Sąd w Poznaniu nakazał policji usunięcie z sieci popularnego nagrania, które narusza dobra osobiste pewnej kobiety. Czy zażądał niemożliwego?
Reklama
Dorota Głowacka, prawniczka Obserwatorium Wolności Mediów w Polsce Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka / Dziennik Gazeta Prawna



Pani H. zadzwoniła pod numer alarmowy policji, zawiadamiając o pożarze stogu siana. W czasie rozmowy podała swoje personalia i adres zamieszkania. Ze względu na problemy ze słuchem (jest osobą schorowaną, w sędziwym wieku) jej rozmowa z policjantem przyjmującym zgłoszenie przebiegała w utrudniony sposób. Po kilku miesiącach okazało się, że zarejestrowane nagranie, w oryginalnym kształcie, a więc zawierającym dane umożliwiające identyfikację H., zostało umieszczone przez nieustaloną osobę w internecie. Następnie pojawiło się na wielu portalach, internauci komentowali je, polecali sobie na forach.
Kobieta stała się obiektem żartów w sieci oraz wśród sąsiadów i znajomych. Wyśmiewano język, jakim posługiwała się w trakcie rozmowy z policjantem, oraz jej stan zdrowia. Do jej domu zaczęły też przychodzić pełne kpin listy. W efekcie zdecydowała się wnieść przeciwko policji powództwo o ochronę dóbr osobistych w związku z wyciekiem zapisu rozmowy do internetu (w tej sprawie Helsińska Fundacja Praw Człowieka złożyła opinię przyjaciela sądu w ramach Programu Spraw Precedensowych). Domagała się od pozwanej przeprosin w prasie lokalnej, zadośćuczynienia, a także usunięcia nagrania z sieci.
Sąd Okręgowy w Zielonej Górze uznał powództwo co do zasady, wskazując, że policja nie dopełniła obowiązku właściwego nadzoru nad nagraniem oraz nie zabezpieczyła go przed nieuprawnionym dostępem i upublicznieniem (sygn. akt I C 58/12). Nakazał przeproszenie powódki listem poleconym. Nie uwzględnił jednak jej żądań co do zapłaty zadośćuczynienia oraz usunięcia nagrania z internetu, argumentując, że portale, na których jest ono dostępne, nie należą do pozwanej i nie ma ona prawnej ani faktycznej możliwości spowodowania jego zablokowania.
Po apelacji Sąd Apelacyjny w Poznaniu zmienił wyrok na korzyść powódki (sygn. akt. I ACa 313/13). Ostatecznie nakazał publikację przeprosin w lokalnej prasie, zapłatę 40 tys. zł zadośćuczynienia, a także zobowiązał pozwaną do „podjęcia czynności mających na celu usunięcie telefonicznego nagrania [...] z portali internetowych, na których nagranie to zostało umieszczone, w tym w szczególności zwrócenie się w tym celu z odpowiednim żądaniem do właścicieli lub administratorów portali”. Sąd podkreślił, że pozostawienie nagrania w internecie powodowałoby, że „skutki naruszenia dóbr osobistych dotykałyby powódkę przez czas nieograniczony”, a wydany wyrok miałby „iluzoryczny” charakter.

Odzyskać utraconą prywatność

Sprawa pani H. przypomina, że rozpowszechnianie wypowiedzi, zdjęć czy nagrań w cyfrowej rzeczywistości może wiązać się ze szczególnym zagrożeniem dla ochrony życia prywatnego. Ten przypadek i podobne (jak choćby głośna historia policjanta, który stał się bohaterem prześmiewczych memów) dowodzą, że ofiarą naruszenia prywatności w wirtualnym świecie może stać się nie tylko osoba publicznie znana, ale praktycznie każdy, nawet ten, kto sam nie korzysta z internetu. Niewygodne treści w niekontrolowany sposób rozprzestrzeniają się w sieci, są kopiowane, utrwalane na twardych dyskach użytkowników, publikowane na kolejnych witrynach, indeksowane przez wyszukiwarki. Wymazanie danych z jednego źródła nie daje gwarancji, że nie pojawią się one za chwilę w innym miejscu. Informacja pozostaje wówczas w faktycznym obrocie, pomimo usunięcia jej z pierwotnego źródła.
Dlatego w sprawie pani H. szczególnie interesująca wydaje się kwestia wykonania wyroku w zakresie usunięcia nagrania z internetu, nawet jeśli sąd zobowiązał pozwaną jedynie do podjęcia odpowiednich działań w tym kierunku, a nie osiągnięcia rezultatu. Sąd nie określił precyzyjnie sposobu wykonania tej części orzeczenia. Nie jest jasne na przykład, czy działania policji powinny dotyczyć tylko materiałów umieszczonych w internecie w chwili wydania wyroku, czy obejmować także obowiązek monitorowania sieci i weryfikacji, czy nagranie nie zostało opublikowane – w tym samym bądź innym miejscu – ponownie.
Takie monitorowanie internetu byłoby w praktyce bardzo uciążliwe i kosztowne. Przekonał się o tym Max Mosley, były szef Formuły 1, który od kilku lat prowadzi batalię o usunięcie z sieci zdjęć i nagrań wideo ukazujących go w sytuacji intymnej. Początkowo materiały ujawnił na swojej stronie internetowej brytyjski tygodnik „News of the World”. Proces sądowy przeciwko gazecie doprowadził co prawda do usunięcia ich z tego źródła, szybko jednak pojawiły się na innych portalach. Mosley musiałby stale kontrolować sieć i wysyłać setki wezwań do administratorów stron, domagając się zablokowania kłopotliwych treści. Postanowił więc skierować powództwo przeciwko firmie Google, za pośrednictwem której większość internautów w praktyce dociera do krępujących dla niego plików. Przed sądami we Francji i w Niemczech Mosley domaga się nakazu stworzenia przez Google automatycznego filtra, który sprawi, że linki do kompromitujących fotografii i filmów nie będą ukazywać się w wynikach wyszukiwania przy jego nazwisku. Może zatem policja, dążąc do skutecznego zminimalizowania skutków naruszenia prywatności pani H., zamiast do administratorów portali, powinna się zwrócić do wyszukiwarek?

Pamięć wyszukiwarek

Nałożenie na wyszukiwarki zakazu indeksowania określonych informacji byłoby jednak wysoce kontrowersyjne. Działalność wyszukiwarek polega na budowaniu pomostu pomiędzy dostawcami treści a użytkownikami sieci. Same nie tworzą autonomicznych treści, a jedynie wskazują, gdzie można znaleźć opublikowaną już informację na żądany temat. Jednocześnie w praktyce wyszukiwarki odgrywają kluczową rolę w urzeczywistnianiu dostępu do zasobów informacyjnych internetu. W istocie powszechny dostęp do informacji w internecie opiera się właśnie na świadczonych przez nie usługach. Czy można zatem wymagać od administratorów wyszukiwarek stworzenia algorytmu, który odfiltruje z wyników wyszukiwania linki do niepożądanych treści?

Max Mosley, były szef Formuły 1, od kilku lat walczy o usunięcie z sieci zdjęć i nagrań wideo ukazujących go w intymnej sytuacji. Domaga się sądowego nakazu stworzenia przez Google automatycznego filtra treści

Z podobnym pytaniem w niedalekiej przyszłości będą musiały się zmierzyć nie tylko sądy rozpatrujące sprawę Mosleya, ale także Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie Google Spain i Google przeciwko Hiszpanii (sygn. C-131/12). Obywatel hiszpański X zażądał od Google, aby usunęła z wyników wyszukiwania odniesienie do informacji o jego niespłaconych zobowiązaniach finansowych. Informacja ta została w przeszłości opublikowana w papierowym wydaniu dziennika „La Vanguardia Ediciones”, a teraz wciąż znajdowała się na portalu gazety. Sama gazeta odmówiła usunięcia danych X ze względu na fakt, że komunikat został opublikowany na żądanie jednego z hiszpańskich urzędów. X twierdził, że sprawa jest nieaktualna i może niesłusznie obniżać jego wiarygodność biznesową.
W sporze z Google X wsparł hiszpański organ ochrony danych osobowych, nakazując usunięcie linku do strony gazety z indeksów wyszukiwarki z uwagi na prawo do bycia zapomnianym.
Najogólniej mówiąc, prawo do bycia zapomnianym (right to be forgotten) w internecie oznacza uprawnienie osób fizycznych do spowodowania usunięcia ich danych oraz zaprzestania ich przetwarzania, jeśli przestały być potrzebne do zgodnych z prawem celów. Oznacza możliwość zablokowania nie tylko bezprawnych treści, ale także informacji zgodnych z prawem, z różnych względów niewygodnych dla osób, których dotyczą. Uzasadnieniem prawa do bycia zapomnianym jest wzmocnienie kontroli jednostki nad przetwarzaniem danych osobowych w środowisku cyfrowym i tym samym ułatwienie dbałości o reputację w sieci. TSUE będzie musiał ocenić, czy na gruncie obowiązujących przepisów dyrektywy UE o ochronie danych osobowych prawo to może być w pełni zrealizowane w okolicznościach hiszpańskiej sprawy.
Na razie negatywne stanowisko w tej kwestii przedstawił w opinii do sprawy rzecznik generalny trybunału Niilo Jääskinen. Opinie rzeczników nie są dla TSUE wiążące, ale w praktyce większość orzeczeń uwzględnia zawarte w nich rekomendacje. Zdaniem Jääskinena aktualne przepisy unijnej dyrektywy nie dają podstaw do żądania od wyszukiwarek nieindeksowania informacji, przynajmniej tych legalnie umieszczonych w intrenecie. Co więcej, we współczesnym społeczeństwie informacyjnym prawo do wyszukiwania treści za pomocą wyszukiwarek stanowi jeden z najważniejszych sposobów korzystania z prawa do informacji. „Prawo to byłoby zagrożone, jeśli poszukiwanie informacji o danej osobie nie dawałoby wyników wyszukiwania zapewniających prawdziwe odzwierciedlenie odpowiednich stron internetowych, ale ich bowdlerowską wersję” – pisze Jääskinen.

Internet jak archiwum

Orzeczenie TSUE w hiszpańskiej sprawie może mieć istotne znaczenie dla przyszłych regulacji UE planowanych w ramach gruntownej reformy zasad ochrony danych osobowych. W przedstawionym na początku 2012 r. projekcie rozporządzenia, które ma zastąpić obowiązującą dyrektywę, podjęto próbę skodyfikowania prawa do bycia zapomnianym. Spotkało się to z wieloma krytycznymi komentarzami. Choć sama idea wydaje się słuszna, jej wdrożenie jest w praktyce trudne, zarówno ze względu na przeszkody natury technologicznej, jak i prawnej, związane przede wszystkim z groźbą nadmiernej ingerencji w swobodę wypowiedzi i inne chronione wartości.
Na ten ostatni aspekt zwrócił szczególną uwagę Europejski Trybunał Praw Człowieka w niedawnym orzeczeniu Węgrzynowski i Smolczewski przeciwko Polsce (skarga nr 33846/07). ETPC uznał, że o ile zasadne byłoby umieszczenie przy artykule naruszającym dobra osobiste skarżących, dostępnym w internetowym archiwum gazety, odpowiedniej adnotacji, to żądanie całkowitego wymazania takiego artykułu z sieci zmierzałoby do „cenzurowania historii”.
Wracając do kazusu pani H. – warto śledzić wykonanie wyroku w tej sprawie, aby przekonać się, na ile skutecznie uda się usunąć kłopotliwy materiał z sieci w obowiązującym stanie prawnym. Na razie, choć od wyroku minęło już kilka miesięcy, nagranie można nadal bez problemu odnaleźć i odtworzyć na wielu popularnych portalach.

Trzeba pamiętać, że we współczesnym świecie możliwość odnajdowania treści za pomocą wyszukiwarek internetowych stanowi jeden z najważniejszych sposobów korzystania z prawa do informacji

Dorota Głowacka, prawniczka Obserwatorium Wolności Mediów w Polsce Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka