Filantropia to też biznes. Aby prowadzić akcje charytatywne na wielką skalę, potrzebne są wielkie pieniądze. Wykwalifikowani pracownicy, którzy będą wiedzieli, w jaki sposób przekonać ludzi, aby dali ciężko zapracowane przez siebie pieniądze innym. Oraz tacy, którzy będą wiedzieli, w jaki sposób zebranymi środkami zarządzać, aby je jak najskuteczniej wykorzystać.
I jak to w biznesie, nie da się tego robić bez żadnej reklamy. Jeśli pieczemy ciastka na osiedlową skalę, wystarczy nam szeptany marketing i fanpage na Facebooku. Ale jeśli chcemy sprzedawać nasze wypieki na ogólnokrajową skalę, potrzebujemy dużych kampanii, które wbiją potencjalnym klientom do głowy świadomość istnienia naszej marki i rozbudzą potrzebę jedzenia właśnie naszych ciastek.
To samo robią organizacje pożytku publicznego, które mają ambicje, aby zebrać jak najwięcej i pomóc jak największej liczbie osób. To zrozumiałe. Tyle że od pewnego pułapu – pozbawione sensu. Gdyby szef jakiejkolwiek firmy połowę przychodów przelewał na konta agencji reklamowych, szybko straciłby pracę. A w dodatku – wbrew temu, co trochę prześmiewczo wcześniej napisałam – pomaganie innym to nie jest taki sobie biznes.