O tym, że zmienione w zeszłym roku przepisy prawa przewozowego są – delikatnie mówiąc – niedoskonałe, DGP pisał nieco ponad miesiąc temu. Wówczas przedstawiliśmy historię czytelniczki, która na własnej skórze przekonała się, do czego może doprowadzić błąd ustawodawcy.

Nie dość, że otrzymała karę za brak ważnego biletu, to jeszcze zawisła nad nią groźba grzywny. I za co? Za to, że chciała usiąść na ławce czekając na policję wezwaną przez kontrolerów.

A ci uznali to za próbę ucieczki i poskarżyli się funkcjonariuszom. Akurat w tym przypadku jednak policjanci zachowali zdrowy rozsądek i nie wlepili grzywny.

Przeciwko patologiom

To, że przepis prawa przewozowego, który ma celu zdyscyplinowanie podróżnego podczas jego kontaktów z kontrolerem, rodzi patologie, zauważył także Andrzej Seremet, prokurator generalny.

I skierował do Trybunału Konstytucyjnego wniosek, w którym domaga się, aby sędziowie przyjrzeli się art. 87b ustawy z 15 listopada 1984 r. – Prawo przewozowe (t.j. Dz. U. z 2000 r. nr 50, poz. 601) i zbadali jego zgodność z ustawą zasadniczą.

Jakie uprawnienia ma kontroler
W przypadku, gdy pasażer nie ma biletu, kontroler pobierze należność za przewóz i opłatę dodatkową albo wystawi wezwanie do zapłaty. Gdy pasażer odmawia zapłaty, może zażądać okazania dokumentu tożsamości. Jeżeli podróżny nie zapłaci i nie chce okazać dokumentu, kontroler może ująć pasażera i oddać go w ręce policji.

– Jeśli ustawodawca chce chronić kontrolera, to oczywiście może wprowadzić odpowiednie przepisy do ustawy. Jednak nie mogą one prowadzić do tego, że pasażerowie będą karani np. za to, że podczas kontroli chcieli schronić się pod wiatą przystanku autobusowego – mówi Wojciech Sadrakuła, prokurator Prokuratury Generalnej.

A tak się niestety dzieje. Wszystko przez to, że zaskarżony przepis pozwala ukarać grzywną podróżnego, który do czasu przybycia policji lub np. straży miejskiej nie pozostał w miejscu kontroli biletów lub w innym miejscu wskazanym np. przez kontrolera.

I pozostawia do oceny kontrolera, jakie zachowanie podróżnego należy uznać za próbę ucieczki przed policją, a jakie nie. Zdaniem Andrzeja Seremeta, tak skonstruowany przepis może sprzyjać arbitralności poleceń wydawanych przez kontrolera.

Tymczasem, jak podkreśla we wniosku prokurator generalny, wydawanie poleceń podróżnemu przez kontrolera zawsze prowadzi do ograniczenia wolności.

Zgodnie z konstytucją, takie ograniczenie może nastąpić tylko na podstawie przepisów ustawy i tylko, gdy jest to konieczne dla bezpieczeństwa państwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Seremet wskazuje, że aby można było uznać polecenia kontrolera za uprawnione, powinny być wydawane, gdy:

● pasażer nie ma biletu i odmawia zapłacenia należności i okazania dokumentu tożsamości;

● próbuje uciec z miejsca przeprowadzenia kontroli przed przybyciem policji lub funkcjonariuszy innych służb porządkowych.

W innych przypadkach wydawanie poleceń pasażerowi nie wydaje się prokuratorowi ani konieczne, ani adekwatne.

Zbyt duża ochrona

Ale to nie koniec wątpliwości, które w stosunku do art. 87b prawa przewozowego wysuwa Andrzej Seremet.

– Kontroler biletów to nie funkcjonariusz publiczny – zauważa Wojciech Sadrakuła.

Nie ma więc powodu, aby wprowadzając sankcję karną w postaci grzywny, dodatkowo chronić jego pozycję w odniesieniu do pasażera.

– Co więcej, gdyby porównywać ochronę prawną funkcjonariusza i kontrolera, to okaże się, że ten ostatni jest chroniony szerzej. Aby bowiem można było ukarać kogoś za to, w jaki sposób zachowywał się podczas kontaktu z funkcjonariuszem publicznym, musi dojść do stawiania czynnego oporu – tłumaczy Wojciech Sadrakuła.

A to znacznie więcej niż w przypadku kontaktów z kontrolerem – tutaj wystarczy, że pasażer nie podporządkuje się jego poleceniom i już naraża się na grzywnę w maksymalnej wysokości 5 tys. zł.