nakonieczny z NSZZ „Solidarność”.

Niecodzienne jest to, że w tej kwestii jednym głosem ze związkowcami mówią też przedstawiciele pracodawców.

– To niebezpieczne zjawisko, gdy z jednej strony słyszymy, że rząd chce, by pracownicy zarabiali godnie, ale gdy chodzi o pieniądze wydawane z budżetu, to już zasada ta nie musi obowiązywać. A później zdarzają się oferty ze stawką godzinową 5 zł, bo i takie już widziałem – zauważa Marek Kowalski, ekspert Konfederacji Lewiatan i prezes zarządu Polskiej Izby Gospodarczej Czystości.

Czym rząd tłumaczy brak poparcia dla poselskiego pomysłu?

„Nałożenie w drodze ustawy obowiązku zatrudnienia przez wykonawcę lub podwykonawcę osób wykonujących czynności przy realizacji zamówienia na podstawie umowy o pracę należałoby traktować jako arbitralną ingerencję w sferę zachowań podmiotów gospodarczych, niedopuszczalną na gruncie przepisów konstytucji” – można przeczytać w stanowisku podpisanym przez premiera Donalda Tuska.

„Rząd wspiera poszukiwania rozwiązań prawnych zmierzających do przestrzegania prawa pracy w zamówieniach publicznych, niemniej jednak nie może poprzeć zmiany art. 29 ust. 4 w brzmieniu zaproponowanym w przedłożeniu poselskim, gdyż budzi ona wątpliwości natury konstytucyjnej oraz zgodności z prawem unijnym” – napisano w dalszej jego części.

Sprzeczne opinie

Czy rzeczywiście proponowany przepis naruszałby konstytucję? Zdaniem jego autorów nie ma o tym mowy. Co więcej, to obecna praktyka polegająca na zatrudnianiu osób pracujących przy zamówieniach jest niezgodna z prawem.

„Zgodnie z art. 22 par. 11 kodeksu pracy nie jest dopuszczalne zastąpienie umowy o pracę umową cywilnoprawną przy zachowaniu warunków wykonywania pracy. Obecna sytuacja, w której zamówienia publiczne są udzielane podmiotom omijającym nakaz z art. 22 par. 11 kodeksu pracy, jest demoralizująca” – napisano w uzasadnieniu poselskiego projektu.

Marek Kowalski dodaje do tego, że dzisiejsza sytuacja narusza zasady uczciwej konkurencji.

– Ten, kto zatrudnia na podstawie umów o pracę, nie ma szans rywalizować cenowo z konkurentem działającym w szarej strefie – przekonuje.

Koniec biurokracji w zamówieniach publicznych. Przedsiębiorcy będzie łatwiej wystartować w przetargu >>