Procesy z krzywdą ludzką w tle wymagają od sędziów czegoś więcej niż zastosowania właściwego paragrafu. Bez odnowy w sądach i systemu do obsługi wyższych odszkodowań nie ma mowy o sprawiedliwości
Jerzy Naumann, adwokat / Media / materialy prasowe
Teresa Mróz, sędzia Sądu Apelacyjnego w Warszawie / DGP
Przed Sądem Okręgowym w Gdańsku rozpoczął się w ubiegłym miesiącu proces o wypłatę odszkodowania, zadośćuczynienia i renty dla Christiny Hedlund, która w 2010 r. przyjechała z rodzinnej Szwecji do Pomorskiego Centrum Traumatologii, by poddać się operacji plastycznej powiększenia piersi przed planowanym ślubem. Po tym zabiegu zapadła w śpiączkę, a obecnie jest w stanie wegetatywnym. „Mama” – to jedno z nielicznych słów, które jest w stanie wypowiedzieć. Rodzina młodej Szwedki żąda od szpitala 6 mln zł.
Jeśli sąd przyzna taką sumę, będzie to najwyższe zasądzone w Polsce odszkodowanie od szpitala. Prawnicy dostrzegają, że kwoty odszkodowań są coraz wyższe, choć jeszcze nie ma powodów do odpalania fajerwerków. Sądy zbyt kurczowo trzymają się bowiem bezpiecznego podejścia: sprawdzimy, ile poprzednio w podobnych sprawach dali i damy mniej więcej tyle samo. A takie same mogą być dwie monety pięciozłotowe, ale nie dwie krzywdy ludzkie.
W procesach odszkodowawczych nie chodzi jednak o to, żeby rozbić bank i wyjść na plus. Zmarnowanego życia nie przywróci nawet najbardziej zawrotna kwota. Chodzi tak naprawdę o to, żeby sprawiedliwość się dokonała, czyli by osoba poszkodowana uzyskała tyle, aby sama nie musiała płacić za krzywdę, której doznała. To sprawca powinien bać się wyroku, a nie ofiara. Bez właściwego podejścia sędziów, nieobarczonych naleciałościami z poprzedniego systemu, który spychał człowieka na dalszy plan, o sprawiedliwości nie może być jednak mowy. Efekt jest wręcz odwrotny: poszkodowany obrywa ponownie, tym razem od instytucji, w której szuka pomocy.
Problem jest jednak znacznie szerszy. Trudno bowiem starać się o to, by niwelować różnice dzielące nas od innych państw europejskich, także w kwestiach związanych z wymiarem sprawiedliwości, gdy podzielona Polska zajęta jest walczeniem między sobą na własnym podwórku. Można uznać: to też jakaś droga. Szkoda tylko, że bardziej w kierunku wschodnim niż zachodnim. Wincenty Styś kiedyś powiedział : „ Każdy się czasem spóźnia, ale najczęściej sprawiedliwość”.
Tak więc czekamy.

Ile jeszcze wody musi upłynąć, aby sądy zaczęły przyznawać poszkodowanym takie kwoty, dzięki którym nie będą czuli się powtórnie ofiarami – tym razem wymiaru sprawiedliwości?

Przede wszystkim muszą przeminąć pokolenia sędziów, którzy zostali wykształceni w poprzednim systemie, a więc w określonej aparaturze pojęciowej, zdobywając naznaczone tamtymi realiami doświadczenie życiowe. Uczyli się, dorastali i żyli w konkretnych realiach, wyrabiając w sobie rozmaite nawyki myślenia i oceniania. Ci sędziowie, jak i my wszyscy – nolens volens – do tamtej przeszłości nawet bezwiednie się odwołują. Trudno więc robić im z tego zarzut. Tak działa ludzka psychika. Nowe pokolenia sędziów wzrastają zaś od początku w innej aksjologii prawa i innych warunkach społeczno-ekonomicznych. Te czynniki, a także ciągły rozwój demokracji, będą więc kształtować w nich poglądy i postawy, które wydają się dziś naturalne. Trzeba zatem o tym problemie mówić w perspektywie pokoleń, a nie lat.

Dwa lata temu zakończyła się batalia sądowa o odszkodowanie dla rodziny chłopca, który trafił do szpitala na wycięcie migdałków, a wyszedł z niego z uszkodzeniem mózgu. Sąd I instancji przyznał rodzicom 2,4 mln zł, ale II instancja obniżyła tę kwotę do 750 tys. zł. Jak wytłumaczyć taką rozbieżność orzeczeń?

Walczy stare z nowym w bólach, a to są wióry, które lecą przy okazji rąbania drewna. Proces cywilny zupełnie się rozjechał. Dowodem tego są właśnie tak skrajnie różne rozstrzygnięcia wydawane przez sądy orzekające w II instancji. Coraz częściej podejmują się rozstrzygania sprawy co do jej istoty. W efekcie, to właśnie w instancji odwoławczej dochodzi tak naprawdę do rozstrzygnięcia pierwszoinstancyjnego, od którego nie ma już odwołania. Postępowanie kasacyjne jest bowiem nadzwyczajnym instrumentem i samo jego uruchomienie jest trudne i odległe w czasie. Sądownictwo staje się zatem coraz bardziej jednoinstancyjne. To zła droga i stawia ona pod znakiem zapytania konstytucyjność tej formy procesu cywilnego. Coraz częściej spotykana diametralna rozbieżność pomiędzy rozstrzygnięciami sądów I i II instancji fatalnie wpływa na zaufanie obywateli do sądów i prawa jako takiego. Wychodzi na to, że sędziowie pierwszej instancji nagminnie się mylą i naruszają co i rusz procedurę. A przecież tak nie jest.

Dokąd nas doprowadzi upadek znaczenia wyroków sądów orzekających w I instancji?

Może to doprowadzić do podkopania zaufania do wymiaru sprawiedliwości w najgłębszym sensie. Wyjdzie bowiem na to, że jeden z trzech najważniejszych instrumentów władzy państwa nie realizuje swojej naczelnej zasady, jaką jest wymierzanie sprawiedliwości. Jeżeli zaś ludzie przestaną ufać sądom, demokracja będzie zagrożona.

Wróćmy do kazusu. Sąd, obniżając przyznaną początkowo kwotę, kierował się sumami, które zasądzono wcześniej w podobnych sprawach. Dobrze zrobił?

Od stworzenia wszechświata zapadło już wiele wyroków, więc istnieje tendencja zwrócenia się w tym kierunku porównawczo. Jednak jest to szalenie ryzykowne podejście. W końcu każdy sędzia rozstrzyga w indywidualnej sprawie indywidualnego człowieka. Ludzie są do siebie podobni, ale nie ma dwóch takich samych osób. Różnimy się choćby w przeżywaniu bólu i skuteczności wychodzenia z traumy. Gdy zatem stan faktyczny jest identyczny, czynnikiem odróżniającym od siebie sprawy jest właśnie sfera przeżyć psychicznych konkretnej osoby. Oglądając się zaś na zapadłe już orzeczenia, łatwo jest zgubić coś, co jest istotą konkretnej sprawy: indywidualny człowiek jako podmiot, a nie element procedury sądowej.

Ruszył kolejny głośny proces o odszkodowanie. Tym razem chodzi o 6 mln zł dla Szwedki, która zapadła w śpiączkę po operacji plastycznej. Padnie wyrok zasądzający rekordową kwotę?

Nie jestem przekonany, czy należy patrzeć na taką sprawę w kategoriach rekordów. Właściwe spojrzenie sprowadza się raczej do tego, aby osoba, która doznała krzywdy, dostała to, co jej się należy. Konieczne jest więc przewartościowanie pewnych pojęć. Jeżeli tego się dokona i jednocześnie stworzy niezbędny system do obsługi wyższych odszkodowań, to zasądzane kwoty powinny pójść znacząco w górę. Wtedy przyznanie 6 mln zł za stracone życie przestanie być kwotą szokującą.

Jak ten system mógłby działać?

Stanowiłby zaplecze ekonomiczne dla jednostek, które są pozywane po to, by w uzasadnionych przypadkach mogły wypłacić kwotę, która nie doprowadzi ich do ruiny. Myślę o rozmaitych formach asekuracji i reasekuracji. Przykładem mogą być banki. Istnieje Związek Banków Polskich i rozmaite fundusze, na które banki się składają w ramach obowiązku prawnego, właśnie na wypadek popadnięcia przez któryś z nich w poważne tarapaty finansowe. Dziś przez brak takiej formy sędziowie stają przed dylematem w przypadku takich roszczeń przeciwko szpitalowi. W konsekwencji, nawet jeżeli żądanie jest uzasadnione, a będzie skutkowało upadkiem szpitala, to sędzia nie może nie brać takich skutków pod uwagę. Stwierdzi więc, że kwota dochodzona jest co prawda uzasadniona, ale nie może jej zasądzić z innych przyczyn.

Jakie znaczenie dla finału sprawy powinno mieć to, że odszkodowanie wypłacić ma Skarb Państwa?

To bardzo skomplikowana kwestia. Zapominamy, że Skarb Państwa to de facto redystrybuowane pieniądze ogółu obywateli. To nie jest jakiś osobny, wydzielony biznes. Pieniądze zasądzane od SP są więc tak naprawdę, choć w uproszczeniu, zasądzane od wszystkich obywateli. Właśnie dlatego należałoby stworzyć system do obsługi roszczeń. Być może SP powinien mieć w tym udział, ale na pewno nie jako substytut generalny, który wchodzi w rolę dyrekcji kopalni i przejmuje na siebie wypłatę wielkich odszkodowań rodzinom osób poszkodowanych w katastrofie górniczej.

Obecnie nie dość, że po drugiej stronie stoi Skarb Państwa, to jeszcze mamy kryzys. Sędzia powinien z tej racji odjąć jedno zero na końcu zasądzanej kwoty?

Jeżeli rozstrzygnięciem sądu Skarb Państwa miałby zostać poważnie dotknięty, to zderza się tu wiele racji. Udzielenie jednej, szybkiej odpowiedzi jest nieodpowiedzialne i niezwykle trudne. Skarb Państwa ucieleśnia interesy wszystkich obywateli. Nie można prezentować pruskiego myślenia o prawie i wydawać rozstrzygnięć zgodnych z literą prawa, ale nieuwzględniających żadnych innych okoliczności. W pozostałych sprawach, które nie stwarzają większego zagrożenia dla interesu państwa, nadmierną ostrożność sądów powinno się przezwyciężać.

Gdzie mogą pojawić się trudności przy dochodzeniu odszkodowania?

Sądy mają zbyt restrykcyjne podejście w kwestii ścisłego udowodnienia wszystkich aspektów szkody. Tak więc nie wystarczy, że strona powie, że jeździła do szpitala taksówkami. Sądy będą się domagać jeszcze przedstawienia rachunków. Inaczej taka pozycja w żądaniu odszkodowawczym przeważnie nie zostanie uwzględniona. Sam nie wiem, czemu pokutuje podejście braku wiary sędziów w zeznania osób, które składają je na okoliczności wynikające przecież z doświadczenia życiowego, a nie unikalne. Samą krzywdę trudno jest przełożyć na pieniądze?
To są sprawy wyjątkowo indywidualne. To samo zdarzenie u różnych osób może wyrządzić krzywdę o różnym natężeniu. Dla przykładu: może się zdarzyć, że zgwałconej kobiecie uda się wyprzeć z pamięci to straszliwe wspomnienie i nie będzie ono miało większego wpływu na jej dalsze życie, ponieważ ma silną strukturę psychiczną. Innej to przejście zapadnie tak głęboko w psychikę, że położy się głębokim cieniem na całym jej dalszym życiu, które okaże się zmarnowane. Sądy nie powinny więc oceniać dwóch przypadków identycznie.

Trudno udowodnić rozmiar tej krzywdy?

Tak. Zwłaszcza że sędziowie bronią się przed uleganiem własnym emocjom. Uważają, że to ich oddala od wymierzania sprawiedliwości. Tymczasem krzywda i zadośćuczynienie za nią jest wpisana w oddanie sprawiedliwości. Czym innym jednak są emocje, a czym innym wyobraźnia, która pozwala sędziemu wczuć się w pełni w sytuację drugiego człowieka. Jest to trudne zarówno dla sędziego, jak i adwokata, a także jego klienta. Czasem chodzi wręcz o rzeczy trywialne. Zdarza się, że poszkodowany zeznaje przed sądem i jego reakcja na stres powoduje, że zaczyna się zachowywać niepoważnie. To, jak postępuje przed sądem, staje w sprzeczności z tym, co adwokat zawarł w pozwie. W takim przypadku pozostaje liczyć na doświadczenie życiowe sędziego, który wie, że niektórzy ludzie w obliczu zagrożenia zachowują się nieadekwatnie do sytuacji. Doświadczony sędzia pominie więc ten aspekt i nie pozwoli, aby on oddziaływał na treść orzeczenia. Przedstawienie swojej krzywdy w sądzie wymaga zatem sporo umiejętności, ale i szczęścia.

W USA sądy nie mają problemu z przyznawaniem wysokich kwot. Kilkadziesiąt milionów dolarów odszkodowania to przesada?

Zdecydowanie. Wszystko powinno obracać się przecież w realiach. Kwota 100 mln dolarów jest zaś kompletnie oderwana od rzeczywistości przeciętnej osoby poszkodowanej. Nie byłaby oczywiście oderwana od realiów tego, kto zarabia 30 mln dolarów rocznie, ale takich ludzi jest mało, a tak wysokie kwoty są zasądzane na rzecz zwykłych ludzi, nie milionerów. Władza sędziego w Stanach Zjednoczonych jest jednak tak wielka, że może przyznać tyle, ile chce. W efekcie, niektóre rozstrzygnięcia są absurdalne. Pieniądz stał się wyznacznikiem szczęścia i powodzenia.

Przy amerykańskich procesach odszkodowawczych, gdzie w grę wchodzą wielomilionowe kwoty, sztab ludzi pracuje nad zbieraniem dowodów, w tym aby podważyć wiarygodność drugiej strony. Nawet jeśli jest to zgodne z literą prawa, budzi wątpliwości etyczne. W Polsce też już mamy z tym do czynienia?

W tym kierunku to idzie. Nie jesteśmy w końcu etycznie bardziej poprawni niż inne społeczeństwa.

Jaki jest największy błąd sądów orzekających w takich sprawach?

Rutyna. Sędziowie powinni pamiętać o swojej funkcji, jaką pełnią w społeczeństwie. Nie są urzędnikami. Obywatel nie oczekuje od sądu załatwienia swojej sprawy. W sądzie ma być wymierzona sprawiedliwość, a to wielkie oczekiwanie społeczne i wielka nadzieja. Oddanie sprawiedliwości, pośród bardzo wielu aspektów, oznacza pochylenie się nad indywidualnym losem jednostki, i to w taki sposób, że ona to odczuwa i docenia.

Na początku tego roku sędziowie w Wuppertalu przyznali ofierze gwałtu zadośćuczynienie w wysokości 100 tys. euro. Jak bardzo kwoty zasądzane przez Polskie sądy odbiegają od tych, jakie zasądzają inne państwa?

Zauważalna jest w orzecznictwie sądów polskich tendencja do zasądzania coraz wyższych sum tytułem zadośćuczynienia. Kwoty przyznawane przez polskie sądy nie są – moim zdaniem – rażąco niskie na tle kwot, jakie zasądzają inne sądy w krajach europejskich, głównie Europy Zachodniej. Nie jest bowiem możliwe dokonanie oceny, czy np. zdrowie ludzkie warte jest 250 tys. zł czy milion zł. Nie da się przeliczyć na pieniądze cierpień fizycznych i psychicznych spowodowanych np. uszczerbkiem na zdrowiu będącym skutkiem błędu lekarskiego.

Obcinanie żądań zawartych w pozwie to stała praktyka polskich sądów?

Sąd nie zawsze obniża żądane sumy. Stara się dokonać oceny roszczenia co do jego wysokości , mając na uwadze okoliczności sprawy. Zdarzyć się może tak, że strona domaga się np. 200 tys. zł, a sąd uważa, że okoliczności sprawy uzasadniałyby przyznanie nawet 300 tys. zł, ale związany jest wysokością określoną w pozwie. Pokrzywdzonemu zasądzone zatem zostanie 200 tys. zł. Strony nawet się nie dowiedzą o tym, że sąd byłby skłonny przyznać i więcej, ponieważ sąd nie ujawnia tego stanowiska, czy to w uzasadnieniu ustnym czy pisemnym. Zasądzając całą dochodzoną przez powoda kwotę zadośćuczynienia, sąd uzasadni swoje rozstrzygnięcie odpowiedniością żądanej kwoty, brakiem jej wygórowania.

Jak więc wycenić krzywdę, której nie da się przeliczyć na konkretną sumę, czyli co sąd bierze pod uwagę, ustalając wysokość zadośćuczynienia np. dla ofiary gwałtu?

Nie da się wyrównać za pomocą pieniędzy szkody niemajątkowej. Można ją jedynie złagodzić. Każda sprawa jest jednak inna. Nie sposób więc powiedzieć, że w określonych kategoriach spraw należy przyjąć jakieś konkretne kryteria ustalania wysokości zasądzanej kwoty. W sprawach dotyczących gwałtu chodzi o cierpienie fizyczne, ale i – przede wszystkim – krzywdę psychiczną osoby zgwałconej. Należałoby zatem wziąć pod uwagę poczucie wstydu, skrępowania, reakcje najbliższego środowiska, które mogłyby wywołać dodatkowe negatywne przeżycia, ale też np. utratę pracy czy brak propozycji zawodowych, jeżeli jest to wynikiem negatywnej oceny tej osoby w środowisku. Sąd ocenia też ujemne skutki, które mogą wystąpić w przyszłości, takie jak konieczność długoletniej opieki psychologicznej czy psychiatrycznej.

Z przepisów te kryteria nie wynikają...

Wskazówką jest doktryna i orzecznictwo sądów powszechnych i Sądu Najwyższego, które ogólnie zakreśla kryteria, jakie powinny być brane pod uwagę przy zasądzaniu zadośćuczynienia. Najważniejsze z nich to: jakiego rodzaju dobro osobiste zostało naruszone, jaki jest rozmiar krzywdy, intensywość naruszenia, stopień negatywnych konsekwencji dla osoby, którą spotkała krzywda, nieodwracalność skutków czynu, stopień winy sprawcy. Sąd musi jednak wziąć także pod uwagę sytuację osobistą i majątkową sprawcy. Kwota zasądzonego zadośćuczynienia powinna być bowiem realna do spełnienia przez obowiązanego.
Sędziom czasem trudno jest powstrzymać emocje, choć starają się oczywiście ich nie okazywać i kierować się wyłącznie obiektywnymi przesłankami

Jaką rolę odgrywają w tych procesach emocje sędziego?

Sąd to konkretne osoby, które cechuje różny stopień wrażliwości. Nie można uniknąć wpływu osobistej wrażliwości sędziego orzekającego na zasądzane kwoty zadośćuczynienia. Sędziom czasem trudno jest powstrzymać emocje, choć starają się oczywiście tego nie czynić i kierować obiektywnymi przesłankami. Kryteria ustalone przez orzecznictwo tak naprawdę pozostawiają mało miejsca na osobistą wrażliwość sędziego. Ponadto należy pamiętać o tym, że ocena zasadności roszczenia o zadośćuczynienie co do zasady, ale i co do wysokości żądania powinna być dokonywana z punktu widzenia obiektywnego.

Jakie błędy najczęściej popełniają sądy?

Głównie dotyczą oceny materiału dowodowego. Błędna ocena sądu co do skutków naruszenia dobra osobistego i uznanie, że są one znikome, może doprowadzić do oddalenia powództwa. Może też zdarzyć się odwrotnie i sądy z przekroczeniem granic swobodnej oceny materiału dowodowego czy na skutek braku wszechstronnej oceny dowodów mogą uznać, że zadośćuczynienie jest należne. Ponadto, choć orzecznictwo i doktryna dopuszczają takie sytuacje, to uważam, że sądy nie powinny, ustalając kwotę należną stronie, zbyt szeroko posiłkować się orzeczeniami już zapadłymi w podobnych sprawach. Każda z takich spraw jest inna i różne są też okoliczności naruszenia dobra osobistego, dlatego też każda powinna być oceniana indywidualnie.

Jak ważna dla wysokości zasądzanej kwoty jest sytuacja majątkowa osoby, która będzie musiała zapłacić?

Kwota ma być realna do uzyskania przez pokrzywdzonego. Zasądzenie od naruszającego cudze dobra osobiste zadośćuczynienia w kwocie przekraczającej znacznie jego możliwości finansowe spowodowałoby, że wyrok byłby iluzoryczny, a pokrzywdzony nie uzyskałby zaspokojenia. Oczywiście inaczej będzie w przypadku, gdy zobowiązanym jest osoba fizyczna, inaczej, gdy jest to ubezpieczyciel działający w formie spółki prawa handlowego czy Skarb Państwa. Można zaryzykować stwierdzenie, że ubezpieczyciele i Skarb Państwa dysponują większymi kwotami, które mogłyby wyłożyć tytułem zadośćuczynienia.

Ale Polska jest w trudnej sytuacji finansowej i Trybunał Konstytucyjny lansuje model orzeczeń łaskawych dla finansów państwa...

Jestem daleka od tego, żeby kryterium oceny wysokości zadośćuczynienia była sytuacja finansowa państwa. Nie powinno być to w ogóle brane pod uwagę, ponieważ kłóciłoby się z samą funkcją zadośćuczynienia. Sąd nie powinien tracić z pola widzenia osoby, która doznała krzywdy, i jej cierpienia. Powinien więc przyznać kwotę, która jest uzasadniona okolicznościami sprawy, innymi słowy jest w danych okolicznościach odpowiednia.
Jednak odnoszę wrażenie, że sądy nie zawsze na pierwszym miejscu stawiają ofiarę?
Osobiście nie uważam, że takie stanowisko przeważa, jednak takie sytuacje mogą mieć miejsce. Niektóre sądy wyrażają przekonanie, że trzeba dbać o interes Skarbu Państwa, ponieważ jest to nasze wspólne dobro. Takie stanowisko może doprowadzić do pogłębienia poczucia krzywdy powoda. Uważam, że należałoby mieć raczej większy wzgląd na zobowiązanego, którym jest osoba fizyczna aniżeli na Skarb Państwa.