Wyrównanie obciążenia pracą sędziów, racjonalne wykorzystanie kadry orzeczniczej, a w efekcie szybsze postępowania sądowe i mniejsze zatory w sądach. Takie obietnice składał minister sprawiedliwości, podpisując rozporządzenie w sprawie zniesienia niektórych sądów rejonowych (Dz.U. z 2012 r. poz. 1121). Zaczęło ono obowiązywać 1 stycznia 2013 r. Jego skutkiem było przekształcenie 79 mniejszych sądów rejonowych w wydziały zamiejscowe większych jednostek.

Co tak naprawdę zmieniła głośna reforma Gowina? Po pół roku od jej wprowadzenia w życie, sądząc po rozmowach z prezesami sądów, które przejęły zlikwidowane jednostki – niewiele. Ani obywatele, ani sędziowie nie odczuli skutków reorganizacji. Ci pierwsi dlatego, że ich sprawy nadal toczą się w takim samym tempie, jak przed 1 stycznia a ci drudzy, bo reforma nie wpłynęła na zwiększenie komfortu ich pracy.

Niezbyt zadowoleni są natomiast prezesi sądów przejmujących. Bo zamiast większej swobody w wykorzystaniu kadry orzeczniczej, de facto otrzymali większe kłopoty w zarządzaniu.

Bez potrzeby, bez sensu

Jednym z argumentów za przeprowadzeniem reorganizacji miało być wyrównanie obciążeń pracą między sędziami. Problem zbyt dużych obowiązków sędziów wielkomiejskich, przy jednoczesnym niedociążeniu ich kolegów z mniejszych jednostek, znany jest od lat. Tyle tylko że z góry było wiadomo, że reforma Gowina nic w tej kwestii nie zmieni. Od samego początku mówił o tym m.in. Stanisław Dąbrowski, I prezes Sądu Najwyższego. A wszystko dlatego, że resort sprawiedliwości – w większości przypadków – po prostu połączył dwa równorzędne sądy. I to zarówno jeśli chodzi o wpływ spraw, jak i liczbę sędziów.

– Likwidacja i połączenie małych sądów rejonowych niewiele zmieni. Gdyby te sądy przyłączyć do Warszawy a sędziów do sądu warszawskiego, zmieniając ich miejsce orzekania, to z pewnością to by odciążyło stolicę. Natomiast połączenie dwóch małych sądów niewiele daje, gdyż z reguły one orzekają na bieżąco. Tam na sprawę czeka się miesiąc. Z połączenia dwóch dobrze działających sądów może jedynie wyniknąć chaos i zamęt organizacyjny. To nie ulży sądom warszawskim – zapowiadał prezes Dąbrowski.

Jak się okazuje, jego słowa okazały się prorocze.

– Reorganizacja nie przyniosła ani pozytywnych rezultatów, ani nie stworzyła nadmiernych problemów, jeżeli chodzi o sprawy orzecznicze. Nic żeśmy nie zyskali, nic nie straciliśmy – przyznaje Dorota Cyba-Prill, prezes Sądu Rejonowego w Inowrocławiu, który 1 stycznia przejął Sąd Rejonowy w Mogilnie.

Podobnie reformę ocenia Bartosz Łapiński, wiceprezes Sądu Rejonowego w Szubinie, do którego dołączono SR w Żninie i SR w Nakle nad Notecią.

– Reorganizacja niemal nic nie zmieniła – mówi wiceprezes Łapiński.

I dodaje, że w ich przypadku doszło właśnie do takiej kuriozalnej sytuacji, o której mówił Stanisław Dąbrowski.

– Sąd w Szubinie nie był sądem większym od sądu w Nakle – to były jednostki równorzędne o takiej samej liczbie etatów sędziowskich. Co zadecydowało o tym, żeby jednostki w Nakle i Żninie przyłączyć do Szubina? O to trzeba by zapytać Ministerstwo Sprawiedliwości. Być może względy geograficzne, bo Szubin jest w środku, a Nakło i Żnin leżą na obrzeżach – zgaduje wiceprezes.

Podobne odczucia mają prezesi i innych sądów, z którymi udało nam się porozmawiać.

Dlaczego należało przeprowadzić reorganizację

Dlaczego należało przeprowadzić reorganizację

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Braki kadrowe

Reorganizacja miała dać im nową broń w walce z zatorami, czyli uelastycznić politykę kadrową w sądach. A to dzięki temu, że szefowie tych sądów, które przejęły po 1 stycznia 2013 r. zniesione jednostki, dysponują teraz większą liczbą sędziów orzekających. Mogą więc rozsyłać ich stosowanie do potrzeby do wszystkich jednostek, którymi kierują. I tak też się dzieje. Tak naprawdę to jednak nie rozwiązało problemu braków kadrowych.

– Z wydziału ksiąg wieczystych w Puławach został przesunięty referendarz do orzekania w zamiejscowym wydziale ksiąg wieczystych w Rykach. Tego bowiem wymagała sytuacja – tam były w chwili przejęcia bardzo duże zaległości w załatwianiu wniosków. Oczywiście odbyło się to kosztem spraw toczących się w wydziale ksiąg wieczystych w Puławach – przedstawia sytuację Danuta Wolska, prezes SR w Puławach, który przejął SR w Rykach.

Podobnie jest w SR w Szubinie.

– W chwili obecnej jest taka sytuacja, że to sędziowie szubińscy wspierają orzeczniczo wydziały zamiejscowe w Żninie. Tak więc sąd przejmujący stał się wypożyczalnią sędziów dla wydziałów zamiejscowych. To trochę kuriozalne, gdyż pracy w macierzystych jednostkach im przecież nie ubyło – zaznacza Bartosz Łapiński.

Dodaje, że nie taki był cel reorganizacji. To większe jednostki, bardziej obciążone pracą, miały przecież otrzymać wsparcie orzecznicze.

Prezesi zwracają też uwagę na to, że bez dodatkowych ruchów ze strony resortu sprawiedliwości reforma nie mogła się udać.

– Być może, gdyby była pełna obsada i zostałaby spełniona obietnica Ministerstwa Sprawiedliwości, że będą przydzielani asystenci i referendarze, to miałoby to ręce i nogi. Niestety, jest dokładnie odwrotnie: MS zatrzymuje etaty referendarskie – w naszym przypadku mamy dwa takie zamrożone etaty. Coraz dłuższa jest też procedura mianowania sędziów – podkreśla Andrzej Żuk, prezes SR w Jeleniej Górze, który przejął SR w Kamiennej Górze.

W przypadku tych jednostek reorganizacja także nie przyniosła zakładanej poprawy.

– Jeżeli chodzi o wydziały zamiejscowe, to wsparcie przez tamtych sędziów jednostki macierzystej jest fikcją, z uwagi na to, że oni również mają dużo obowiązków. I gdyby powierzyć im obowiązki orzecznicze w Jeleniej Górze, to z kolei ucierpiałyby na tym sprawy prowadzone w wydziałach zamiejscowych – wyjaśnia prezes Żuk.

Trudniejsze zarządzanie

Nie można jednak twierdzić, że reforma nic nie zmieniła. Tyle że są to zmiany na gorsze.

– Mamy trochę kłopotów, jeżeli chodzi o kwestie administracyjne – przyznaje Danuta Cyba-Prill.

Dużo kwestii wydziały zamiejscowe muszą konsultować z SR w Inowrocławiu, bo tam jest centrum zarządzania.

– Oczywiście są e-maile, faksy, ale pewne rzeczy muszą być załatwiane na piśmie, muszą być złożone podpisy i pieczęcie – mówi prezes Cyba-Prill.

Największy problem stanowi egzekwowanie należności sądowych. – Sąd Najwyższy wielokrotnie wypowiadał się, że prezes nie może umocować sędziego do podpisywania poleceń egzekucyjnych, więc te dokumenty są tu przywożone z Mogilna, po czym wracają do wydziału zamiejscowego – tłumaczy sędzia.

Na wydłużenie obiegu dokumentów skarży się także Bartosz Łapiński.

– Wszystkie kwestie związane choćby z księgowością Nakło i Żnin muszą wysyłać do Szubina, żeby uzyskać akceptację np. dla jakiegoś rachunku dla biegłego. A to jest wymagane przed wydaniem postanowienia przez sąd – podaje przykład prezes.

Wożenie dokumentów

Zmiany wpłynęły też znacząco na sytuację pracowników zreformowanych jednostek.

– Z oddziału administracyjnego i finansowego, które zostały zlikwidowane z dniem 1 stycznia 2013 r., nie pojawiła się możliwość przesunięcia tych wszystkich etatów do sekretariatów wydziałów zamiejscowych, bowiem dwa etaty urzędnicze zostały zabrane. I to rodzi problemy – przyznaje prezes puławskiego sądu Danuta Wolska.

W efekcie pracownicy wydziałów w Puławach są oddelegowywani czasowo do wykonywania czynności w wydziałach w Rykach.

– Wystawiamy im delegacje – mówi sędzia.

A to generuje dodatkowe koszty w działalności sądu: odległość między Puławami a Rykami wynosi 30 km.

Z kolei Andrzej Żuk zwraca uwagę na kolejny problem.

– Akta i dokumenty wożone są między sądami przez pracowników sądów ich prywatnymi samochodami. I to nie jest zbyt bezpieczne – podkreśla prezes SR w Jeleniej Górze, od której wydział zamiejscowy w Kamiennej Górze oddalony jest o 37 km.