Systematycznie ubywa lekarzy uprawnionych do poświadczania, iż chory nie mógł stawić się w sądzie. Dlaczego? I jak temu zaradzić?
Reklama
Bartłomiej Przymusiński, sędzia / Dziennik Gazeta Prawna
Jacek Skała prokurator, wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Prokuratorów RP / Dziennik Gazeta Prawna
Roman Nowosielski adwokat, kancelaria Nowosielski Gotkowicz i Partnerzy – Adwokaci i Radcy Prawni / Dziennik Gazeta Prawna
Lech Obara, kancelaria Lech Obara i Współpracownicy / Dziennik Gazeta Prawna
W powszechnej opinii tylko ludzie o końskim zdrowiu są w stanie dotrzeć do lekarza sądowego po to, by uzyskać zaświadczenie o swojej chorobie. Powód? Uprawnionych medyków jest za mało. Obecnie funkcję tę w całym kraju pełni zaledwie 451 osób. Tylko w drugim półroczu 2012 r. prezesi sądów okręgowych rozwiązali 25 umów o wykonywanie czynności lekarza sądowego, a zawarli tylko 7 nowych.
Z trudności zdaje sobie sprawę resort sprawiedliwości. Rozpoczęto tam prace nad nowelizacją ustawy o lekarzu sądowym, ale na początku ubiegłego roku zostały one wstrzymane. Urzędnicy uznali wówczas, że skutecznym sposobem pozyskania kandydatów na lekarzy sądowych będzie podwyższenie wynagrodzenia za wystawienie zaświadczeń i zamiast ustawy zmieniono rozporządzenie regulujące sprawy finansowe. 1 grudnia 2012 r. stawka wzrosła do 100 zł. – Przedmiotem rozważań w ministerstwie jest dalsza nowelizacja przepisów, aby zwiększyć zainteresowanie pełnieniem funkcji lekarza sądowego – podkreśla rzecznik resortu Patrycja Loose. Dodaje, że minister zobowiązał prezesów sądów okręgowych do przekazywania w okresach półrocznych informacji odnośnie do liczby umów zawartych z uprawnionymi medykami.
Na zbyt niskie wynagrodzenie skarżą się sami zainteresowani. – Sto złotych to mniej niż suma, jaką lekarz pierwszego i drugiego stopnia specjalizacji bierze za wizytę – tłumaczy lekarz sądowy z Warszawy, który chce zachować anonimowość. Zwraca przy tym uwagę na presję, jakiej poddawani są ludzie jego profesji. Po zaświadczenia zgłaszają się bowiem nie tylko potulni uczestnicy procesów cywilnych, ale również np. odpowiadający z wolnej stopy mafiosi, którzy – uznani za niewystarczająco chorych – posuwają się do gróźb. Nasz rozmówca w swoim gabinecie ma nawet gaz i kajdanki, ale odmawia odpowiedzi na pytanie, czy zrobił już z nich użytek.
Wśród postulatów, które miałyby ułatwić zarówno pracę medykom, jak i dostęp do nich, pojawia się pomysł, by lekarze sądowi przyjmowali w budynku sądu. Adwokaci chcieliby zaś, by przynajmniej jedna taka osoba przyjmowała chorych w siedzibie rady adwokackiej.
Zanim w polskim systemie prawnym pojawili się lekarze sądowi, nieobecność na rozprawie mogła być udokumentowana w postępowaniu cywilnym zaświadczeniem każdego lekarza, a sąd tylko w razie wątpliwości zlecał opinię biegłemu sądowemu. Główną ideą nowej instytucji było ukrócenie procederu wystawiania zwolnień przez nierzetelnych lekarzy, ułatwiających unikanie procesu osobom, których choroba istniała jedynie na papierze. Walcząc z patologią ustawodawca zdecydował, że sąd będzie honorował jedynie zaświadczenia wydane przez lekarzy sądowych. Ludzie ci nie dyżurują – jak się czasami sądzi – w sądach, przyjmują pod różnymi adresami, a są po prostu wpisani na specjalną listę.
Po kilku latach obowiązywania nowego systemu należy stwierdzić, że nie funkcjonuje on poprawnie. Po pierwsze, lekarzy sądowych jest za mało. Świadczy o tym choćby to, że bardzo często osoba, która chce uzyskać zaświadczenie od takiego lekarza, zmuszona jest się udać w kilkudziesięciokilometrową podróż (np. w okręgu Sądu Okręgowego w Kaliszu jest trzech lekarzy sądowych i są takie miejscowości, w których jest sąd, a nie ma lekarza sądowego na miejscu).
Przyczyną tej małej liczby jest – jak podnosi środowisko lekarskie – zbyt niska stawka urzędowa, płacona przez Skarb Państwa za wystawienie zaświadczenia. Obecnie wynosi ona 100 zł. Nie wydaje się rażąco niska, jednak odpowiedzialność związana z pełnieniem funkcji lekarza sądowego, zdaniem lekarzy, wymaga wyższej. Adwokaci i radcowie prawni również mają od lat zamrożone stawki urzędowe, ale w przeciwieństwie do nich lekarze mogą odmówić pełnienia funkcji urzędowej, stosowana przez Ministerstwo Sprawiedliwości ta sama polityka oszczędności cudzym kosztem w przypadku lekarzy sądowych prowadzi więc do niedomagania systemu. Znając trudności w dostępie uczestników postępowań do lekarzy sądowych, sędzia bardzo często staje przed dylematem: czy trzymać się ściśle litery ustawy i odrzucać usprawiedliwienia niepoparte zaświadczeniami od lekarzy sądowych czy przymknąć oko na literę ustawy i honorować także zaświadczenia od zwykłych lekarzy. Bardzo często górę bierze zdrowy rozsądek sędziego i te drugie zaświadczenia uznaje się za wystarczające zwłaszcza, gdy jest to pierwsza rozprawa. Strona postępowania jednak jest w bardzo trudnej sytuacji, bo nie wie, czy w jej sprawie sędzia uwzględni faktyczne trudności w uzyskaniu zaświadczenia , czy będzie trzymał się ściśle litery ustawy. Również dla sędziów jest to sytuacja niekomfortowa, gdyż ci, którzy nie chcą być bezdusznym automatem, nie stosują jednak zarazem dość wyraźnej normy ustawowej nakazującej im uwzględniać tylko zaświadczenia lekarzy sądowych.
Drugim problemem jest to, że lekarze sądowi często wystawiają zaświadczenia jedynie na podstawie dokumentacji sporządzonej przez innego lekarza. Niweczy to cel ustawy, bo przecież ta dokumentacja jest sporządzana przez zwykłego lekarza, który nie jest uprawniony do wydawania zaświadczeń. Ustawa daje lekarzowi sądowemu podstawę do odstąpienia od osobistego badania, gdy uczestnik procesu przebywa w szpitalu. Nie jest to rozwiązanie najszczęśliwsze, być może należałoby uzależnić tę możliwość od uzyskania zgody sądu, bo niestety wciąż zdarzają się takie postępowania, w których uczestnik trafia do szpitala zawsze przed terminem rozprawy i zdrowieje kilka dni po jej odroczeniu.
Wymogi, które przepisy stawiają lekarzom sądowym, nie są szczególnie wyśróbowane. Aby uzyskać taki status, wystarczy posiadanie prawa do wykonywania zawodu lekarza na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, zdolność do czynności prawnych, niekaralność, nieposzlakowana opinia, rekomendacja okręgowej rady lekarskiej oraz tytuł specjalisty lub specjalizacja I albo II stopnia. Swoją kandydaturę do pełnienia funkcji lekarza sądowego osoba spełniająca wyżej wymienione warunki winna zgłosić właściwej okręgowej radzie lekarskiej, która – wraz z rekomendacją – przekazuje listę nazwisk prezesowi sądu okręgowego (to on podpisuje z zainteresowanym umowę). Informacje o miejscach, dniach i godzinach przyjęć lekarzy sądowych, wraz z ich imieniem i nazwiskiem oraz numerem telefonu, wywiesza się na tablicach ogłoszeń w siedzibach sądów, a także w miejscach wykonywania zawodu lekarza przez lekarzy sądowych. Wykaz lekarzy sądowych jest prowadzony w formie pisemnej, a dodatkowo może być udostępniany w formie elektronicznej na ogólnodostępnej stronie internetowej sądu okręgowego – co w ostatnich latach stało się powszechną praktyką.
Mimo tych niewygórowanych wymagań listy lekarzy uprawnionych do wydania zaświadczenia o niezdolności do stawiennictwa przed sądem ubożeją z roku na rok. W dużych ośrodkach ograniczają się do kilkunastu pozycji. W Krakowie, gdzie działa kilka dużych sądów rejonowych rozpoznających dziesiątki tysięcy spraw, lista zawiera piętnaście nazwisk. Pamiętać należy, iż nie każdy figurujący na liście lekarz ma specjalizację umożliwiającą rozstrzyganie we wszystkich kategoriach przypadków. We wspomnianym okręgu krakowskim na liście znalazło się jedynie dwóch internistów pierwszego stopnia, przy czym jeden z nich przyjmuje w oddalonych o około 30 kilometrów Myślenicach. Lekarz, który przyjmuje w Krakowie, jest dostępny dla uczestników postępowania dwa razy w tygodniu przez dwie godziny. Biorąc pod uwagę liczbę postępowań , to stanowczo za mało.
Lekarze wystawiający takie zaświadczenia to najczęściej medycy, którzy w bliskiej perspektywie będą kończyć swoją lekarską karierę. Jeśli zastanowimy się nad źródłami tego problemu, wniosek nasuwa się wręcz oczywisty. Dopóki brakować będzie motywacji finansowej ze strony państwa, dopóty problem będzie narastał. Dziś medycy wykonujący zadania służebne wobec sądów i prokuratur otrzymują wręcz symboliczne gratyfikacje. Nie będzie dużym ryzykiem stwierdzenie, iż poziom tych wynagrodzeń nie może pozostać bez wpływu na jakość. Ta ostatnia będzie tym niższa, im mniejsza konkurencja, która jak wskazywałem wcześniej, jest zjawiskiem o charakterze marginalnym.
Zasadą jest, że zaświadczenie wystawione przez uprawnionego lekarza i przedłożone w toku postępowania usprawiedliwia nieobecność podczas czynności procesowych, które zostały zaplanowane przez dany organ. Wobec braku takiego zaświadczenia sąd lub prokurator może zastosować przewidziane w ustawie restrykcje, włącznie z najdalej idącą, czyli doprowadzeniem (najczęściej sięga się jednak po restrykcje natury finansowej). Przyjęło się także wyznaczanie przez sądy terminów do przedłożenia stosowanego zaświadczenia. Tego rodzaju sytuacje najczęściej spotykamy, gdy nieznająca przepisów strona przedstawia jedynie zwykłe zaświadczenie lekarskie. Wydaje się, że taka praktyka nie powinna obejmować podmiotów kwalifikowanych, jakimi są obrońcy, pełnomocnicy czy profesjonalni oskarżyciele. Zresztą w tym ostatnim przypadku zasada jednolitości prokuratury praktycznie do zera eliminuje ryzyko niestawiennictwa oskarżyciela z powodu choroby (byłoby to możliwe chyba tylko w odniesieniu do niewielkiej jednostki organizacyjnej, w której pracuje kilku prokuratorów). Oczywiście wobec podmiotu kwalifikowanego winny znaleźć zastosowanie wyższe standardy, bo chodzi o ludzi świadomych istnienia takich, a nie innych wymogów w zakresie usprawiedliwiania nieobecności.
W praktyce możliwe wydają się sytuacje, w których osoba chora, z uwagi na stan zdrowia nie jest w stanie udać się po stosowne zaświadczenie do uprawnionego lekarza, a dysponuje już drukiem L4 i właśnie ten dokument przedstawia organowi procesowemu. Ten ostatni powinien wówczas rozważyć, czy przedkładający zaświadczenie miał realną możliwość dotarcia do uprawnionego lekarza. Podkreślenia wymaga w tym miejscu to, iż lekarz sądowy jest zobowiązany osobiście zbadać uczestnika postępowania. Jakie są zatem obiektywne przeszkody, aby takie badanie zostało przeprowadzone? Z jednej strony mogą mieć podłoże typowo somatyczne. Jeśli lekarz pierwszego kontaktu wskaże w zaświadczeniu L4, iż elementem procesu terapeutycznego jest przebywanie w środowisku domowym, trudno wyobrazić sobie, aby uczestnik procesu, wbrew wskazaniom medycznym, udał się do uprawnionego lekarza po zaświadczenie, narażając tym samym swoje zdrowie. Błędem organu procesowego byłoby niezwrócenie uwagi na tego typu okoliczność. Druga grupa przyczyn związana jest z kwestią, o której mówiłem na wstępie, czyli niewielką dostępnością lekarzy. Weźmy tu dla przykładu wspomnianą już sytuację z dostępnością uprawnionego medyka jedynie w dwa wyznaczone dni tygodnia. Jeżeli świadek wie od dłuższego czasu, iż termin rozprawy, na który otrzymał wezwanie, został wyznaczony na poniedziałek, a zachoruje w czwartek, podczas gdy uprawniony lekarz jest najwcześniej dostępny we wtorek, to uzyskanie zaświadczenia jest z przyczyn organizacyjnych po prostu niemożliwe.
Stąd jako w pełni usprawiedliwione jawią się dwa postulaty. Pierwszym z nich jest zbudowanie systemu powszechnej dostępności do lekarzy uprawnionych do wydania zaświadczenia usprawiedliwiającego nieobecność na rozprawie sądowej i prokuratorskim przesłuchaniu. Drugi z postulatów jest adresowany do samych organów procesowych, aby nie zapominały o istniejących uwarunkowaniach i podejmując decyzje w zakresie oceny charakteru nieobecności , brały pod uwagę nie tylko ograniczenia organizacyjne , ale również obiektywny brak możliwości stawiennictwa przed oblicze usprawnionego lekarza ze względów czysto zdrowotnych.
Jest jeszcze trzeci postulat, który należałoby zaadresować do rządzących. Nie powinni oni tracić z pola widzenia tego, że odpowiadają za sprawne funkcjonowanie całego wymiaru sprawiedliwości, które nie jest możliwe bez profesjonalnej w sensie organizacyjnym służby lekarzy.
Z perspektywy ponad 5 lat obowiązywania omawianych regulacji można ocenić, że ich surowość i uciążliwość dla uczestników postępowania sądowego są w znacznej mierze pozorne.
Przepis art. 2141 k.p.c. reguluje niestawiennictwo w sądzie z powodu choroby i dotyczy tylko usprawiedliwiania nieobecności na rozprawie, która się odbyła (tj. nie została odroczona). Nie ma zastosowania do sytuacji, w której strona lub pełnomocnik pragnie dopiero odroczyć zbliżającą się rozprawę, uzasadniając ten wniosek chorobą lub innego rodzaju niezdolnością do udziału w czynnościach sądowych. Taki przypadek uregulowany jest bowiem w osobnym przepisie, mianowicie w art. 214 kodeksu postępowania cywilnego. Stanowi on, że rozprawa ulega odroczeniu m.in. wtedy, gdy nieobecność strony jest wywołana nadzwyczajnym wydarzeniem lub inną znaną sądowi przeszkodą, której nie można przezwyciężyć. Innymi słowy zatem, jeżeli strona postępowania uprawdopodobni, iż choroba uniemożliwia bądź przynajmniej utrudnia jej stawienie się na wezwanie sądu, to już sam ten fakt w większości przypadków będzie stanowił dla sądu wystarczający powód, by odroczyć rozprawę. Oczywiście wniosek o odroczenie rozprawy będzie miał większą szansę na uwzględnienie, jeżeli strona poprze go stosownym zaświadczeniem wystawionym przez lekarza sądowego; przedłożenie takiego zaświadczenia nie jest jednak bezwzględnie konieczne. Zagadnienie to było zresztą przedmiotem rozważań Sądu Najwyższego, który w wyroku z 11 marca 2011 r. w sprawie o sygn. akt V CSK 302/10 wyraźnie podkreślił, że zaświadczenie lekarza sądowego nie musi być dołączone do wniosku strony o odroczenie rozprawy z powodu choroby, chociaż jego przedłożenie na tym etapie byłoby pożądane.
W tym samym wyroku SN stwierdził, iż zaświadczenie lekarza sądowego potwierdzające niemożność stawienia się na wezwanie lub zawiadomienie sądu może być wystawione zarówno przed dniem rozprawy, jak i po tym dniu; w tym ostatnim przypadku wystarczy przedłożyć zwykłe zaświadczenie lekarskie z informacją o terminie umówionej wizyty u lekarza sądowego.
Wady tej regulacji regulacja wynikają jednak nie tyle z samej redakcji art. 2141 k.p.c. i ustawy z 15 czerwca 2007 r. o lekarzu sądowym (Dz.U. z 2007 roku nr 123, poz. 849 z późn. zm.), lecz bardziej – z niedostatecznego ich przestrzegania. Przykładowo, sąd z reguły nie ma pewności, czy osoba przedstawiająca zaświadczenie lekarskie rzeczywiście została zbadana przez lekarza sądowego, czy też badanie to ograniczyło się jedynie do analizy dokumentacji lekarskiej. Zważyć jednak należy, że przepis art. 11 ustawy o lekarzu sądowym wyraźnie stanowi, iż zaświadczenie może być wystawione dopiero po uprzednim osobistym zbadaniu uczestnika postępowania i po zapoznaniu się z dostępną dokumentacją medyczną. Jeżeli zaś sąd poweźmie w tej mierze jakiekolwiek wątpliwości, to przepisy ustawy zezwalają mu na podjęcie niezbędnych czynności sprawdzających, a w skrajnych przypadkach – nawet na wstrzymanie wypłaty należnego lekarzowi sądowemu wynagrodzenia. Wynosi ono 100 zł od każdego wystawionego zaświadczenia, co wydaje się być kwotą niewygórowaną – z perspektywy prawnika trudno jednak ocenić, czy samo podniesienie tej stawki spowodowałoby wzrost liczby chętnych do pełnienia funkcji lekarza sądowego .
Dlatego uważam, że nie obowiązujące przepisy wymagają zmiany, lecz sposób ich stosowania i przestrzegania, tym bardziej, iż pozornie rygorystyczne brzmienie przepisu art. 2141 k.p.c. jest w rzeczywistości w znacznej mierze łagodzone przez orzecznictwo i praktykę.
Ustawa o lekarzach sądowych nie spełniła pokładanych w niej nadziei i to nie tylko dlatego, że dostęp do owych lekarzy jest utrudniony. W niektórych procedurach jej przepisy nie znajdują zastosowania, np. w kodeksie postępowania w sprawach o wykroczenia, kodeksie karnym skarbowym i ustawie o postępowaniu w sprawach nieletnich, co uważam za błąd legislacyjny wymagający naprawy. Oczywiście jednak podstawowym problemem jest to, że zbyt mała liczba lekarzy oznacza, iż uczestnicy postępowań mogą zostać pozbawieni realnej możliwości uzyskania i przedłożenia stosownego zaświadczenia. Niechęć do pełnienia funkcji lekarza sądowego wiąże się przede wszystkim z niskimi zarobkami. Od 12 listopada 2012 r. kwota za wydanie każdego zaświadczenia wzrosła z 80 zł do 100 zł. Często jednak ustalenie niezdolności do stawiennictwa przed sądem wymaga rzetelnej i czasochłonnej analizy obszernej dokumentacji medycznej, skierowania pacjenta do specjalisty czy przeprowadzenia dodatkowej diagnostyki. Niewielu lekarzy godzi się więc na takie wynagrodzenia.
Kolejnym problemem jest nierzetelne podchodzenie niektórych lekarzy do pełnienia czynności. Ustawodawcy chodziło o to, by zaświadczenia były wydawane jedynie w przypadkach, gdy stawiennictwo uczestnika postępowania w sądzie rzeczywiście narażałoby jego zdrowie lub życie na niebezpieczeństwo. Ale zdarza się odraczane są terminy rozpraw z powodu błahych chorób, powodujących jedynie dyskomfort i gorsze samopoczucie danej osoby. Ustawa wymaga więc zmian, które urzeczywistniłyby jej założenia.